piątek, 30 maja 2014

Mary Lou Manizer - rozświetlacz doskonały?

Cześć! Pamiętacie, jak jeszcze całkiem niedawno tak bardzo cieszyłam się, że słodka, blondwłosa Mary zasiliła moje kosmetyczne szeregi? O histeryczno - euforycznych pierwszych wrażeniach mogliście poczytać w TEJ notce, od której publikacji minęło już kilka ładnych miesięcy. Przez cały ten czas starałam się używać Mary regularnie, praktycznie codziennie i dzisiaj wreszcie czuję się gotowa, by wydać ostateczny osąd. Jesteście ciekawe? ;)

Zacznijmy zatem od opakowania. Jak dla mnie jest ono prześliczne, aczkolwiek może się wydawać nieco kiczowate, a to głównie z powodu lookającej zalotnie (zapewne na jakiegoś mężczyznę) dziewoji wystylizowanej na pin up girl. Co prawda o gustach się nie dyskutuje, jednak jak dla mnie takie nawiązanie do stylu retro ma swój urok i nie trąci tandetą. Opakowanie wydaje się być dość wytrzymałe, metalowe, zamykane na standardowy klik, nie rysuje się i nie ściera. Nie miałam możliwości sprawdzenia, jak zachowałoby się w przypadku upadku na podłogę, ale przekonana jestem, że prędzej zniszczeniu uległaby zawartość, niż samo pudełeczko, ale o tym za chwilę.



Konsystencja rozświetlacza jest niezwykle miękka i satynowa. Po roztarciu, czy to na ręce, czy policzku tworzy przepiękna złotą taflę i nie ma tu mowy o żadnych chamskim brokacie. Drobinki są idealnie, drobniusieńko zmielone! Przez to, że rozświetlacz jest taki mięciutki, nawet przy mocniejszym dotknięciu go palcem, tworzą się zagłębienia, dlatego jestem przekonana, że gdyby upadł, rozsypie się w drobny mak, dlatego np. bałabym się zabierać go w podróż chyba, że porządnie opatulonego w folię bąbelkową dla pewności, że nic mu się nie stanie ;).



A co myślę odnośnie samego używania? Hmmm... moje zdanie nie uległo zmianie od momentu pierwszego nałożenia go na twarz. Nadal jestem dokładnie tak samo oczarowana efektem, jaki można przy jego pomocy otrzymać, czyli jak wspomniałam wyżej - przepiękną, skrzącą taflę, idealnie podkreślającą to co chcemy uwydatnić. Jego niewątpliwą zaletą jest fakt, że jest to kosmetyk bardzo wielofunkcyjny, przez co możemy go stosować na różne sposoby, np. podkreślając kości policzkowe, łuk brwiowy, łuk kupidyna, dekolt, stosować jako cień, czy do rozświetlenia wew kącików oczu. Ja jeszcze próbowałam stosować go na usta, po uprzednim nałożeniu błyszczyka, ale tutaj się nie sprawdził, bo efekt był jak dla mnie zbyt mocny i zbyt teatralny. Niemniej uważam, że jest to najlepszy, najdoskonalszy kosmetyk w ciepłej barwie, jaki można znaleźć na rynku. Nie widzę w nim absolutnie żadnych wad poza jedną - mianowicie lubi się ścierać z tym, że nie tworzy "pustych" plam w miejscu gdzie go starłyśmy, a jedynie mniej się świeci. Na szczęście nie migruje, więc nie rozniesiemy go przez przypadek po całej twarzy tworząc efekt bombki choinkowej :P.

Tutaj możecie zobaczyć, jak wygląda świeżo nałożony na lico w świetle dziennym. Niby go nie widać, a jest! I rozświetla! :D



Moim zdaniem jest wart wydania absolutnie każdych pieniędzy i gdyby kosztował nawet powyżej 200 zł (regularna cena 64.90 zł + przesyłka) podejrzewam, że i tak skusiłabym się na niego, bo od momentu nabycia stał się niezastąpiony w moim codziennym makijażu i nie wyobrażam sobie wyjść z domu bez jego użycia, dlatego też polecam go wszystkim o raczej ciepłym odcieniu karnacji, choć wydaje mi się, że z zimnym w małej ilości też może ładnie współgrać.

Aaaa, zapomniałabym dodać - jest do tego wszystkiego piekielnie wydajny! Mam wrażenie, że spokojnie starczy mi na kilka lat używania, co mnie ogromnie cieszy, bo wystarczy ledwie muśnięcie, by wystarczająca ilość produktu nabrała się na pędzel i cudownie rozświetliła oba policzki.

Po cichutku przyznam, że powoli czaję się na młodszą siostrę Mary, czyli różowiutką Cindy, choć nie wiem jeszcze czy mnie skusi na tyle, by podjąć decyzję o jej zakupie.

A Wy używacie rozświetlaczy? Jaki jest Wasz ulubiony? Buziaki! :*

poniedziałek, 26 maja 2014

Beauty Lunch / spotkanie blogerek w Katowicach - 25.05.2014r.

Witam Was! Uff... cóż to był za weekend! Intensywny, ciekawy i zaskakujący, a to m.in. za sprawą niedzielnego spotkania, w gronie 17 zajebistych babeczek :D.

Pomysłodawczyniami i organizatorkami całego przedsięwzięcia były nasze blogowe koleżanki, czyli Asia i Ania.



Spotkanie odbyło się w klubie muzycznym Bob w Katowicach. Organizacja była na najwyższym poziomie, a dziewczyny zadbały o najdrobniejsze szczegóły, zapewniając nam masę atrakcji :))).

Na początku, pojawiła się przesympatyczna przedstawicielka marki Couleur Caramel, która rozdała nam katalogi i poopowiadała o tej nowej na rynku marce (obecnej w Polsce od stycznia tego roku) oraz jej asortymencie. Wszystkie mogłyśmy pooglądać i poswatchować wybrane kosmetyki.




Następnie Ewelina z bloga Pędzlem Malowane, która wykonuje jedne z najpiękniejszych makijaży (i zdjęć!) w blogosferze, miała za zadanie wykonać makijaż na wybranej uczestniczce spotkania kosmetykami Couleur Caramel. Wybór padł na Olę :).



Prawda, że wyglądała ślicznie?



Następnie rozpoczęło się "targowisko próżności", czyli wymianka :D Na fotce poniżej ja i Madzia oglądamy zaledwie mikroskopijną część wszystkich kosmetyków, które były przeznaczone do tego celu ;).



W międzyczasie nasze kochane organizatorki zapewniły nam dużo jedzenia, napoi i pysznych przekąsek mmm...



...jednak i tak największym zaskoczeniem był przepiękny i równie pyszny, kosmetyczny TORT!!!



Rozmowom, pogaduchom, zarówno prywatnym, jak i typowo kosmetycznym nie było końca :). Asia i Ania zadbały także i o to, aby żadna z nas nie wyszła z pustymi rękoma. Otrzymałyśmy kilka solidnych paczek z prezentami od naszych sponsorów!




Na koniec oczywiście musiała być wspólna fota, na pamiątkę tego wyjątkowego spotkania :).

Ustawiamy się...



... cel, pal! :D



A w domu:



Ze swojej strony chciałam raz jeszcze serdecznie podziękować Asi i Ani za zaproszenie mnie na to spotkanie, dzięki czemu ponownie mogłam spotkać się z tymi, których już znam z poprzednich eventów, a także poznać nowe osóbki, naszym sponsorom za fajne gifty oraz w końcu dziewczynom za super spędzone popołudnie w Waszym towarzystwie!

Czas spędzony na ploteczkach umilili nam:



Dzięki i do zobaczenia kolejnym razem! :*

Ps. Wszystkie zdjęcia oprócz przedostatniego są własnością Eweliny i Asi (ja oczywiście zapomniałam aparatu :P).

środa, 21 maja 2014

Ale jaja! Porównanie gąbek do makijażu - Beauty Blender vs Ebelin

Witam Was moi Drodzy! Dzisiaj pozostaniemy w temacie zarówno akcesoriów, jak i porównań, bowiem chciałam Wam przybliżyć dwie popularne ostatnio gąbeczki, które już jakiś czas temu mocno rozpanoszyły się na blogspocie.

Każdy z nas kojarzy na pewno słynną gąbkę BB, kosztującą bagatela ok. 80 zł. Jakiś czas temu wypowiadałam się na jej temat w TYM poście. Była fajna, choć szału nie robiąca, jednak przyjemna w użyciu. Nie ukrywam, że przyzwyczaiłam się do niej, ale niestety jej czas dobiegł końca i kiedy już miałam ją wyrzucać, pewnego dnia dopomógł mi w tym mój kociak, czyli Miśka, rozszarpując ją na strzępy :P. Zanim jednak to się stało, zdążyłam zakupić nowiusieńkie jajo Ebelin (za ok. 20 kilka zł już z przesyłką). Było to na początku stycznia.




Długo się nim nie nacieszyłam. Zdążyłam zrobić fotki, poużywać jakieś dwa tygodnie i gdy przez zapomnienie któregoś dnia zostawiłam jajko do wyschnięcia na półce (zamiast jak zwykle na szafie;)) Miśka ponownie rozniosła mi je w proch ;/ Nie powiem, jakie słowa latały po domu, bo mimo iż nie jest to droga gąbeczka to jednak byłam na nią zła za sam fakt zniszczenia mi prawie całkiem nowego jajuszka ;). Zamówiłam nowe i tak używam go sobie po dziś dzień.

Jakie wnioski mi się nasuwają? A no takie, że odnośnie używania obu gąbek nie widzę wielu znaczących różnic między nimi. Ebelin jest bardziej zbita i mięsista, przez co dłużej schnie i też bardziej "bije" po twarzy podczas stemplowania. Tutaj BB wygrywa, ponieważ aplikacja nią była znacznie przyjemniejsza i bardziej komfortowa. Obie gąbki piją taką samą ilość podkładu, zatem nie zauważyłam, by Ebelin była pod tym względem lepsza, czy gorsza od BB. Jeśli chodzi o efekt na twarzy, jest on identyczny w przypadku obu produktów. A jeśli nie widać różnicy to po co przepłacać? ;)

Uważam, że obie gąbki spisują się tak samo dobrze. Co jednak zauważyłam po tych niecałych 4 miesiącach używania jaja Ebelin to fakt, że przez ciągłe mycie (bo z powodu przyzwyczajenia używam jej prawie codziennie zamiast standardowego pędzla do podkładu), jej dupka stała się bardzo wysuszona względem reszty jajka i nieco popękała. Nie ma to jednak najmniejszego wpływu na aplikację podkładów, tylko niestety stanowi mało estetyczny widok. Do tego również w miarę zużycia gąbki spostrzegłam, że coraz ciężej jest wypłukać dokładnie pozostałości podkładu i przez to domyć ją do czysta. Efekt który zobaczycie poniżej, to szczyt moich możliwości wypłukania jej w obecnym czasie.




Obawiam się, że wkrótce będę musiała ją wymienić, zatem idąc tym tropem, na rok czasu musiałbym mieć 3 gąbki co daje koszt ok. 60 kilku zł. BB kosztowała 80 zł i również wystarczyła mi na około rok używania (wiem, że powinno się maksymalnie 3 miesiące, ale mimo, że dalej aplikowałam przy jej użyciu podkłady, nie dostrzegłam, by cokolwiek złego działo się ze stanem mojej cery). Zatem wychodziłoby na to, że ekonomiczniej (i higieniczniej zarazem) skusić się na zakup Ebelin i to ją Wam polecam kupować, jeśli stoicie przed dylematem którą z nich wybrać. Nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek zdecyduję się na zakup BB, ponieważ - jak wspomniałam wyżej - w zasadzie znaczących różnic między nimi nie ma, zatem chyba pozostanę wierna jaju Ebelin.

Jestem ciekawa, jak tam Wasze spostrzeżenia na temat tych gąbek i czy jesteście ich fanami, a może macie podobnie neutralny stosunek jak ja i używacie ich tylko z przyzwyczajenia. Jak zwykle czekam na wasze opinie, życząc jednocześnie miłego wieczorku :*

Ps. Czy tylko ja tak strasznie wyglądam weekendu? Ten tydzień nieźle mi daje w kość i już nie mogę się doczekać odreagowania, a będzie się działo, oj będzie! :D

niedziela, 18 maja 2014

Porównanie prostownic do włosów: Wahl Cutek vs. Babyliss Sublim Touch ST 226E

Witajcie! Ostatnio doszłam do wniosku, że bardzo niewiele miejsca na tym blogu poświęcam wszelakim akcesoriom, służących upiększaniu się, czyli np. pędzlom, urządzeniom do stylizacji włosów itp. Dziś postanowiłam to poniekąd nadrobić i zrobić porównanie dwóch prostownic, które aktualnie posiadam w swoich zasobach i które ogółem od wielu lat stanowią nieodłączny element mojego wizerunku.

Jak już wiecie z TEGO postu, jestem posiadaczką naturalnie kręconych włosów, których mimo wszystko nie lubię i nikt mnie nie przekona, że są piękne itd. pomimo, że miały swoich zwolenników. Kręciołki podobają mi się u wszystkich poza samą sobą, więc kiedy miałam 16 lat postanowiłam zerwać na dobre z loczkami i wreszcie stać się posiadaczką pięknej, prostej tafli włosów. Początkowo wystarczała mi najzwyklejsza prostownica kupiona za 25 zł w jakimś markecie (taka z rodzaju all in 1 - prostownica, karbownica, falownica itd.). Włosy były nieco popalone, aczkolwiek i tak nieźle się trzymały jak na to co z nimi wyczyniałam w tamtym okresie, wywijały się każdy w inną stronę, jednak i tak były prostsze, niż lokasy, więc byłam szczęśliwa.

Przełom nastąpił jakieś 2 lata później, kiedy koleżanka któregoś dnia wyprostowała mi włosy swoim Remingtonem. Wtedy zrozumiałam co to znaczy mieć na prawdę proste jak druty włosy i z miejsca zakochałam się w takim efekcie. W końcu po co zadowalać się namiastką, prawda? ;) Kilka dni później popędziłam niczym struś pędziwiatr do hurtowni fryzjerskiej i zaopatrzyłam się w swoją pierwszą, profesjonalną prostownicę, którą posiadam do dzisiaj, niemieckiej marki Wahl Cutek. Pamiętam, że w tamtym czasie płaciłam za nią coś koło 220 zł, co wtedy było dla mnie majątkiem, jednak już po pierwszych kilku dniach wiedziałam, że była to doskonała decyzja i dzisiaj byłabym w stanie zapłacić za nią nawet 2, 3, albo i więcej razy tyle, wiedząc już, że będzie to prostownica idealna, w zasadzie bez żadnych wad.

Wygląda bardzo zwyczajnie, jednak niech Was to nie zwiedzie. Nie posiada regulacji temperatury i wydawało by się, że jedyną jej zaletą są ceramiczne płytki oraz szybki czas nagrzewania, jednak to co robi z włosami to istna bajka.



Używam jej 9 lat i przez ten czas nigdy, ale to nigdy nie przypaliła mi nawet w najmniejszym stopniu włosów! Są w prawie idealnej kondycji, chociaż wiadomo, że dość przesuszone, z uwagi na fakt, że prostuję je co 2 dni, ponieważ co tyle myję włosy. Przez ten czas była zaledwie 2 razy w naprawie, z czego raz niedługo po kupieniu, z niewiadomej przyczyny, a za drugim z powodu zwarcia w kontakcie, co nie było jej winą. Nagrzewa się w ciągu niecałych 2 minut i rewelacyjnie sunie po włosach, nie ciągnąc ich i nie szarpiąc. Wystarczy jedno, max. dwukrotne pociągnięcie po paśmie, by uzyskać idealny efekt wygładzenia, które trzyma się, aż do czasu kolejnego mycia włosów. Od chwili kiedy zaczęłam ją używać, nie straszne są mi dżdżyste dni, kiedy kapuśniaczek leci z nieba, ponieważ jeśli włosy nie zmokną zbyt mocno, nadal trzymają się w ryzach i nie kręcą, chociaż fakt - bywają wtedy napuszone, co jednak jest zjawiskiem całkowicie normalnym.

W zasadzie jedyną jej wadą, którą zauważam może być fakt, że nie ma idealnie zaokrąglonych boków, przez co wykonanie loków jest troszkę utrudnione, ale nie niemożliwe - wystarczy się wprawić i znaleźć na to swoją metodę. Jeśli tylko będziecie mieć możliwość jej dorwania, to nie wahajcie się ani pół sekundy, bo jestem pewna, że będziecie podobnie zachwyceni jak ja, gdyż jest to produkt naprawdę fenomenalny w swojej dziedzinie, a już całkiem numerem jeden jest to, co podkreślę raz jeszcze, że nie niszczy prawie wcale włosów! Po tylu latach używania żelazka powinny się połamać i obrócić w proch, a jedyne na co mogę narzekać (oprócz wypadania nie spowodowanego prostowaniem, co już wiecie z poprzednich postów) to lekko rozdwojone końcówki.


_________________________________________________________________________________________________

Jeśli z kolei chodzi o Babyliss Sublim Touch ST 226E tutaj już sprawa przedstawia się z deczka inaczej. W cenie regularnej kosztuje ok 70-110 zł, ale mnie udało się ją dorwać w promocji i tylko dlatego się na nią zdecydowałam, ponieważ chciałam mieć urządzenie do prostowania włosów bedąc na wsi, aby za każdym razem nie musieć wozić mojego niezastąpionego Wahla który - jakby nie było - trochę miejsca w walizce zajmuje.

Trzeba przyznać, że z wyglądu prezentuje się o wiele ładniej, niż jej poprzedniczka, ma bardziej ergonomiczny kształt i jest sporo lżejsza. Posiada elegancko zaokrąglone boki, zachęcające do kręcenia loków oraz regulację temperatury (ja i tak zawsze prostuję na maksie).





Niestety mimo tych walorów, prostownica ta nie posiada ceramicznych płytek, tylko inne, o nazwie Sublim Touch, które mają za zadanie nabłyszczać i nadawać włosom gładkość. Wszystko fajnie, ale denerwuje mnie fakt, że podczas prostowania, czuję, jakbym katowała włosy, serwując im męki nie z tej ziemi, ponieważ przejeżdżając po paśmie słychać skrzypienie charakterystyczne dla używania sprzętu nieprofesjonalnego. Zapłaciłam za nią 30 zł, więc nie spodziewałam się cudów i mimo wszystko jestem z niej zadowolona, chociaż moje włosy prostuje w sposób satysfakcjonujący, dopiero na max temperaturze, ponieważ na niższych w moim wypadku się nie sprawdza. Jako, że używam jej tylko awaryjnie ciężko jest mi stwierdzić jaki ma wpływ na stan moich włosów, ale przez te kilkanaście razy które ją użyłam, nie odnotowałam znacząco negatywnego wpływu na ich kondycję. Były milsze w dotyku, niż po użyciu Wahla, ale i słabiej mimo wszystko wyprostowane, co zobaczycie na fotce porównawczej poniżej. Gdybym miała odpowiedzieć na pytanie, czy zachęcam do jej kupna, rzekłabym że owszem, o ile dostaniecie ją w podobnej promocji, na którą ja się załapałam (w regularnej cenie na pewno nie opłaca się jej kupować) i jeśli zamierzacie jej używać tylko okazjonalnie, gdyż wydaje mi się, że przy codziennym stosowaniu może szybko zniszczyć włosy.

Na koniec fotka porównawcza, gdzie moim zdaniem od razu widać, który sprzęt spisał się lepiej ;).



Jestem ciekawa, czy Wy również używacie prostownic, czy też może staracie się omijać je szerokim łukiem? Czekam na Wasze opinie i nazwy marek sprzętów jakich używacie, jeśli jesteście tak samo zagorzałymi fankami prostowania, jak ja ;)

Buziaki, miłego wieczoru :*

sobota, 17 maja 2014

Makijaż do pracy - kilka najważniejszych zasad

Cześć! Pomysł na temat dzisiejszego postu chodził mi po głowie już od dłuższego czasu. Liczę również, że jego tematyka skłoni Was do dyskusji i wzajemnej wymiany doświadczeń w tej kwestii. Otóż dziś postanowiłam podzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami na temat tego, jak powinien wyglądać makijaż, który wykonujemy wybierając się do pracy. Wiadomo, tutaj nie ma jednego dobrego rozwiązania, niemniej może komuś moje uwagi się przydadzą ;) Ok, zaczynamy!

 źródło: www.demotywatory.pl


PO PIERWSZE: zawsze wykonuj makijaż stosownie do zajmowanego stanowiska.

Tak, jak w zdaniu wyżej. Jeśli np. pracujecie w biurze, gdzie ubiór formalny jest obowiązkowy, lepiej postawić na klasykę i minimalizm także w kwestii makijażu. Purpurowy cień na oczach i krzycząca szminka nigdy nie będą wyglądać dobrze w momencie zestawienia ich z elegancką garsonką. W takim wypadku zdecydowanie lepiej postawić na coś bardziej stonowanego, czyli np. bezpieczne brązy, które sprawdzają się praktycznie w każdej sytuacji, delikatną czarną kreskę na powiece i subtelną pomadkę w kolorze różu, lub eleganckiej czerwieni (nie jaskrawej!). Podobnie w odwrotnym przypadku, jeśli pracujecie przykładowo w zawodzie, gdzie ekstrawagancja jest w pełni dozwolona np. jako stylistki, makijażystki, czy fryzjerki, makijaż zbyt ugrzeczniony również może być nie do końca mile widziany. Jeśli z kolei nie jesteście do końca pewne na ile możecie sobie pozwolić i jak daleko się posunąć, moim zdaniem lepiej wykonać makijaż skromniejszy, niż z przesadą, ponieważ w najgorszym wypadku może to skutkować niemiłą uwagą przełożonego, co na pewno dla nikogo nie byłoby przyjemne.

PO DRUGIE: schludność to podstawa.

Jeśli już wykonujemy makijaż pamiętajmy, aby był on schludny i wykonany przede wszystkim z jak najwyższą starannością. Ma to duże znaczenie zwłaszcza w przypadku, jeśli pracujecie z ludźmi. Świadczy on bowiem nie tylko o Was, ale także często o tym, co może pomyśleć ewentualny klient. Przykładowo: Pani pracująca w drogerii z na wpół wżartym, a na wpół startym tintem na ustach, czy spływającym podkładem raczej nie doradzi najlepszych dla nas kosmetyków, ani nie zachęci do robienia zakupów w tym sklepie. Oczywiście, że wypadki się zdarzają, ale jeśli po raz kolejny spotykamy tą samą Panią i po raz enty jej makijaż jest w podobnie opłakanym stanie, to na pewno nie zrobi to dobrego wrażenia nie tylko względem samej osoby, ale często także i firmy która ją zatrudnia. Schludność, ale także i perfekcja wykonania są również niezbędną cechą, którą powinny posiadać osoby zajmujące się makijażem profesjonalnie. Tutaj to już rzecz priorytetowa i nie ma nawet co rozpisywać się na ten temat, bo chyba każdy to wie ;).

PO TRZECIE: trwałość.

Poniekąd wiąże się z punktem 2, czyli schludnością. Jeśli wykonujemy makijaż do pracy, fajnie byłoby wrócić z nim także do domu :). Stawiajmy na kosmetyki, co do których jesteśmy pewni, że nie spłyną nam po godzinie czy dwóch od nałożenia. Jeśli nie jesteśmy ich jednak pewni, w miarę możliwości zerkajmy co jakiś czas w lusterko, celem kontroli sytuacji, czy aby nie przydarzyła się nam kosmetyczna katastrofa. Ja na przykład mam notoryczny problem ze startym różem na jednym policzku, ponieważ zawsze gdy odbieram telefon, przykładam go do lewego ucha :P Po jednej takiej wtopie już wiem, by zabierać ze sobą do pracy róż i w chwili przerwy poprawić to, co zostało starte na przestrzeni dniówki.

PO CZWARTE: nie przygniataj!

Chodzi tutaj o nie przygniatanie makijażem swojej osoby :). Ważne jest to głównie podczas pracy z ludźmi, a już zwłaszcza, kiedy macie do czynienia z mężczyznami :D. Wątpię, czy klient będzie uważnie słuchał przedstawianie mu nowej oferty komórkowej, kiedy Pani konsultantka będzie miała na sobie co prawda ładny i starannie wykonany, ale zbyt rzucający się w oczy makijaż, zabierający tym samym całą uwagę. W ostateczności może dojść do sytuacji, kiedy ludzie będą woleli patrzeć, niż słuchać co macie do powiedzenia, a w pracy jednak mimo wszystko ważniejsze jest to drugie, co by nie tracić czasu na niepotrzebne odpowiadanie po 20 razy na te same pytania ;).

PO PIĄTE: czuj się dobrze.

Czasem jest tak, że człowiek przesadzi i to niechcący w tą złą stronę. I chociaż nikt nie ma pretensji, bo praca pozwala na dowolność w wyglądzie i makijażu, to jednak mimo wszystko można poczuć się jak odmieniec, kiedy reszta współpracowników nosi się inaczej. Tutaj już musicie wiedzieć, czy wolicie być outsiderem, bo jest Wam tak dobrze i macie wychuchane na to co o Was pomyślą, czy jednak lepiej się czujecie podążając makijażowym szlakiem za resztą grupy.


Uff... to by było chyba na tyle. Nobla dla tego kto dobrnął do końca czytając całość :D. Jestem ciekawa, czy zastanawia Was, jak ja zazwyczaj noszę się do pracy. Moja jest typowo biurowa, gdzie strój formalny i klasyczny makijaż co prawda nie są wymagane, jednak mimo wszystko lubię postawić na kreskę na oku i szminki w różnych kolorach, gdyż tak najlepiej się czuję. Cieni używam różnie, w zależności od tego, czy mam na to chwilę czasu. Na ogół jednak wyglądam tak (fotka bez najmniejszej obróbki graficznej, robiona po pracy, więc make up już w trochę naruszonym stanie):



Miłego weekendu Kochani :*

czwartek, 15 maja 2014

BH Cosmetics eyeliner w pisaku

Hej! Dziś przychodzę do Was z kosmetykiem, na który wiele osób narzeka. Nie chodzi mi o tą konkretną markę, tylko ogólnie o eyelinery w pisaku. Dużo osób nie potrafi ich używać, na blogach można wyczytać opinie, że często zacinają się, nie tworzą równej kreski, szybko się ścierają i nie są do końca tak czarne, jak być powinny. Jak myślicie, które z powyższych wad ma bohater dzisiejszej notki? ;)

Kosmetyk otrzymałam w ładnym, kartonowym opakowaniu (na tą chwilę już nieco nadszarpniętym przez ciągłe trzymanie w kosmetyczce), zawierającym informacje od producenta oraz skład. Na samym eyelinerze napisy nie ścierają się i wyglądają dokładnie tak, jak pierwszego dnia. Pisak dobrze leży w dłoni, nie wyślizgując się z niej podczas rysowania.






Eyeliner zakończony jest nie do końca precyzyjną końcówką, która wcale nie ułatwia pracy i niestety niemożliwością jest wykonanie nią cienkiej kreski, ani też jaskółki w zew kąciku oka (za to fanki krech a'la Amy Winehouse powinny być zadowolone). No sorry, próbowałam kilkunastokrotnie i nie potrafię ;(.




Dlaczego mimo to w miarę go lubię? A no chociażby dlatego, że do tej pory ani razu mi się nie zaciął, a używam go już od kilku solidnych miesięcy, rysuje ładną, chociaż dość grubą kreskę i jest mocno czarny, o matowym, aczkolwiek nie zupełnie płaskim wykończeniu. Poza tym przypadkowe potarcie oka nie jest mu straszne, gdyż zmywa się dopiero przy użyciu micela, albo płynu do demakijażu, zatem jest trwały, choć cały dzień od świtu do nocy rzadko wytrzymuje w nienaruszonym stanie.

Na oku prezentuje się tak (wiem, że nie wyszła mi najrówniejsza kreska na świecie, ale jak na pisak chyba nie ma tragedii):




Gdybym miała ocenić go w skali 0-10 dałabym mu 6,5. Ma sporo wad, ale także kilka zalet które sprawiają, że gdy mam troszkę więcej czasu chętnie po niego sięgam. Nadal jednak moim numerem jeden są eyelinery w tzw kałamarzu i na pewno nie prędko zamienię je na jakiekolwiek inne (żelowych nie lubię, bo mnie wkurzają sposobem ich nakładania). Cena tego kosmetyku to okolice 20 zł, ale ja raczej drugi raz bym się na niego nie pokusiła, choćby z uwagi na fakt, że wielbiony przeze mnie eyeliner z Wibo kosztuje ułamek tej ceny, a jest niebo lepszy :P.

Buziaki, miłego dnia :*

Ps. Z uwagi na fakt, że ostatnio z powodu totalnego braku czasu w domu tylko śpię (a posty planuję, bo inaczej pojawiałby się jeden na tydzień), na wszelkie maile odpisuję głównie późnym wieczorem, lub w nocy, dlatego jeśli komuś jeszcze nie odpisałam na jakąś wiadomość to z góry przepraszam, ale staram się to robić na bieżąco :*. Jeśli coś pilnego piszcie i upominajcie się do skutku, bo czasem zdarza mi się odczytać jakąś wiadomość i o niej zapomnieć, a nie ukrywam że dostaję ich coraz więcej co mnie ogromnie cieszy (nie tylko od czytelników, czy partnerów, ale uwaga... także mężczyzn! - Panowie jestem w szoku, że tu zaglądacie, ale jest mi bardzo miło, że dopytujecie o nurtujące Was kwestie :)).

Ok, to już na tyle informacji jeśli chodzi o dziś :).

wtorek, 13 maja 2014

Maybelline Color Tattoo - cienie nie do zdarcia?

Cześć! Podczas osławionej wzdłuż i wszerz 3 tygodniowej promocji w Rossmannie, ja również uległam pokusie i pod wpływem chwili, postanowiłam skusić się na słynne Color Tattoo, które jeszcze całkiem niedawno robiły (a może i nadal robią) furorę w blogosferze. Praktycznie każdy kto je posiada zachwalał, że trzymają się całą wieczność i są nie do ruszenia nawet na najbardziej opornych powiekach. W zasadzie można było wyczytać same peany pochwalne, a krytyka jakimś cudem omijała ten produkt, albo przynajmniej ja nie miałam okazji spotkać się z negatywnymi opiniami na jego temat. Jako, że sama jestem posiadaczką opadających, a do tego przetłuszczających się i ogólnie problematycznych powiek, na których każdy cień bez bazy wytrzymuje zaledwie kilka h, a z bazą różnie, w zależności od wielu czynników, byłam strasznie ciekawa, jak się spisze to owiane już legendą cudo :).

Zgadnijcie na jaki odcień się skusiłam :P Oczywiście On And On Bronze, polowałam na Pink Gold, ale u nas jest chyba nie do dostania :(





Już na samym początku strasznie spodobało mi się zarówno opakowanie, jak i konsystencja tego kosmetyku. Co do opakowania, grube szkło z którego jest wykonane jest bardzo mocne i wytrzymałe, dzięki czemu możemy być pewni, że nawet jak spadnie - nie potłucze się. Natomiast żelowa, mokra konsystencja od razu wzbudziła moją ciekawość. Bardzo chciałam przekonać się, jak będzie się pracowało z tego typu strukturą, w związku z czym od razu po przyjściu do domu przystąpiłam do testów.

Za pierwszym razem użyłam syntetycznego pędzelka i nałożyłam cień na odtłuszczone powieki bez użycia pod spód bazy. Efekt jednak nie spodobał mi się, ponieważ w niektórych miejscach utworzyła się taka jakby skorupka, przez co niezbędne były poprawki, a że cień szybko zastyga, musiałam rozblendowywać go dość szybko. Mimo to udało się, jednak za drugim razem postanowiłam wypróbować metodę nr 2, w której zamiast pędzli postanowiłam użyć palców i bazy. Tutaj cień sprawdził się idealnie, nic się nie nawarstwiało i od początku udało mi się uzyskać błyszczącą, wielowymiarową taflę. Cień wytrzymał od 7.00 rano, aż do zmycia późnym wieczorem!

Wybaczcie zimne światło, ale foty "naoczne" były robione prawie bladym świtem:




Co do samego koloru. Jest on po prostu przepiękny i wielotonowy, przez co jest w stanie "wykonać" nam cały makijaż oka, zaledwie w paru ruchach. Idealnie nada się do pracy, czy nawet na codzień, kiedy chcemy się szybko podmalować i nie mamy czasu na długą zabawę z makijażem. Z resztą same zobaczcie:




Ogólnie jestem z niego bardzo zadowolona i chociaż mam ogrom, bo ok 300 różnych cieni, to jednak jego ostatnio najczęściej używam. A Wy macie już swoje Color Tattoo w Waszych kosmetycznych zbiorach?

Buziaki :*

niedziela, 11 maja 2014

Sto rjecjeptow krasoty: piwno-pszenna rosyjska odżywka do włosów

Heloł! Na wstępie wybaczcie spolszczony tytuł :P. Dzisiaj przychodzę do Was z moją opinią na temat odżywki, którą znalazłam w rosyjskim pudełeczku PinkJoy - KLIK. Tak, jak na początku totalnie nie byłam do niej przekonana, tak z czasem polubiłam ją na tyle, że aktualnie używam prawie podczas każdego mycia włosów.



Na początku zacznę nietypowo, bo od składu, który zazwyczaj daję na koniec. To jednak on sprawił, że nie miałam ochoty sięgać po tą odżywkę, głównie z powodu alkoholu już na 2 miejscu i substancji zapachowej tuż za nim!



Obawiałam się nie tylko wysuszenia włosów, ale i skóry głowy. Obecność składników, które moim zdaniem powinny być bliżej szczytu listy, czyli piwo i pszenica, znajdują się dopiero odpowiednio na 11 i 13 miejscu, więc trochę słabo. Mimo to przystąpiłam do testów, by na własnej skórze przekonać się, jak moje włoski zareagują na ten kosmetyk.

O dziwo okazało się, że odżywka ta nie ma żadnego negatywnego wpływu na ich stan. Pięknie wygładza włosy, dzięki czemu są sypkie i ładnie się układają. Genialnie ułatwia rozczesywanie, które po jej użyciu staje się bezproblemowe. Jedyną wadą może być fakt, że nałożona od nasady lubi przyklejać włosy do skalpu, wiec  trzeba uważać, by nie osiągnąć efektu placka. Nakładana z umiarem nie obciąża i nie przyspiesza przetłuszczania. Ja zazwyczaj stosuję porcję wielkości orzecha laskowego, mniej więcej od połowy włosów, aż po końcówki i trzymam ok 3 minut, zanim spłuczę ciepłą wodą.

Konsystencja odżywki jest dość leista, więc trzeba uważać, by nie przesadzić z ilością i nie wydobyć za wiele z opakowania. Ponad to kosmetyk ten przepięknie pachnie. Jak dla mnie jest to aromat przypominający nieco prefumy Miracle Lancome, mydełkowy, słodki, ale nie mdły. Coś pięknego! Zapach ten długo utrzymuje się na włosach i chwała mu za to, bo jest cudowny! Wydajność jest zadowalająca, ponieważ dzięki konieczności używania małej porcji spokojnie starczy na kilka miesięcy nawet codziennego używania.



Ogólnie muszę przyznać, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczona jej działaniem i myślę, że jeśli będzie możliwość raczej postaram się do niej wrócić. Uprzedzając pytanie gdzie można ją dostać, trzeba niestety poczekać, aż ruszy sklepik PinkJoy, ponieważ na ich stronie mają być dostępne kosmetyki z poszczególnych edycji pudełek.

Udanej końcówki weekendu Wam życzę, buziaki :*

środa, 7 maja 2014

TAG: Ekstremalne scenariusze - wersja urodowa

Hej! Dziś coś, czego już dawno nie było na blogu :). Jakiś czas temu na kanale Maxineczki obejrzałam ciekawy Tag, który zachęcił mnie do udzielenia moich własnych odpowiedzi na zadane pytania. Zatem nie przedłużając, startujemy!

1. Musisz pozbyć się wszystkich swoich podkładów i możesz zatrzymać tylko 1 z wyższej półki i 1 z drogeryjnych - które to będą?
Aktualnie nie posiadam podkładu tzw. marek selektywnych, ale jeśli miałabym wybierać, to na pewno byłby to Estee Lauder Double Wear, natomiast jeśli chodzi o podkłady drogeryjne, nie wyobrażam sobie swojej egzystencji bez Revlon Colorstay (must have każdej problematycznej cery - zakryje wszystko!).

2. Idziesz na rozmowę o pracę i pani przeprowadzająca rozmowę ma szminkę na zębach - mówisz jej o tym czy unikasz tematu?
Gdyby chodziło o każdą inną osobę, na pewno delikatnie zwróciłabym uwagę na ten drobny szczegół (;)), ale jeśli mowa o rekruterze... wolałabym jednak przemilczeć tą kwestię udając, że niczego nie dostrzegam i dostać robotę o którą się staram :P.

3. Masz zły humor/ czujesz się nieswojo i chcesz sobie poprawić humor - jaką pomadkę nałożysz żeby poczuć się piękniejszą?
Na pewno byłaby to moja ukochana Airy Fairy z Rimmela. Żadna szminka tak doskonale nie współgra z moim typem urody, jak ona - pod względem koloru jest idealna i niezastąpiona!

4. Cofasz się na 1 dzień do swoich lat nastoletnich - co zmieniłabyś w swoim makijażu i fryzurze?
Generalnie wszystko :D. Dziś nie wyobrażam sobie, jak mogłam przez kilka lat używać czarnej  kredki na linię wodną nie malując przy tym rzęs, albo nakładać niedopasowany podkład. Podobnie z włosami, nie dbałam o nie kompletnie używając pierwszego lepszego szamponu i odżywki stąd wyglądały, jak wyglądały - jeden wielki puch. Jak teraz o tym myślę, to chce mi się śmiać i płakać jednocześnie z rozpaczy, jak to człowiek za młodu był nieświadom swoich błędów.

5. Prosisz fryzjera o obcięcie włosów do ramion a'la Pixie Lott, ale fryzjer źle Cię zrozumiał i obciął Ci włosy na chłopaka (pixie cut) Co robisz?
a) Uśmiechasz sie, dziękujesz a po wyjściu dzwonisz do mamy rozhisteryzowana.
b) Wybuchasz płaczem i sytuacja robi się niezręczna.
c) Skarżysz się managerowi i żądasz zwrotu pieniędzy.
Tak się zastanawiam, jak mogłabym w ogóle dopuścić do  tego typu cięcia patrząc cały czas w lustro. Na pewno zareagowałabym, a fryzjer zebrałby mocny opiernicz już po zbyt mocnym obcięciu pierwszego pasma.

6. Twój przyjaciel/przyjaciółka robi Ci niespodziankę i zaprasza na 4-dniowy wyjazd za miasto. Masz 1 godzinę żeby się spakować - którą paletę 'do wszystkiego' spakujesz do kosmetyczki?
Paletę "do wszystkiego" co prawda posiadam, jednak nie zabrałabym jej z podróż, bo jest zbyt nieporęczna i wolę korzystać z niej w domu. Jeśli chodzi o cienie na pewno zabrałabym moją ulubioną Au Naturel ze Sleeka, którą również podkreślam swoje brwi.

7. Okradziono Twój dom - nie martw się, wszyscy są bezpieczni, ale włamywacz splądrował Twoją toaletkę. O który produkt martwisz się najbardziej i masz nadzieję że nie został skradziony?
Na pewno martwiłabym się o moje perfumy, gdyż są zdecydowanie najdroższe spośród wszystkich "upiększaczy" jakich używam. Jeśli chodzi typowo o kosmetyki to na pewno smutno by mi było z powodu zakoszenia Mary Lou Manizer, Juicy Tubes od Lancome i Airy Fairy.

8. Twoja koleżanka pożycza od Ciebie kosmetyki i oddaje je w okropnym stanie. Co robisz?
a) Udajesz że nie zauważyłaś/ że nic się nie stało.
b) Prosisz żeby odkupiła zniszczony produkt
c) Po kryjomu robisz to samo z jej kosmetykami
Po pierwsze, która prawdziwa koleżanka zachowałaby się w taki sposób. Po drugie nigdy nie pożyczam kosmetyków dając je komuś do domu, ale zakładając hipotetycznie, że taka sytuacja miałaby miejsce, raczej udawałabym, że nic się nie stało, jednak po tej sytuacji zapewne koleżanka przestałaby być moją koleżanką ;).

Nie nominuję nikogo z moich czytelników, kto ma ochotę odpowiedzieć na zadane pytania, po prostu zapraszam do zabawy :).

poniedziałek, 5 maja 2014

Muzycznie...

Żeby umilić powrót do pracy/szkoły/uczelni etc. dzisiaj trochę muzyki, która towarzyszyła mi w ostatnich tygodniach. Są tu zarówno trochę starsze kawałki, jak i te całkiem nowe, które pokochałam niemal natychmiast :D Zapraszam do przesłuchania :)



 
















Mam nadzieję, że moje propozycje Wam się spodobają :) Udanego tygodnia! :*

niedziela, 4 maja 2014

Matowe cudo, czyli pomadka Golden Rose Velvet Matte

Cześć! Nigdy nie lubiłam matów, czy to na ustach, czy to na paznokciach. Nie podobały mi się i już, uważałam, że wyglądają smutno i po prostu mało atrakcyjnie, a do tego postarzają.

Pierwszy raz przekonałam się do matowych pomadek w momencie, kiedy miałam możliwość osobistego wypróbowania jednej z nich, czyli propozycji od Manhattan, o czym opowiadałam TUTAJ. Mimo iż byłam z niej zadowolona, to jednak z czasem, na długi okres dałam sobie spokój z matami, wciąż będąc wierna błyszczykom i kremowym pomadkom o różnym wykończeniu.

Ostatnio jednak koleżanka z pracy (buziaki D. :*) miała na swoich ustach tak śliczną, matową szminkę, że sama również zapałałam chęcią posiadania takowej, by ponownie przekonać się, jak to jest nosić maty na ustach. W tamtej chwili przypomniała mi się słynna ostatnio na blogach seria Velvet Matte od Golden Rose, obok której do tej pory przechodziłam obojętnie, dlatego tuż po pracy czmychnęłam prędko do Galerii w centrum, by z bliska przyjrzeć się poszczególnym odcieniom, dzięki czemu ostatecznie mój wybór padł na nr 10, czyli nudziakową brzoskwinię. Odcień pasujący w zasadzie do każdego makijażu.




Niech was nie zmyli kolor samego sztyftu. Pomadki te mają bardzo mocną pigmentację i są całkowicie kryjące, dzięki czemu widać je z daleka, nawet w przypadku tak stonowanego koloru, jak mój.




Do momentu pierwszej aplikacji zastanawiałam się, czy aby był to dobry zakup, czy będzie się ja dobrze nosić i czy nie podkreśli suchych skórek. Na szczęście moje obawy okazały się być płonne, bo szminka ta jest wprost cudowna! Pięknie sunie po ustach pokrywając je wyrazistym kolorem, po chwili zastygającym do całkowitego matu. Niestety wymaga bardzo dużej dokładności przy nakładaniu, więc bez lusterka raczej się nie obejdzie. Trwałość jest zaskakująco dobra, bo wytrzymuje spokojnie 4-5 h bez jedzenia, czy picia, schodzi równomiernie, nie warzy się i nie zbiera w zagłębieniach ust. Do tego nie wysusza ust i nie podkreśla za nadto suchych skórek, jednak zdecydowanie przed jej nałożeniem polecałabym zrobić peeling, by usta miały gładką fakturę, co będzie miało przełożenie na efekt końcowy. Na ogromny plus jest duży komfort jej noszenia, bo w zasadzie jest ledwo co wyczuwalna, nie lepi się, zatem nie ma obaw, że podczas wichury włosy poprzyklejają nam się i porozmazują ją dookoła. Osobiście jestem nią zachwycona!

Obecnie zastanawiam się nad odcieniem nr 7, czyli subtelnym różem, ale obawiam się, że będzie on bardziej pasował blondynkom, gdyż dla brunetek wydaje mi się być zbyt cukierkowy. Jak myślicie? Posiadacie już Velvet Matte w swoich zbiorach? A jeśli tak to na jakie kolory postawiłyście? Czekam na Wasze opinie :))).
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...