środa, 20 września 2017

Mediterranean Hair część I - szampon i odżywka do włosów farbowanych

Cześć! Miesiąc temu otrzymałam paczkę z produktami greckiej marki Mediterranean. Jak dotąd kosmetyki te były mi całkowicie nieznane, gdyż u nas w Polsce nie dostaniemy ich standardowo na drogeryjnych półkach, czy nawet aptekach, a jedynie u sprawdzonych dystrybutorów, jak np. Oliwier Green. Tym bardziej cieszę się, że z racji ich trudnej dostępności, miałam okazję skorzystać z możliwości ich przetestowania, bo dzięki temu mogę teraz podzielić się z Wami moją opinią i odpowiedzieć na kluczowe pytanie - czy warto.

W paczce którą otrzymałam znalazły się 4 sztuki kosmetyków - szampon, maska, kremowe serum do włosów oraz peeling do ciała jednak, aby post był bardziej przejrzysty pomyślałam, że rozdzielę go na dwie części. Dziś opowiem Wam o szamponie i masce, które są dedykowane włosom farbowanym.



Jeszcze zanim jeszcze przejdę do omawiania poszczególnych produktów, najpierw kilka słów o samej marce. Cytat zaczerpnęłam ze strony producenta i ponieważ był on napisany w języku greckim, z pomocą przyszło mi Google Translate, więc za drobne nieścisłości jeśli by się takie pojawiły, z góry przepraszam ;).

"Marka Mediterranean została założona w 2006 roku. Nasza organizacja i struktura oparta na nowoczesnych standardach europejskich, certyfikacja zarządzania jakością ISO 9001: 2008 w zakresie projektowania, produkcji i wprowadzania do obrotu kosmetyków za pomocą najnowocześniejszych maszyn, zapewnia doskonałą jakość naszych produktów i usług. Tworzymy certyfikowane, wysokiej jakości greckie kosmetyki, dobierając i łącząc najbardziej korzystne składniki śródziemnomorskiej przyrody, takie jak grecka oliwa organiczna, z nowatorskimi formułami, które rozwijamy w naszych laboratoriach. Naszym celem jest dalsze rozwijanie metod badawczych i produkcyjnych, aby produkty o wysokiej efektywności stały się dostępne dla jak największej liczby kobiet. Badania i rozwój naszych produktów odbywają się we współpracy z uczelniami i instytutami w Europie i Ameryce."

Brzmi zachęcająco prawda?


SZAMPON COLOR SAVE



Szampon znajduje się w dużej, bo aż 350 ml butli o schludnym dla oka designie, charakteryzującym wszystkie produkty Mediterranean. Konsystencja jest standardowa jak na szampon, średnio gęsta, a jeśli chodzi o zapach... hmm... myślę, że to kwestia sporna. Jest on na pewno bardzo wyrazisty i niby przyjemny, ale jednocześnie ma w sobie jakąś delikatnie drażniącą nutę, która nie do końca w pełni mi odpowiada. Jestem pewna, że pod tym względem nie przypasuje zwolenniczkom świeżych, naturalnych aromatów.



Niemniej obietnice producenta wydają się być interesujące:



Szampon całkiem fajnie oczyszcza lekko nieświeże włosy, natomiast włosy bardziej "zabrudzone", np. po suchym szamponie i lakierze, zdecydowanie wymagają podwójnego mycia. Po spłukaniu, nawet na mokrej czuprynie wyczuwalny jest nawilżający film, który jednak w najmniejszym nawet stopniu nie obciąża włosów, co jest na duży plus. Po samodzielnym zastosowaniu szamponu, bez żadnych innych wspomagaczy, włosy są ładnie odświeżone, nabłyszczone, nie plączą się i łatwiej przez to rozczesują. Co do ochrony koloru, wypowiem się niżej, omawiając maskę. Cena szamponu to 39.00 zł.




Skład wygląda następująco:



MASKA COLOR SAVE

Maska została zamknięta w mniejszym objętościowo opakowaniu, niż szampon, bo tylko 250 ml. Szata graficzna jest spójna, zapach się uzupełnia, choć trzeba przyznać, że aromat maski jest już nieco inny i nie posiada tego drażniącego mój zmysł powonienia pierwiastka, który tak świetnie wyczuwalny był w szamponie.




Obietnice producenta:



Konsystencja jest taka, jaką zazwyczaj posiadają maski tego typu. Wystarczy niewielka ilość, by dokładnie rozprowadzić ją na całej długości moich włosów, które aktualnie sięgają za łopatki. Nałożona u nasady nie powoduje przetłuszczania mojej czuprynki oraz dodatkowo jej nie obciąża. Podobnie jak w przypadku szamponu, po spłukaniu maski, również wyczuwalny mamy ochronny film, który jednak nie ma wpływu na skrócenie świeżości naszej fryzury.




Stosując oba produkty, moje włosy z dnia na dzień stawały się coraz bardziej błyszczące, a każdorazowo pięknie wygładzone, dociążone, puszyste (nie mylić z napuszonymi), sypkie i bezproblemowe jeśli chodzi o ich układanie. Co dla mnie ważne, nawet po wieczornym umyciu i wyprostowaniu prostownicą, rano były w stanie niemalże idealnym (żadnych odgniotów, odkształceń itp.) i takie pozostawały aż do następnego mycia. Jeśli chodzi o przedłużenie trwałości koloru, to zauważyłam niewielką różnicę in plus, w porównaniu do innych tego typu kosmetyków. Nie jest spektakularna, ale mimo wszystko odniosłam wrażenie, że mniej więcej tydzień dłużej kolor był wciąż wyrazisty i głęboki. Cena maski to 44.00 zł.

Skład:



Podsumowując: Z obu kosmetyków jestem zadowolona i zdecydowanie mogę Wam je polecić. Z mycia na mycie bardzo silnie nawilżają moje włosy, które są dość przesuszone z uwagi na ciągłe używanie suszarki i prostownicy, a ponad to delikatnie przedłużają ich farbowany kolor, nie powodując przy tym obciążenia, czy szybszego przetłuszczania. Obietnice producenta zostają zatem w pełni zrealizowane, choć niestety w parze z wysoką jakością idzie również cena, która nie należy do najniższych. Mimo wszystko uważam jednak, że warto przynajmniej raz wypróbować ten duet, bo a nuż polubicie się z nim tak bardzo jak ja :).

Niebawem, w 2 części opowiem Wam o dwóch pozostałych kosmetykach marki Mediterranean, buziaki :*

środa, 13 września 2017

Moja szminka doskonała! / Pomadka L'Oreal Color Riche Matte - 144 Ouhlala

Heloł! Pomadka w odcieniu idealnie nasyconego, wyrazistego, mocnego różu, do tego w matowym wykończeniu chodziła po mojej głowie od dość dawna. Miałam problem z jej znalezieniem, gdyż każda na którą trafiałam, albo nie miała w sobie dokładnie tego "czegoś", czego bym oczekiwała, albo nie była matowa (jak np. całkiem popularna Rimmel o numerku 20), albo była na tyle droga, że w danym momencie nie miałam ochoty wyrzucać ponad 100 zł na tego typu kosmetyk. Dlatego któregoś dnia wchodząc do mojej ulubionej drogerii Alicja w Ustroniu nie spodziewałam się zastać tam szminkę, o której Wam dzisiaj opowiem i która swoim wyglądem oraz właściwościami sprawiła, że aktualnie jest moim niezaprzeczalnym numerem 1 na liście wiosenno - letnich kolorów do noszenia prawie na codzień.

Z tego co zdążyłam się zorientować, koloru tego nie ma już w sprzedaży stacjonarnej, w drogeryjnych sieciówkach typu Rossman, Hebe itp., ale za to spokojnie jest do dostania na pierwszej, lepszej stronie w Internecie, zatem jeśli się Wam spodoba, nie powinno być problemu z zakupem.

Opakowanie jest półmatowe/półbłyszczące, jasnozłote, eleganckie, zamykane na "klik", z wygrawerowaną pośrodku nazwą marki. Bardzo ładnie będzie się prezentować zarówno w kosmetyczce jak i postawione na toaletce.




Kolor to żywa fuksja, która choć nie jest neonowa, to jednak zdecydowanie będzie dominować w naszym make upie i trzeba mieć to na uwadze, kiedy będziecie po nią sięgać. Doskonale prezentuje się przy lżejszym makijażu oka typu neutralny cień, lub jego brak, kreska i mascara, gdyż sama w sobie robi całą robotę i naprawdę nie trzeba przy niej dużo kombinować, bo przepięknie ożywia cały makijaż.

Warto wspomnieć, że pomimo, iż odcień ten jest naprawdę wyjątkowy, to jednak nie będzie pasował każdemu, ponieważ źle dobrany do danej urody, czy makijażu może wyglądać wulgarnie i dawać rezultat a'la burdelmama. Uogólniając jednak, w moim odczuciu najlepiej będzie zgrywał się zwłaszcza z ciemnymi brunetkami jak też i jasnymi blondynkami.




Co do samych właściwości, to powiem krótko - pomadka jest fenomenalna! W pełni pokrywa usta kolorem już przy pierwszym ruchu, a dzięki precyzyjnemu, ostro zakończonemu czubeczkowi (oczywiście do czasu) jesteśmy w stanie idealnie wyrysować sobie linię ust, aczkolwiek po kilku pierwszych użyciach, radziłabym również zaopatrzyć się w konturówkę, gdyż tak mocny kolor nie wybacza żadnych błędów podczas aplikacji, więc dokładny rysunek jest tutaj bezwzględnie wymagany. Pomimo obietnic producenta, nie mamy tutaj do czynienia z pełnym matem, a raczej wykończeniem w stylu "velvet" i myślę, że ta nazwa lepiej obrazuje uzyskany rezultat na ustach.

Szminka trzyma się przez wiele długich godzin pomimo picia i jedzenia. Nawet po spożyciu tłustych potraw wymaga tylko niewielkiego poprawienia, przez co jest jedną z najtrwalszych pomadek, o ile nie najtrwalszą w mojej kolekcji. Jest też przy tym bardzo komfortowa w noszeniu, nie wysusza ust i nie podkreśla suchych skórek nawet podczas długotrwałego noszenia dzień po dniu.



Moim zdaniem jej kupno było jedną z lepszych moich makijażowych inwestycji i odkąd ją mam, noszę bardzo często, co można zauważyć przede wszystkim na zdjęciach, które publikuję na moim prywatnym Instagramie. Można wręcz powiedzieć, że uzależniłam się od niej, dlatego jestem pewna, że pomimo iż sporadycznie zdarza mi się wracać do tych samych pomadek, to tu z pewnością kupię kolejne opakowanie, o ile wtedy jeszcze będzie ją można dostać w Internecie. Ja za swoją sztukę zapłaciłam w promocji 19.90 zł, co już w ogóle było dobrym dealem.

Jeszcze raz serdecznie Wam ją polecam, życząc przy okazji miłego dzionka dla wszystkich :*.

Ps. Dołączajcie do mojego blogowego INSTAGRAMA. Jest już Was ponad 150 sztuk!

wtorek, 5 września 2017

La Roche Posay - Toleriane, łagodny żel oczyszczający do mycia twarzy

Hej! Toleriane jest drugim żelem do mycia twarzy marki La Roche Posay, który miałam przyjemność stosować. Zastanawiało mnie, czy sprawdzi się równie dobrze jak Effaclar, który polubiłam łącznie z kremem o tej samej nazwie.




Konsystencja tego kosmetyku jest dość specyficzna, bo pomimo, że jest wodnista, to jednak na tyle tępa, że zanim zaczniemy nakładać żel na twarz, trzeba najpierw dodać do niego sporo wody, a następnie zgodnie z zaleceniami producenta - spienić go w dłoniach, by kolejno przejść do samego mycia.



Żel świetnie sprawdził się w przypadku zmywania resztek makijażu, pozostałych po uprzednim demakijażu. Jest rzeczywiście łagodny i nie ściąga lekko skóry po umyciu jak to miało miejsce w przypadku Effaclaru. Podczas dłuższego stosowania dostrzegłam też redukcję niedoskonałości, a te które się w międzyczasie pojawiały, były znacznie mniej kłopotliwe i szybciej znikały.




Co ważne podkreślenia to fakt, że jest to produkt wydajny, gdyż wystarczy odrobina, aby dokładnie umyć całą buźkę. Zapach jest miły dla nosa, charakterystyczny dla wszystkich kosmetyków LRP. Twarz po użyciu jest dokładnie oczyszczona, a przy tym nie przesuszona. Żel nie uczulił mnie, nie podrażnił, ani nie spowodował żadnych innych przykrych dolegliwości, dlatego ze swojej strony mogę Wam go polecić, gdyż jest to kolejny produkt ze stajni LRP, który bardzo odpowiada mojej skórze, a i mnie przypadł do gustu. Jego cena to ok. 35-45 zł w zależności gdzie kupicie. Udanego dnia! :)

piątek, 25 sierpnia 2017

Kosmetyki Yves Rocher - żel do kąpieli, dwufazowy płyn do demakijażu oczu, peeling do ciała, krem i żel do stóp / co lubię, co używam, co polecam

Cześć! Chyba dziś pobiłam rekord jeśli chodzi o długość nazwy postu. Nie mogłam się zdecydować, a że kobieta zmienną jest to... wyszło jak widać ;).

Bez zbędnych wstępów, bo wpis ten i tak podejrzewam, że będzie zdecydowanie za długi, opowiem Wam trochę o kosmetykach marki Yves Rocher. Przyznam, że nie jest to moja najbardziej ulubiona marka kosmetyczna dostępna na rynku, ale że często mają rewelacyjne promocje (czasem można coś fajnego nabyć niemal za bezcen), ładne zapachy i przyjemne kosmetyki, to nieraz zaglądam wyhaczając coś, co akurat może mi się przydać.

Tak było i tym razem. W dniu moich urodzin pojechałam po żel pod prysznic, a dzięki nałożeniu się kilku promocji, wróciłam z tym co widać na poniższym zdjęciu (poza żelem do stóp, bo jego akurat miałam już wcześniej, ale za to otrzymałam jeszcze bardzo ładny, metaliczny lakier do paznokci w kolorze złota, który jednak poszedł już do mojej Mamy). Produktów tych używam już dłuższy czas, część znałam już wcześniej, dlatego spokojnie jestem w stanie przedstawić Wam rzetelną opinię na ich temat. Gotowi?



ŻEL POD PRYSZNIC ZIELONA HERBATA




Żel ten zakupiłam jako łazienkowe "widzimisię". Bardzo lubię testować przenajróżniejsze kosmetyki, wszak bycie blogerką kosmetyczną zobowiązuje ;). Produkt ten sprawdził się u mnie dobrze, choć nie rewelacyjnie. Dokładnie oczyszcza skórę i jest wydajny, przez co wystarczy nałożyć niewielką ilość na gąbkę, aby umyć całe ciało. Poza tym naprawdę pięknie pachnie zieloną herbatą, a zapach jest na tyle świeży, rześki i relaksujący, że idealnie sprawdzi się np. podczas wieczornej kąpieli, tuż przed snem, wspomagając wyciszenie organizmu. Na ciele utrzymuje się przez kilkanaście minut, później subtelnie zanikając. Ogólnie to fajny żel, choć na tle innych nie wyróżnia się niczym specjalnym, dlatego myślę, że najbardziej polubią go zadeklarowani miłośnicy marki lub fani zielonej herbaty. Cena - 14.90 zł za 200 ml.


PUR BLEUET - DWUFAZOWY PŁYN DO DEMAKIJAŻU OCZU






Jest to już moja 4 buteleczka, ale prawdę powiedziawszy nie jest to mój ulubiony płyn do demakijażu oczu. Niby fajny, bo dwufazowy, nie będący zarazem zbytnim tłuściochem, jednak ilość czasu potrzebna do zmycia za jego pomocą dość intensywnego makijażu (cienie na bazie, kredka, eyeliner, mascara), jest dla mnie trudna do zaakceptowania. Bez pocierania wacikiem niestety nie jestem w stanie dokładnie oczyścić okolic moich oczu, bo przykładając płatki i czekając, aż płyn rozpuści wszystkie substancje, musiałabym czekać chyba do dnia następnego. Za długo, zbyt skomplikowanie i niewygodnie. Z mniej wymagającym makijażem radzi sobie znacznie lepiej, ale nie do końca taki jest jego cel, gdyż jako płyn dwufazowy powinien w mig zmywać z oczu wszystko, a nie wybierać "to zmyję, a z tym się pomęcz". Oj nie, nie. Z tego też względu moim numerem jeden wciąż jest kojący płyn micelarny od Bielendy, który pomimo, że jest w zasadzie zwykłą "wodą", perfekcyjnie radzi sobie z niemal każdym moim makijażem, nawet tym o przedłużonej trwałości. Dwufazowego płynu od Yves Rocher nie polecam, chyba, że na codzień robicie sobie delikatny make up, to wtedy jak najbardziej się sprawdzi. Cena - 21.90 zł za 100 ml.


PEELING ROŚLINNY DO CIAŁA Z PUDREM Z PESTEK MORELI





Z tym kosmetykiem polubiłam się od razu! Jest fantastyczny, chociaż... uwaga - nie jest super mocnym peelingiem, a jak doskonale wiecie, im mocniejszy peeling, tym ja bardziej zadowolona :D. Dlaczego mimo wszystko się zaprzyjaźniliśmy? Przede wszystkim dlatego, że możemy tutaj stopniować moc ścierania wedle upodobań, gdyż zastosowany na wilgotną skórę zachowuje się delikatnie, natomiast na suchą, od razu zyskuje bardziej wyraźną siłę ścierania, a dzięki dość wodnistej konsystencji, nie ma problemu z naciąganiem skóry, które często ma miejsce gdy konsystencja jest zbita. Do tego zapach jest szalenie przyjemny, kojarzy mi się z sokiem brzoskwiniowym i ilekroć go wącham, mam ochotę skosztować. Bardzo polecam ten peeling, gdyż moim zdaniem sprawdzi się zarówno na bardziej wymagającej, jak i całkiem delikatnej skórze. Cena - ok. 22.90 zł za 100 ml.


KREM INTENSYWNIE ODŻYWIAJĄCY DO SUCHYCH STÓP





Krem ten początkowo miał iść do moich Rodziców, jednak kiedy użyłam go po raz pierwszy to przepadłam i stwierdziłam, że nie oddam. Swoim działaniem zmiękczająco-nawilżającym pobił nawet mój ulubiony krem do stóp z Kolastyny. I chociaż mam to szczęście, że jestem posiadaczką stóp, które nie mają najmniejszych problemów z przesuszoną skórą, zrogowaceniami, pęknięciami itp. to mimo wszystko lubię stosować kosmetyki przeznaczone do pielęgnacji tej części ciała, dzięki czemu są jeszcze bardziej miłe i przyjemne w dotyku. Moim zdaniem krem ten świetnie sprawdzi się nawet w problematycznych przypadkach, ponieważ posiada bogatą konsystencję, która zarazem szybko się wchłania i niemal z miejsca odżywia nóżki, a im dłużej go używamy, tym mam wrażenie, że rezultaty są lepsze. Cena - 24.90 za 50 ml.


ŻEL CHŁODZĄCY DO ZMĘCZONYCH STÓP





Świetny kosmetyk na upalne dni! Bardzo fajnie odświeża stopy, choć nie ma jakichkolwiek właściwości wygładzających, tudzież poprawiających kondycję naszej skóry. Bardziej działa on na zasadzie antyperspirantu w żelu, ale też super sprawdzi się np. do masażu stóp. Ślicznie pachnie lawendą i mentolem. Generalnie przyjemny kosmetyk, który polubiłam na tyle mocno, że buteleczka aktualnie jest już niemal pusta. Cena - 19.90 zł za 50 ml.


Podsumowując - mam nadzieję, że tym wpisem udało mi się przybliżyć wam kilka kosmetyków Yves Rocher, które aktualnie posiadam w swoich kosmetycznych zasobach. Jak widać moja opinia na ich temat jest różna, ale ogólnie markę dość lubię. Miałam od nich również perfumy, których recenzje możecie odnaleźć w zakładce po lewej stronie bloga. Ciekawa jestem, czy znacie jakieś perełki YR, coś co sprawdziło się u Was w 100% i z czego używania byłyście na maxa zadowolone? Jeśli tak, to koniecznie napiszcie mi Wasze typy w komentarzach. Udanego weekendu Kochani! :*

sobota, 19 sierpnia 2017

Co mi aktualnie w duszy gra

Cześć! Przyszła najwyższa pora na niekosmetyczny przerywnik. W dzisiejszym wpisie chciałam się z Wami podzielić piosenkami, które w ostatnich miesiącach namiętnie słucham. Jak zawsze gatunki są przeróżne, a piosenki starsze i nowsze. Nie lubię zamykać się w schematach, ograniczać, a inspiracje muzyczne niejednokrotnie czerpię też od znajomych i przyjaciół spoza kraju, dlatego mój gust jest szeroko różnorodny. Także bez zbędnego gadania zapraszam do posłuchania, co mi obecnie w duszy (i moim domu) gra :). Kolejność jak zawsze przypadkowa.






















Ograniczyłam się do 10 propozycji, chociaż było mi bardzo trudno wybrać, gdyż jest tego o wiele więcej. Jeśli macie ochotę, przygotuję niebawem kolejną część, a póki co dajcie mi koniecznie znać, który z tych utworów znacie oraz jakie piosenki moglibyście mi jeszcze polecić. Gatunek totalnie dowolny. Udanego weekendu Wam życzę, buziaki :*!

środa, 16 sierpnia 2017

Ziaja - orzeźwiająca mgiełka zapachowa do twarzy, ciała i włosów

Hej! Niestety przed długim weekendem nie wyrobiłam się z nowym wpisem, ale zgodnie z obietnicą wracam, by opowiedzieć Wam o pewnym produkcie, który idealnie sprawdzi się na powracające upały.

Produkt marki Ziaja, czyli orzeźwiającą mgiełkę zapachową odkryłam jeszcze w zeszłym roku, całkowitym przypadkiem, kiedy któregoś dnia zawitałam do Hebe w zupełnie innym celu zakupowym. Pamiętam, że była akurat w promocji i kosztowała w okolicach 5 zł, to aż żal było nie wziąć, dlatego zaryzykowałam w ciemno i... nie żałuję!



To, co mnie skusiło już na wstępie, to obietnice producenta, ze mgiełka nadaje się do stosowania zarówno na twarz, ciało jak i włosy, zatem jest to kosmetyk uniwersalny. Kilkukrotnie miałam okazję użyć jej w poprzednie lato (kupiłam ją, kiedy niestety dobiegało już ku końcowi), natomiast w tegoroczne, jest nieodzownym elementem mojej wyjazdowej kosmetyczki, gdyż zabieram ją po prostu wszędzie.



Szata graficzna jest bardzo minimalistyczna i przyjemna dla oka. Połączenie bieli z mięta zawsze się obroni. Atomizer rozpyla mgiełkę dość mocno, ale równomiernie i bez zarzutu. Nic się nie zacina, a kosmetyk nie wylewa się z buteleczki, dlatego na wszelkie wojaże możecie go śmiało zabierać.



Zgodnie z założeniami, mgiełka ta świetnie sprawdza się w podróży do lekkiego odświeżania ciała, tak samo podczas panujących upałów, w trakcie lub po opalaniu, ale... no właśnie jest jedno "ale". Mianowicie nie powinno się z nią przesadzać, intensywnie spryskując np. twarz, ponieważ z racji tego, że zawiera w składzie m.in. glicerynę, po chwili nasze ciało może zacząć się bardzo nieprzyjemnie kleić i świecić. Niestety załatwiłam się tak raz, kiedy na dworze był prawie 40 stopniowy upał, nie miałam na sobie makijażu, więc dla ochłody co chwilę pryskałam sobie buzię mgiełką. Kiedy po godzinie zawitaliśmy do pizzerii i idąc umyć ręce, spojrzałam w łazienkowe lustro, przestraszył mnie widok świecącej się jak kula dyskotekowa mordki, która w dodatku kleiła się tak, że wszystkie pyłki z powietrza osiadały na niej w mgnieniu oka. Po umyciu wodą było już ok, ale wspomnienia pozostały, dlatego ku przestrodze - pamiętajcie, by nie przesadzać z jej używaniem :).

Kosmetyk ten bardzo fajnie odświeża, tonizuje, ale czy nawilża? Niekoniecznie, a przynajmniej ja tego nie zauważyłam. Redukuje za to uczucie ściągnięcia i przynosi ukojenie skórze, które latem jest potrzebne. I co równie ważne - zapach, który jest iście BOSKI! Świeży, baaardzo orzeźwiający i zarazem delikatny. Dla mnie idealny! Fakt, faktem, utrzymuje się krótko, ale należy mieć na uwadze, że to nie są perfumy, żeby trzymały się przez minimum kilka godzin. Tutaj zapach wyczuwalny jest ok. godzinkę czasu, ale dla mnie to żaden problem, gdyż nie takie jest założenie mgiełki, aby kompozycje zapachowe były trwałe. Jednak ten moment, kiedy spryskując ciało, czuję unoszący się w powietrzu aromat, to coś niesamowitego! Jeśli czyta mnie ktoś z marki Ziaja, to proszę Was - stwórzcie takie perfumy, a będę pierwszą osobą, która je kupi :).



Nikogo chyba nie zdziwi jeśli napiszę, że oczywiście polecam ten produkt każdej kobiecie zwłaszcza, że w regularnej cenie kosztuje 7-8 zł, więc jak na tak przyjemny, wielofunkcyjny kosmetyk są to naprawdę groszowe sprawy. Dodatkowo mgiełka ma pojemność 100 ml i jest przy tym tak wydajna, że z powodzeniem wystarczy Wam na końcówkę tego i początek przyszłego lata. Tymczasem życzę Wam miłego dzionka, a ja uciekam na spacerek po Waszych blogach!

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Lakier hybrydowy NeoNail - Orchid

Hej! Lakier o którym Wam dzisiaj opowiem mam już od ok. roku czasu. Dlaczego dopiero teraz postanowiłam się wypowiedzieć na jego temat? A no dlatego, że w zasadzie do teraz nie wiedziałam co o nim myśleć. I nie chodziło tu o jakość, gdyż ta jest bez zarzutu, a bardziej o jego wygląd i prezentację na moich dłoniach. Wiadomo, że kobieta to bardzo nieokreślona pod względem gustu płeć, dlatego wolałam odczekać odpowiednią ilość czasu, aby już w 100% być przekonana, czy mi się podoba, czy też nie i nie sprzedawać Wam tu ściem. Ciekawe jesteście mojej ostatecznej opinii na jego temat? Jeśli tak, zapraszam do dalszej lektury :).

Zacznę może od tego, że jest to jedyny w mojej kolekcji lakier marki NeoNail jaki posiadam. Mając współpracę z Semilakiem nie widziałam potrzeby kupowania hybryd innych marek, a na ten zdecydowałam się wyłącznie z racji tego, że bazę i top otrzymałam jeszcze w 2015 roku na konferencji Meet Beauty, w której miałam przyjemność uczestniczyć, więc uznałam, że do kompletu dokupię lakier, który nadaje się do noszenia (w mojej wersji paczki upominkowej do bazy i topu dołączony był "oczobijny" oranż, który od razu oddałam Siostrze), aby po prostu przetestować coś nowego. Wybór padł na baaardzo nietypowy kolor Orchid.




Jest to lakier o tyle dziwny, że na każdej karnacji i w każdym świetle wygląda nieco inaczej. Czasem to chłodny, wręcz babciny fiolet, czasem wpadający w lekki fioleto-róż, aby innym razem wydobyć z siebie zdecydowanie różowe tony, znacznie dominujące nad fioletem. Prawdziwa orchidea, dlatego nazwa trafiona w dyszkę! Z racji tej jego wyjątkowości długo nie mogłam się zdecydować co o nim myśleć, ale ostatecznie jestem na tak. Ta swoista odmienność czyni go jednym z oryginalniejszych lakierów w mojej małej, hybrydowej kolekcji. Polubiliśmy się!

Co do jakości, to jak wspomniałam wyżej - jest świetna. Tak jak w przypadku Semilaków trzyma się od nałożenia do ściągnięcia. Nie ma też problemu z nakładaniem syrenki (mój ChiodoPro z kolekcji Edyty Górniak nie znosi się z syrenką, ale o tym innym razem). Sprawdzi się zarówno latem jak i zimą, gdyż jego bazowy kolor to dość chłodny lila-róż, który jest uniwersalny zarówno na jedną, jak i na drugą porę roku.

Poniżej możecie zobaczyć jak prezentował się we wrześniu 2016 na moich prawie wcale nieopalonych dłoniach.






Jestem bardzo ciekawa Waszego zdania na jego temat. Podoba się wam, czy niespecjalnie? Dajcie znać w komentarzach :). Przyjemnego wieczoru!

niedziela, 30 lipca 2017

Beduinki Na Instagramie - współczesne realia życia Arabek (i nie tylko) + dziś są moje 30-te urodziny!

Cześć! Kilka miesięcy temu, podczas spontanicznych zakupów w Biedronce jak zwykle przeglądałam proponowane przez market pozycje książkowe i przypadkiem natrafiłam na jedną, którą wiedziałam, że koniecznie muszę nabyć, aby dołączyć do swojej domowej biblioteczki. Uwielbiam literaturę traktującą m.in. o życiu kobiet w krajach arabskich, gdyż tamtejsze obyczaje w połączeniu z religią są tak skrajnie odmienne od naszych, a przy tym tak fascynujące, że nie sposób przejść obok nich obojętnie :).




Autorka książki, czyli Aleksandra Chrobak jest Polką, która jak możemy przeczytać na tylnej okładce książki - "poznała Emiraty od podszewki". Kilka lat żyła i pracowała w ZEA (Zjednoczonych Emiratach Arabskich), dzięki czemu miała okazję bardzo dokładnie poznać zasady rządzące życiem tamtejszych ludzi, ich zwyczaje i kulturę. To doświadczenie jest dokładnie widoczne na kartach książki, która została napisana w sposób przede wszystkim ciekawy i zaskakujący.

Książka w dużej mierze ukazuje codzienność życia Arabek z różnych regionów kraju. Od tych bardziej wyzwolonych, które pod długimi abajami skrywającymi ich sylwetki, niejednokrotnie noszą kosmicznie drogie kreacje od Diora, Balenciagi, czy Chanel, w wolnych chwilach jeżdżąc na zakupy swoim nowiutkim porshe będącym prezentem od męża, po te, które żyjąc poza wielkim miastem, wciąż tkwią w swoim zaścianku, pozostając skromne, usłużne i całkowicie podporządkowane życiu jakie zostało im narzucone.

Jednakże książka ta nie skupia się tylko i wyłącznie na kobietach. Pokazuje również m.in. zasady panujące w męskim świecie, ogromną wagę przykładaną do religii, zasad które obowiązują w domach zarówno bardziej zamożnych mieszkańców, jak i tych biednych i wiele, wiele innych, także jestem pewna, że jeśli choć odrobinę interesuje Was tematyka życia ludzi w krajach arabskich, to jest to propozycja dla Was.



Jeśli chodzi o mnie, to najbardziej zaciekawiły mnie możliwości "obejścia" rygorystycznych norm, które w ciągu lat wypracowały sobie Arabki. Całkowicie zdominowane przez męską populację, gdzie to mąż, ojciec lub brat decydują o każdym ich kroku, nauczyły się delikatnie naginać pewne prawidła, aby mieć choć minimalnie poszerzoną swoją przestrzeń życiową. Ponad to nauczyły się także subtelnego okazywania swojej kobiecości, którą na codzień zasłania wspomniana już czarna abaja. Autorka wspomina, że czasem wystarcza mały detal, aby wprawne oko mogło rozpoznać z jakim typem kobiety rozmówca ma do czynienia - elegancką damą, buntowniczką (oczywiście w tamtejszym tego słowa znaczeniu), czy tradycyjną beduinką. Ciekawe też jest podejście Arabów do mediów społecznościowych i kontaktów międzyludzkich np. w pracy. Wiedzieliście, że autorka kilka lat przepracowała z kobietą, której twarzy nigdy nie widziała, przez co nie była w stanie rozpoznać ile ma lat? Mogła się tego domyślać jedynie po dłoniach i głosie. Dla nas to szok, a tam to normalność.

Dzięki tej książce po raz kolejny przekonałam się, że ZEA to kraj ogromnych kontrastów, gdzie nowoczesność miesza się ze zwyczajami praktykowanymi od lat. Każdy rozdział opisany jest  w sposób interesujący, dlatego czytanie jest przyjemnością i podczas lektury nie ma miejsca na nudę. Jednak zdarzyło się też kilka powtórzeń, które były niepotrzebne, gdyż spokojnie można było je pominąć. Mimo to, w moim odczuciu są to detale, w tym przypadku nie rzutujące na odbiór całości, także z mojej strony ta książka otrzymuje moją rekomendację :).

Ps. W dniu dzisiejszym obchodzę swoje 30 urodziny, będę miała małą imprezkę rodzinną, natomiast jutro wyjeżdżam na kilka dni poza miasto, dlatego też na wszelkie Wasze komentarze i wiadomości odpowiem po powrocie do domku. Ściskam Was mocno i jak co roku, wirtualnie dzielę się pysznym torcikiem oraz kawką. Buziaki!!! :*

(źródło - www.weheartit.com)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...