środa, 17 maja 2017

Lakier hybrydowy Semilac - 105 Stylish Gray (w duecie z 022 Mint)

Cześć i czołem! Na wstępie bardzo serdecznie chciałam podziękować wszystkim osobom, które pod poprzednim postem zechciały zabrać głos na zadane przeze mnie pytanie, czy założenie blogowego Instagrama to dobry pomysł. Dzięki Waszym opiniom postanowiłam spróbować i zobaczyć co z tego wyjdzie, więc gdzieś za ok. 2 tygodnie postaram się wystartować, o czym z pewnością Was poinformuję :). Dlaczego dopiero za dwa tygodnie? Ponieważ najprawdopodobniej na ten czas będę niestety zmuszona iść do szpitala, gdyż od ok. miesiąca doskwierają mi bardzo silne bóle dwóch kręgów kręgosłupa (który nigdy dotąd nie dawał o sobie znać) i lekarze muszą zdiagnozować co jest grane, bo w tym momencie nawet przy pomocy silnych leków przeciwbólowych, ledwo jestem w stanie jako tako funkcjonować. Trzymajcie proszę kciuki!

Tymczasem przechodząc do sedna wpisu, dziś pogadamy sobie o kolejnym lakierze hybrydowym z rodzinki Semilaków, czyli Stylish Grey, którego nazwa równie dobrze mogłaby brzmieć np. Grey Mouse.




Jest to kolor świetnie wyważonej szarości, nie za jasnej, nie za ciemnej, bez grama dodatku innych odcieni, po prostu 100% szaraczek. Przyznam szczerze, że tak jak na swatchach w Internecie mi się spodobał, w pierwszym odczuciu kiedy zobaczyłam go na żywo nie wywarł na mnie pozytywnego wrażenia, co z kolei zmieniło się diametralnie po wykonaniu całego mani.

Otóż Stylish Gray dzięki swojej uniwersalności, świetnie komponuje się z innymi kolorkami ze stajni Semilac bez względu na to, jaki odcień wybierzemy. Możemy dowolnie łączyć go w przenajróżniejsze kompozycje mając pewność, że zawsze wygląda to dobrze i nieprzesadnie. 





Jestem przekonana, że fajnie mógłby wyglądać również solo, choć nie wiem, czy jak dla mnie troszkę nazbyt smutno, dlatego do tej pory nie zdecydowałam się aby w takiej wersji go nałożyć, jednak wszystko przede mną ;).




Trwałość jest jak zawsze świetna (u mnie tydzień, dłużej nie noszę ze względu na swój szybki przyrost płytki paznokcia i tym samym spory odrost), podobnie jak aplikacja. Na zdjęciach mam po dwie warstwy jednego i drugiego odcienia.

Lubicie szare, asfaltowo-betonowo-ołówkowe lakiery do paznokci? Dajcie znać w komentarzach, buźka :*.

piątek, 12 maja 2017

Pilne pytanie do Was

Hej Kochani! Jak w tytule, dzisiaj nie będzie recenzji, ani rozmowy o kosmetykach. Chciałam poznać Wasze zdanie na temat tego, co myślicie o założeniu blogowego Instagramu? Przyznam, że ta myśl chodzi za mną od jakiegoś czasu i chociaż mam już jedno konto, które jest moim prywatnym i które prowadzę wyłącznie dla swojej własnej przyjemności, wrzucając co akurat wpadnie mi do głowy, to tak pomyślałam, że może warto byłoby rozszerzyć działalność bloga o drugie poza Facebookiem social media. Bardzo czekam na Wasze opinie, gdyż nie ukrywam, że w dużej mierze to właśnie one przyczynią się do mojej decyzji. Buziaki :*.

poniedziałek, 8 maja 2017

100% naturalny olejek arganowy i marakuja do włosów, ciała i twarzy Marion + maseczki do twarzy Marion i Maurisse (długi post)

Cześć! Po 30-tce skóra twarzy i ciała zaczyna robić się coraz bardziej wymagająca, dlatego też choć do zmiany kodu na 3 z przodu zostały mi jeszcze 2 miesiące, od pewnego czasu coraz baczniej przykładam uwagę do pielęgnacji swojej cery, okolic oczu i ciała, aby jak najdłużej móc cieszyć się zdrową, promienistą skórą bez niedoskonałości i zmarszczek.

Z tego też tytułu ucieszyłam się, kiedy marki Marion i Maurisse umożliwiły mi zapoznanie się ze swoimi najnowszymi produktami do pielęgnacji cery (choć nie tylko), z których myślę, że kilka na stałe zagości w moim rytuale dbania o jak najdłuższe zachowanie młodości.

Oczywiście za odpakowywanie paczek pierwsza zabrała się Misia :D.





To, co najbardziej zaciekawiło mnie na wstępie, to 2 całkowicie naturalne olejki o szerokim zastosowaniu.




Ci z Was, którzy podczytują mnie regularnie na pewno wiedzą, że za olejkami nie przepadam, gdyż tak samo jak ja, nie lubi ich również moja skóra, która najczęściej reaguje wysypem na wszelkie próby przełamania się. Tutaj jednak mamy możliwość użycia wspomnianych olejków nie tylko na twarz, czy inne partie ciała, ale również włosy i dokładnie z takim przeznaczeniem postanowiłam je wypróbować. Co ważne! Oba produkty są całkowicie eko i składają się wyłącznie z 2 składników, przez co mamy gwarancję, że nie ładujemy na siebie kolejnej chemii.

Jeśli chodzi o moje włosy, to choć poza wypadaniem zazwyczaj nie mam z nimi większego problemu, często bywają przesuszone, gdyż namiętnie od ok. 15 lat używam prostownicy oraz standardowo od dziecka - suszarki, przez co ich intensywne nawilżenie oraz wzmocnienie jest jedną z ważniejszych podstaw mojej pielęgnacji. Olejki zawarte w produktach do włosów lub jak w tym przypadku, czyste olejki nałożone na końcówki lub od połowy włosów, bardzo dobrze służą mojej czuprynie która jest bardziej nabłyszczona, wygląda na zdrową, a końcówki wolniej się rozdwajają.




Produkty te idealnie sprawdzają się także do masażu ciała lub na silnie przesuszone partie skóry, co w drugim przypadku miał okazję wypróbować mój Tata na swoich mocno spierzchniętych dłoniach, dodając odrobinę jednego z olejków do swojego kremu do rąk. Wg. mnie są to kosmetyki bardzo wszechstronne, dlatego też nawet jeśli nie przepadacie zbytnio za olejkami i macie do nich dystans podobnie jak ma to miejsce w moim przypadku, jestem pewna, że te polubicie, gdyż możliwość ich zastosowań jest imponująca, dlatego też uważam, że warto, aby znalazły się w każdej kosmetyczce, a już na pewno przy skórze suchej lub bardzo suchej, dla której mogą się okazać niemałym wybawieniem.

Przechodząc do propozycji przeznaczonych już typowo do pielęgnacji twarzy, owocowo-warzywne maseczki marki Marion zwróciły moją uwagę przykuwającymi wzrok opakowaniami, a także po otworzeniu pierwszego z nich - zapachem. Bo tak jak osobiście nie preferuje masek, które docelowo zostawia się do wchłonięcia, usuwając jedynie ich nadmiar nasączonym wacikiem, tak w tym przypadku bajeczny aromat każdej z nich i całkiem niezłe działanie w pełni zrekompensowały mi to moje małe "widzimisię".



Opakowania wyglądają bardzo soczyście i zachęcająco. Konsystencja każdej z masek to gęsty, biały krem, który zostawiamy na twarzy do wchłonięcia, ok. 15-20 minut. Moją zdecydowaną ulubienicą została maska Mango (2), która już samym swoim słodko-owocowym zapachem wprowadziła mnie w pozytywny nastrój. Działanie każdej z nich też jest w porządku, gdyż maski wchłaniają się super, a po użyciu moja twarz czuje się jak po wypiciu solidnej porcji wody. Jest intensywnie nawilżona, wygładzona i przyjemna w dotyku. Fajnie, że mamy tu maski przeznaczone do wszystkich rodzajów cer, jak tłuste, mieszane (1), dojrzałe, podrażnione (2), naczynkowe, zmęczone (3) oraz suche i odwodnione (4), przez co każdy znajdzie kosmetyk odpowiedni do swoich potrzeb.



Z kolejnymi dwiema maskami niestety już się nie polubiłam. Być może moje podejście do nich byłoby zgoła inne, gdyby nie fakt, że moja skóra źle na nie zareagowała. Szkoda, że akurat trafiło na maski w płachcie :(. Zaczęłam od zabiegu mezoterapii (2), który polegał na tym, że najpierw należało rozprowadzić maseczkę znajdującą się w dolnej części opakowania, pozostawiając ją do wchłonięcia ok 10-15 minut, a następnie zastosować Koktajl Odmładzający, czyli po prostu nałożyć na twarz bawełnianą tkaninę nasączoną dobroczynnymi składnikami. I tak jak podczas trzymania na twarzy pierwszej maseczki czułam tylko drobne pieczenie, tak po nałożeniu tkaniny po dosłownie 2 minutach moja cera zaczęła reagować silnym szczypaniem, przez co natychmiast zdjęłam płachtę, a twarz umyłam wodą. Po umyciu uczucie pieczenia minęło, a na twarzy na szczęście nie odnotowałam żadnych negatywnych skutków, dlatego po mniej więcej tygodniu postanowiłam zrobić kolejną próbę i wypróbować drugą z masek, której choć kolejność działania odwrotna, to jednak reakcja mojej skóry była dokładnie taka sama. Widocznie w składzie obu znajduje się jakiś czynnik na który moja cera źle reaguje, dlatego odradzałabym je osobom o wrażliwej lub alergicznej cerze. Co do działania, z wiadomych przyczyn nie jestem w stanie się wypowiedzieć.



I na koniec moja wisienka na torcie, czyli dwie maski, które swoim działaniem spowodowały szybsze bicie mojej pikawy. Obie składają się z dwóch części, które kładziemy na dwie różne partie twarzy, dokładnie tak, jak to widać na obrazku. Maski z dodatkiem węgla uwielbiam, więc nie trudno zgadnąć, którą polubiłam bardziej (1). Obie przyjemnie pachną, świetnie się rozprowadzają, bezproblemowo zmywają i co ważne - minimalne efekty widać już od pierwszego użycia, choć ja zawsze lubię sobie podzielić daną maseczkę na 2-3 porcje, aby na dłużej mi starczyła. W przypadku obu z nich, zaraz po użyciu wyczuwalne jest znaczne wygładzenie cery oraz przyjemne nawilżenie. Zdecydowanie polecam!



Dajcie mi proszę znać, czy miałyście może okazję stosować już któryś z przedstawionych kosmetyków, a jeśli tak, to który i jakie było Wasze wrażenie na jego temat. Życzę Wam przyjemnego początku tygodnia :).

piątek, 28 kwietnia 2017

Zapach raju - Paradiso by Roberto Cavalli

Witajcie! Pomimo, że za moment będziemy mieć już maj, pogoda za oknem jest iście jesienna lub chwilami wręcz zimowa, jak to miało miejsce wczoraj na Śląsku, kiedy to wielkimi płatami padał śnieg! Z tego też powodu wszelkimi siłami staram się przywoływać wiosnę, robiąc np. bardziej kolorowy makijaż (na tyle, ile mogę sobie pozwolić idąc do pracy) lub kładąc na paznokcie nieco żywsze odcienie. Niedawno też, dzięki poleceniu mojego kolegi, wpadł w moje łapki zapach Roberto Cavalli o inspirująco brzmiącej nazwie Paradiso. Ciekawe jesteście, czy za jego pomocą udało mi się dotknąć "raju"? ;)

Już samo opakowanie zewnętrzne przywodzi na myśl plażę z najczystszym piaskiem i lazurową wodą oceanu, mieszającą się z błękitem nieba, a to wszystko dzięki przenikającym się barwom, jednoznacznie kojarzącym się z bajkową wyspą, położoną gdzieś na końcu świata.





W środku znajdujemy bardzo elegancki, bogato wyglądający flakon, którego z pewnością żadna miłośniczka luksusu nie powstydziłaby się na swojej toaletce. Dzięki ciekawym cięciom szkła przypominającym diament i wysokiej dbałości o detale, całość prezentuje się szykownie i z klasą. Mimo tych niepodważalnych zalet, nie są to jednak perfumy, które zabrałabym ze sobą w podróż, nie przelewając do perfumetki, gdyż flakon jest ciężki oraz niewygodny jeśli chodzi o jego przewożenie.





Perfumy zostały określone przez producenta jako nad wyraz zmysłowe, kobiece i jednocześnie figlarne. Zapach owoców idealnie miesza się tu z delikatnością nut jaśminu, połączonego z subtelnymi, drzewnymi akordami, nadając całości wyrafinowany, nienachalny, szalenie elegancki wyraz.

Nuta głowy: cytrusy, bergamotka, mandarynka
Nuta serca: jaśmin
Baza: cyprys, sosna, wawrzyn

Jeśli miałabym określić obrazem jak widzę tę kompozycję i kobietę ją noszącą, z pewnością musiałabym powrócić do tematu wyspy. Wwąchując się w Paradiso, zmykam oczy i w sekundę przenoszę się na rajską plażę, gdzie dostrzegam nie tylko słońce i majestatyczne palmy, ale czuję przede wszystkim bardzo przyjemne ciepło, które zaprasza mnie do wyciągnięcia się na rozpostartym leżaku. Widzę również elegancką, nieco romantyczną, acz mocno stąpającą po ziemi kobietę, przypominającą np. którąś z bohaterek Żon Hollywood. Ma na sobie zwiewną, białą sukienkę, słomkowy kapelusz i drogie okulary, być może Diora lub Balenciagi. Spacerując po plaży, sączy przez słomkę wodę ze świeżo zerwanego i przygotowanego specjalnie dla niej kokosa, obserwuje fale oceanu i celebruje chwile relaksu, zanim pod wieczór powróci do swojej wynajętej na czas wakacji rezydencji.

Paradiso z pewnością nie jest zapachem, który nie licząc nazwy, w jakikolwiek sposób mógłby nawiązywać do aromatów np. Escady. Choć samo otwarcie przez pierwsze kilka sekund może wydawać się zbliżone, to jednak propozycje Escady jak na mój gust pozostają pod każdym względem bardzo, bardzo daleko w tyle. Paradiso mają w sobie swoistą dojrzałość, która kompletnie nie pasuje do młodziutkich dziewczyn. Widzę je raczej na kobietach 30+, wiedzących czego chcą, radosnych, otwartych, lubiących "zaczepiać" zapachem i przyciągać męskie spojrzenia. Bo obok tej kompozycji większość Panów (a często nawet i Pań) z pewnością nie przejdzie obojętnie. Co prawda mam je od niedawna, ale ilość zapytań i komplementów od znajomych w rodzaju "boski zapach, co to jest", jest zaskakująco duża. Na szczęście Paradiso nie są jeszcze na tyle popularne (i mam nadzieję, że nie będą!), żeby spowszedniały i stały się z miejsca rozpoznawalne, jak to można było zaobserwować na przykładzie Si od Armaniego. W końcu każda z nas lubi się wyróżniać i czuć oryginalnie ;).



Nikogo chyba nie zdziwi jeśli napiszę, że jak dla mnie to z pewnością perfumiarskie odkrycie tego roku, mimo że zapach istnieje na rynku od 2 lat. Jego wyrafinowanie, poczucie bycia atrakcyjną oraz zdolność przeistaczania zwyczajnych chwil w szczególne okazje sprawia, że pozostanę mu wierna na długo. Przepięknie balansuje na mojej skórze, rozwijając coraz to ciekawsze połączenia oraz utrzymuje się w stanie wyczuwalnym dla otoczenia około 8-10 godzin, co sprawia, że uważam iż wart jest każdej wydanej na niego złotówki. Za butelkę 50 ml eau de parfum zapłaciłam w Sephorze 279 zł, ale jeśli tylko Wam się spodobają, to z czystym sumieniem polecam, bo jak widać ja się zakochałam i coś czuję, że ta miłość nie prędko minie ;).

środa, 19 kwietnia 2017

Matowe pomadki w płynie Delia Cosmetics

Witajcie! Dzisiaj opowiem Wam trochę o nowości marki Delia, czyli matowych pomadkach w płynie, do recenzji których zbierałam się dość długo. Czytałam o nich sporo, najczęściej pochlebnych opinii, stąd chciałam przetestować je dla Was jak najdokładniej, by móc w pełni przedstawić własny punkt widzenia, który niestety będzie daleki od ochów i achów.

Pomadki przyszły do mnie zapakowane w urocze, kartonowe pudełko, przewiązane różową wstążką, w środku zapakowane w różowy woreczek. Trzeba przyznać, że marka Delia dba o to, by influencerki poczuły się, jakby co kilka miesięcy odwiedzał je Mikołaj :). Sposób pakowania każdorazowo jest na wysokim poziomie i całościowa estetyka bardzo do mnie przemawia.





W środku znalazło się 6 odcieni matowych pomadek w płynie, z których każda posiada nazwę, odpowiadającą imieniu jednej ze światowych aktorek, które przeszły do historii kina. Zamysł świetny i bardzo trafiony!

Opakowania są eleganckie i wyglądają, jakby w środku znajdowała się pomadka w sztyfcie. Całość psują tylko naklejki z tyłu, które ciężko się odklejają, zostawiając na skuwce lepiący się klej, ale wystarczy przetrzeć ją alkoholem izopropylowym i problem znika.




Kolory są obłędne i początkowo byłam ogromnie ucieszona, że takie cudeńka trafią do moich szminkowych zbiorów. Po swatchach na dłoni pigmentacja wydawała się być genialna.



Niestety na ustach czar prysł. Pigmentacja dwóch najjaśniejszych odcieni (Bridget i Audrey) podczas aplikacji pozostawiała wiele do życzenia. Miałam wrażenie, że jest w nich za dużo warstwy olejkowej, przez co równomierne nałożenie graniczyło z cudem. Na szczęście w pozostałych odcieniach tego problemu nie było. Pojawił się natomiast inny. Pomadki bardzo szybko zastygają, więc trzeba się mocno spieszyć, aby zdążyć je nanieść zanim zaschną, jednak przez to, że ich konsystencja jest niemal jak woda, trzeba mieć wręcz chirurgiczną precyzję, aby dokładnie rozprowadzić je na ustach. To nie koniec, chwilę po zastygnięciu pomadki te w moim przypadku nie nadawały się do noszenia. Podczas mówienia oddzielały się od śluzówki warząc się i tworząc nieładne krechy, skawalały się, rolowały, zbierały w kącikach oraz zmarszczkach ust i to dosłownie 5 minut po aplikacji. Ponad to przy "dłuższym" noszeniu, które trwało u mnie ok. godzinę, bo tyle dałam radę wytrzymać, odczuwałam ściągnięcie i wysuszenie, które powodowało u mnie duży dyskomfort.

Poniższe zdjęcia zostały wykonane zaraz po rozprowadzeniu każdego z kolorów. Jak widać, Bridget jest zważona od razu. Reszta odcieni wyglądała dokładnie tak samo tyle, że parę minut później.



Także odnosząc się do obietnic producenta:
* gwarantowany efekt matowy - owszem, jest to 100% mat bez grama połysku
* jest jednocześnie trwała (lekko schodzi przy jedzeniu dużego posiłku) - bez szans, u mnie schodzi po parunastu sekundach
* nie odbija się na szklankach (co jest częstym problemem przy używaniu pomadki) - sprawdziłam, nie odbija, ale co z tego, jak skawalone resztki zostają na moich wargach :(
* nie wysusza ust (jak to zwykle bywa przy pomadkach matowych) - moje wysusza
* ma oryginalne opakowanie - to prawda, opakowanie jest bez zarzutu
* przyjemnie pachnie - charakterystycznie dla większości kosmetyków Delia, dość intensywnie, ale ok
* ma dobrą cenę, na półce to 15,80 zł - cena byłaby super, gdyby szła w parze z jakością
* 6 głębokich kolorów - fakt, kolory są idealne!

Niestety, ale tym razem z produktu jestem całkowicie niezadowolona. Wiem jednak, że ma on swoich zwolenników, więc być może jestem w mniejszości, ale ze swojej strony nie polecam. Pomadki poleciały do mojej koleżanki, u której mam nadzieję, że spiszą się lepiej jak u mnie.

Życzę Wam przyjemnej reszty tygodnia! :*

sobota, 8 kwietnia 2017

Aqua Pi Cosmetics - szampon normalizujący i zapobiegający wypadaniu włosów

Witajcie! W ostatnich dniach dość mocno zaniedbuję bloga. Tak, wiem, mea culpa, ale wynika to głównie z natłoku innych zajęć i życia offline, które bywa znacznie ciekawsze, niż zapełnianie wolnego czasu w sieci, stąd też mnie tu mało, ale niebawem postaram się to nadrobić.

Niedawno miałam okazję zapoznać się z całkowitą dla mnie nowością na rynku, czyli kosmetykami marki Aqua Pi Cosmetics, które charakteryzują się obecnością tajemniczej Aqua Magica Pura w składzie swoich produktów. Cóż to jest? Aqua Magica Pura to woda naładowana słabymi polami elektromagnetycznymi – przełomowe odkrycie włoskich naukowców, która w postaci żelu otrzymała we Włoszech Cartificato Ministero della Salute (certyfikat Ministerstwa Zdrowia) potwierdzający jej dobroczynny wpływ na skórę, m.in.: łagodzenie podrażnień i zmniejszenie zaczerwienienia, przyspieszenie gojenia stanów zapalnych oraz poprawę kolorytu skóry.

Do testów otrzymałam 3 produkty - pełnowymiarowy szampon normalizujący i zapobiegający wypadaniu włosów, mający na celu zwiększenie ich objętości (350 ml), o którym będzie dzisiaj mowa oraz dwie miniatury po 70 ml - płyn multifunkcyjny do skóry wrażliwej, suchej, delikatnej i naczynkowej, a także wodę micelarną. W paczce znalazło się również kilka próbek kremu pod oczy i kremu do twarzy na dzień/na noc.




Szampon znajduje się w dużej, plastikowej butli z wygodnym dozownikiem, który otwieramy i zamykamy po naciśnięciu. Szata graficzna jest ok, minimalistyczna, estetyczna, nie ma się do czego przyczepić. Jednak mam ogromne zastrzeżenie co do braku daty ważności lub przynajmniej daty produkcji kosmetyków na opakowaniu, gdyż poza znakiem w postaci otwartego wieczka informującego, że mój szampon jest ważny 12 miesięcy po otwarciu i numerem partii, nie ma nic. Koniecznie należałoby to poprawić, gdyż chyba każdy konsument chciałby mieć pewność, że wydając swoje pieniądze, na 100% używa w pełni przydatnego, nieprzeterminowanego produktu.



Obietnice producenta:
"Szampon stworzony do codziennego mycia i pielęgnacji włosów przetłuszczających się.
Działanie:
* Zmniejsza przetłuszczanie włosów
Nadaje włosom objętość
* Wzmacnia i zapobiega wypadaniu
Ważne informacje: 0%
Silikonów
* Olejów mineralnych
* Parabenów
* Alkoholu
* Sztucznych barwników
* Kompozycja zapachowa pozbawiona alergenów
* Dzięki formule z naturalnym pH skóry szampon można stosować codziennie
Poprzez działanie aktywnych ekstraktów roślinnych szampon efektywnie oczyszcza włosy i skórę głowy z zanieczyszczeń, pozostałości kosmetyków i nadmiaru sebum, pomaga normalizować pracę gruczołów łojowych i zmniejszyć przetłuszczanie włosów, nadaje włosom objętość oraz sprawia, że zdecydowanie dłużej pozostają świeże.
Receptura szamponu zawiera niezwykle skuteczny w walce z przetłuszczaniem włosów herbal vinegar powstały na bazie aromatycznych roślin leczniczych: rozmarynu, szałwii, tymianku i lawendy. Każda z tych roślin wykazuje działanie ukierunkowane na złagodzenie podrażnień skóry głowy, których podłożem jest łojotok i łupież, zmniejszenie przetłuszczania się włosów, pobudzenie wzrostu, jak również ogólną poprawę ich kondycji oraz wyglądu."

Szampon posiada gęstą konsystencję, która z pewnością będzie bardzo wydajna, gdyż niewiele produktu trzeba, by przy udziale wody porządnie rozprowadzić go na włosach.



Zapach jest delikatny, ziołowy, osobiście wyczuwam w nim drożdże, choć nie ma o nich wspomniane w składzie. Generalnie średnio przyjemny, ale może być. Po użyciu, każdorazowo odczuwam wrażenie, jakby szampon zostawiał na moich włosach jakąś lekką warstewkę, która sprawia, że stają się puszyste, sypkie i ułożone. Nie powoduje ona jednak szybszego przetłuszczania włosów. Po wysuszeniu i wyprostowaniu, moje kłaki są ładnie odbite od nasady, przyjemnie miękkie i wyraźnie świeże. Rezultat taki utrzymuje się standardowo do max. 2 dni. Jeśli chodzi o zapobieganie wypadania, to niestety nie zauważyłam tutaj żadnych efektów, ponieważ włosy podczas mycia i czesania wypadają mi w mniej więcej takiej samej ilości jak zwykle. Szampon nie uczulił mnie, nie podrażnił, ani nie spowodował występowania łupieżu, czy uwrażliwienia skóry głowy.




Skład: Aqua, Sodium laureth-2 Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Aqua (and) Sodium Lauroyl Sarcosinate, PEG-7 GlycerylCocoate, Di-PPG-2 Myreth-10 Adipate, PEG-150 Pentaerythrityl Tetrastearate (and) Aqua (and) PEG-6 Caprylic/Capric Glycerides, Parfum, Acetum (and) Glycerin (and) Lavandula Angustifolia Flower Extract (and) Rosmarinus Officinalis Leaf Extract (and) Salvia Officinalis Leaf Extract (and) Thymus Vulgaris Flower/Leaf Extract, Polyquaternium 7, Glycerin, Benzyl Alcohol (and) Aqua (Water) (and) Sodium Benzoate (and) Potassium Sorbate, Aqua (and) Silk Amino Acids (and) Imidazolidinyl Urea (and) Sodium Benzoate, Disodium EDTA, Lactic Acid Triethanoloamine.

Cena produktu to 39,90 zł za 350 ml do dostania w sklepie firmowym producenta.

Miałyście już do czynienia z kosmetykami Aqua Pi Cosmetics? Przyjemnego weekendu Wam życzę! :*

poniedziałek, 27 marca 2017

Pielęgnacja ciała i rąk spod znaku Indigo

Cześć! Lakiery hybrydowe Indigo są znane przynajmniej z nazwy chyba wszystkim miłośniczkom tego rodzaju manicure. Do pewnego czasu sama kojarzyłam tę markę wyłącznie z hybrydami, nie mając pojęcia, że w ich asortymencie można znaleźć także produkty do pielęgnacji ciała oraz perfumy. Oświeciło mnie w momencie, kiedy przypadkiem przeczytałam o nich na kilku blogach i okazało się, że są to podobno całkiem dobrej jakości kosmetyki, dlatego też bardzo ucieszyłam się, że dzięki swojej obecności na ostatnim Spotkaniu Zaprzyjaźnionych Blogerek będę miała możliwość ich przetestowania.

W paczce znalazły się:
1) balsam do ciała - 100 ml
2) krem do rąk w podręcznej wersji - 30 ml
3) próbka perfum Bella Vita - 2 ml (przypomina mi zapach Emporio Armani Diamond)
4) baza, top oraz lakier do wykonania zwykłego manicure
5) zapach do samochodu
6) smycz na klucze
7) firmowy katalog



Jeśli chodzi o balsam do ciała Indigolicious to przyznam, ze jego z całej gromadki byłam najbardziej ciekawa. Uwielbiam testować nieznane mi produkty i sprawdzać, czy się z nimi polubię, dlatego też nie czekałam długo, tylko nałożyłam go od razu po wieczornej kąpieli.



To, co bardzo pozytywnie zaskoczyło mnie już na wstępie to intensywny, perfumowany zapach, który stosunkowo rzadko zdarza się w balsamach. Pod tym względem spokojnie mógłby konkurować z balsamami marki Bath & Body Works. Jest on dość mocny, otulający, nieco cięższy, aczkolwiek słodki i przyjemny dla nosa, jednak bardzo trudny do opisania. Pachnie po prostu jak dobrej jakości damskie perfumy i długo utrzymuje się na ciele (nałożony wieczorem, rankiem jest jeszcze delikatnie wyczuwalny).

Konsystencja super - kremowa, bardzo łatwo rozprowadzająca się i szybko wchłaniająca. Po użyciu balsamu moja skóra otrzymuje wystarczającą dla niej dawkę nawilżenia, chociaż dla skóry suchej i bardzo suchej efekt może okazać się trochę za delikatny.

Higieniczna pompka dozuje małą ilość produktu, ale moim zdaniem jest to in plus, bo dzięki temu mamy większą kontrolę nad tym, ile kosmetyku będziemy chcieli użyć, bo nie wiem jak Wy, ale ja często mam ten problem, że w takich standardowych tubkach zazwyczaj wyciskam za dużo i przez to później sporo się marnuje, a tutaj ten kłopot mam z głowy. Do tego poręczne, małe opakowanie idealnie sprawdzi się na wyjazd nie zajmując wiele miejsca w walizce, czy plecaku. Cena balsamu to 19 zł za 100 ml.


______________________________________________________________________________________

Kolejny kosmetyk, to krem do rąk Pop Sugar. Chociaż kremów tego typu za bardzo nie lubię i używam tylko wedle potrzeby, to tutaj zostałam skuszona przeuroczym opakowaniem oraz oczywiście zapachem, gdyż byłam ciekawa, czy okaże się równie interesujący, jak zapach balsamu.



Opakowanie jest przesłodkie, przypomina mi trochę rybkę i ma tą zaletę, że nie dość, że również posiada pompkę, to dzięki spłaszczonemu kształtowi, zmieści się do niemal każdej torebki. Jest śliczne, bo choć niby zwykłe, ma to "coś" w sobie :).

Jeśli chodzi o sam krem to hmm... niby jest fajny, niby się wchłania, ale to co mnie irytuje, to dość długo utrzymujący się film, dlatego lubię nakładać go wieczorami przed snem, kiedy wiem, że nic już nie będę dotykać. Niestety po użyciu w ciągu dnia, mam ciągłe wrażenie tłustych rąk, przez co mając go na dłoniach nawet paręnaście minut od nałożenia, nie lubię pisać na telefonie, czy laptopie, bo później odkrywam brzydkie ślady odbitych palców.

Jednak zapach to ponownie coś, czym ten kosmetyk wygrywa. Podobnie jak w przypadku balsamu jest perfumowany, słodki, intensywny i trochę kojarzy mi się z cukierkami. Brawa dla Indigo za stworzenie tak ciekawych kompozycji zapachowych w swoich produktach! Cena kremu to 9,50 zł za 30 ml.

______________________________________________________________________________________

W paczce otrzymałyśmy także bazę, top oraz lakier do wykonania standardowego manicure. Robiąc sobie krótką przerwę od hybryd postanowiłam użyć tego zestawu i byłam pod wrażeniem, zwłaszcza głębi tej pięknej czerwieni, gdyż znakomicie pokryła płytkę już przy pierwszej warstwie, przy drugiej wzmacniając jedynie kolor oraz błysku jaki dał top. Mimo zalet, zetaw i tak najpewniej powędruje do mojej Mamy albo Siostry, gdyż po stosowaniu hybryd przez 1,5 roku, niestety nie potrafię ponownie przestawić się na zwykły mani i chyba z biegiem czasu straciłam do niego cierpliwość, dlatego mimo iż byłam zadowolona z efektu uzyskanego na moich dłoniach, to jednak słaba trwałość jaką ma każdy zwykły lakier bez względu na markę sprawia, że szkoda mi poświęcać na to mojego czasu i w czasie przerwy od hybryd wolę nosić po prostu niepomalowane paznokcie.



Napiszcie mi proszę, czy miałyście już do czynienia z pielęgnacją Indigo, a jeśli tak, to jakie są Wasze wrażenia względem ich. Też polubiłyście zapachy tych produktów tak mocno jak ja, czy wręcz przeciwnie, wolicie mało pachnące albo bezzapachowe kosmetyki? Jak zwykle czekam na Wasze opinie w komentarzach :).

piątek, 17 marca 2017

Basilur Tea - ekskluzywna herbata rodem z Cejlonu

Cześć! Jestem herbaciarą - tym oto skromnym wyznaniem rozpoczynam dzisiejszy wpis. Uwielbiam ten napój, który odkąd sięgam pamięcią, dzień w dzień gościł w moim domu, gości nadal i myślę, że będzie gościł już zawsze. Do wody, soków i innego picia zawsze bardzo chętnie wracam, ale to herbata od niepamiętnych czasów wiedzie u mnie prym i naprawdę nie wyobrażam sobie, aby kiedykolwiek mogło jej zabraknąć.

Moją ulubioną jest zwykła, czarna Lipton w żółtym opakowaniu, zaparzana zazwyczaj w czajniku (wtedy nie jest taka mocna), pocukrowana, czasem z dodatkiem plastra cytryny. To smak, który na zawsze będzie mi się kojarzył z domem rodzinnym, podobnie jak nieśmiertelna "herbata krasnoludkowa", o której wspomniałam przy okazji TEGO wpisu. Poza tymi dwoma, wyjątkowymi dla mnie smakami, bardzo lubię też wszelakie herbaty owocowe, różne mixy, połączenia itp. Jeśli chodzi o mój gust w tej materii, to kompletnie nie jestem wybredna i generalnie piję niemal wszystkie rodzaje poza grzańcami, które mi nie smakują i herbatą zieloną, która przy pierwszy zalaniu ma właściwości pobudzające, co przy moim dość ognistym temperamencie raczej jest niewskazane ;).

Z powodu tego mojego zamiłowania do herbat, ogromnie ucieszyłam się, że dzięki upominkowi od jednego ze sponsorów Spotkania Zaprzyjaźnionych Blogerek, marki Basilur, będę miała okazję wypróbowania jednej z propozycji ich oryginalnych, cejlońskich herbat, które dziś są eksportowane aż do 67 krajów świata!

Filozofią marki Basilur jest łączenie siły innowacji i wyjątkowości. Dzięki temu powstały przepięknie wykonane, jedne z najbardziej eleganckich opakowań herbaty na świecie, akcentujące ich luksusowość oraz wyrafinowanie. Z resztą popatrzcie, czyż nie są zachwycające?




W ofercie znajdziemy oczywiście znacznie więcej. Opakowania są nie tylko w kształcie bukietu kwiatów, czy bogato zdobionej puszki, ale np. książki, okna na świat, czy mapy Cejlonu, które ogromnie cieszą oko, przez co mogą stanowić znakomity prezent dla smakosza herbat. Ja przynajmniej bardzo bym się z takowego ucieszyła :).

To, co warto podkreślić to fakt, że każda z herbat posiada certyfikaty HACCP i ISO, a także spełnia wszelkie wymogi najsurowszych kontroli jakości, dzięki czemu ich smak jest tak wyjątkowy.

Moja herbatka pochodzi z kolekcji With Love Collection i jest to 100% czarna herbata z dodatkiem kwiatów pomarańczy, płatków bławatka i amarantusa oraz nutą truskawek i róży. W opakowaniu poza samym produktem, znajdziemy także kilka jednorazowych zaparzaczy w formie saszetek, do których wsypujemy herbatę przed jej zalaniem oraz mini ulotkę. Trzeba przyznać, że całość wygląda bardzo ekskluzywnie.



Jeśli chodzi o zapach to jest on krótko mówiąc obłędny! Aromat herbaty miesza się z aromatem owoców i lekkim zapachem kwiatów, tworząc mocno intensywną, odurzającą wręcz mieszankę.



Herbatę parzymy nasypując do zaparzacza ok. jednej łyżeczki, zalewając wodą i odczekując od 3 do 5 minut. Za pierwszy razem herbatę trzymałam 5 minut, przez co nabrała lekkiej goryczki, natomiast już kolejnym obniżyłam czas do 3 i jak dla mnie wtedy jej smak jest dokładnie taki jaki mnie najbardziej odpowiada, a po goryczce nie zostało nawet śladu. Grunt to nie przesadzić.




Oczywiście nie wytrzymałam do momentu zrobienia zdjęcia i jak tylko lekko przestygła, musiałam natychmiast jej skosztować. Najprościej jej smak można opisać jako aromat czarnej herbaty (co oczywiste) w lekkim połączeniu owoców i kwiatów, czyli otrzymujemy dokładnie to, z czego została stworzona. Jest wyrazista, mocno pachnąca i jak na mój gust bardzo smaczna, chociaż moim Rodzicom akurat nie podeszła, więc myślę że to, czy ktoś polubi tego rodzaju herbaty jest kwestią gustu.

Jej cena regularna wynosi 47,95 zł, czyli dość sporo jak na tego rodzaju produkt. Jednak teraz na jednej ze stron - KLIK - znalazłam je w cenie promocyjnej -40%, więc po zniżce kwota do zapłaty to 27,81 zł, zatem jeśli ktoś jest zainteresowany, to jest to najlepszy moment, aby się z nimi zapoznać, co ja ze swojej strony serdecznie polecam :).

Miałyście już okazję skosztować herbat Basilur? Jeśli tak, to napiszcie proszę który rodzaj i jakie są Wasze odczucia względem nich. Życzę Wam przyjemnego dnia :).

niedziela, 12 marca 2017

Upominki ze Spotkania Zaprzyjaźnionych Blogerek - Rybnik 04.03.2017 r.

Hej! Jak wspomniałam w ostatnim poście, ilość upominków otrzymanych od sponsorów naszego ostatniego, blogerskiego spotkania była dość spora, dlatego postanowiłam utworzyć osobny post, w którym Wam je zaprezentuję. Jeśli któraś z otrzymanych rzeczy szczególnie Was zainteresowała, piszcie śmiało w komentarzach, to przygotuję jej recenzję :).










Magnes i naklejki z logiem Spotkania - https://booklet.pl/ , http://www.fotobum.pl/
Pomadka, ciastko i próbki - Ola :)









Voucher 30 zł - http://chocolissimo.pl/


La Roche Posay - http://www.laroche-posay.pl/
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...