wtorek, 18 lipca 2017

Rozświetlacz Pierre Rene Highlighting Powder

Hej, hej! Jak Wam mija lato? Skóra już przybrązowiona? Moja w trakcie, jednak podobno najcieplejsze dni wciąż są jeszcze przed nami, dlatego cieszę się jak bobas, bo uwielbiam kiedy jest ciepło, świeci słońce i można w pełni korzystać ze wspaniałej pogody, weekendowo wylegując się na leżaczku, popijąc owocowe smoothie, jeżdżąc na rowerze i czerpiąc z pięknej aury ile dusza zapragnie :). A jak słońce i opalenizna, to skóra aż prosi się o to, by zastosować na nią dodatkowo rozświetlacz, podkreślający wszelkie jej atuty. Tak przygotowane ciało z pewnością znakomicie będzie prezentować się np. na wieczornych imprezach. Mnie czekają takie w najbliższym czasie dwie: pierwsza to zjazd rodzinny, a tydzień później moja 30-tka! :D

Dzisiaj chciałam pokazać Wam jeden z rozświetlaczy (na razie jeszcze mało znany, ale myślę, że wkrótce to się zmieni), który jestem pewna, że podobnie jak mnie, również i Wam przypadnie do gustu. A mowa o propozycji od Pierre Rene, czyli potężnym, bo aż 20g dysku o nazwie Highlighting Powder.

Opakowanie zewnętrzne wzorem wielu droższych marek, to czarny kartonik na którym mamy zawarte wszelkie informacje od producenta.




Sam produkt natomiast został umieszczony w formie dysku, w solidnym plastiku, choć mimo wszystko nie najwyższych lotów, zwłaszcza w przypadku górnej części. Rozświetlacz jest wypiekany, zatem przy swojej potężnej gramaturze posłuży nam na wieki, nawet jeśli będzie używany przez kilka osób. Moim zdaniem to świetna opcja dla wizażystek, dlatego sądzę, że warto zaopatrzyć się w ten kosmetyk w swoim kufrze.




Jeśli chodzi o kolor jaki posiada ten rozświetlacz, to jest on zdecydowanie neutralny, szampański, raczej chłodny, choć wciąż daleko mu do bycia zimnym. Nawet przy moim ciepłym odcieniu cery wypada bardzo dobrze, przy czym należy mieć na uwadze, aby nakładać go z umiarem, gdyż zaaplikowany z przesadą będzie się wyraźnie odznaczać na cerze, czy dekolcie, gdyż pigmentacja jest tu na wysokim poziomie.

Poniżej zestawiłam go z innymi tego typu produktami różnych marek, także możecie sobie porównać jak wypada na ich tle. Klikając na zdjęcie możecie je również powiększyć, aby nabrało większej ostrości.



Efekt jaki daje na twarzy jest w moim odczuciu śliczny. Oczywiście jest to tafla, ale pod pewnymi kątami drobinki stają się niekiedy widoczne, co mnie jednak kompletnie nie przeszkadza, gdyż końcowy efekt jest w pełni zadowalający. Ponad to miły, lekko ciasteczkowy zapach, zdecydowanie uprzyjemnia używanie.



Miałyście już może styczność z tym kosmetykiem? Jeśli nie to serdecznie zachęcam, zwłaszcza, że cena jak za taką ilość nie jest wygórowana, gdyż wynosi ok. 45 zł. Ściskam Was słonecznie, zmykając tymczasem na spacerek po Waszych blogach :*.

Ps. Koniecznie dołączajcie na blogowy Instagram! Na Instastories często robię mikrorecenzje różnych produktów lub uzupełniam recki z bloga o dodatkowe informacje. Zapraszam, bo warto! :)

wtorek, 11 lipca 2017

L'orient Savon Noir z eukaliptusem - czarne mydło, które totalnie mnie zawiodło

Witajcie! Pierwszy raz z Savon Noir zetknęłam się kilka lat temu, decydując się na zakup tego kosmetyku na świeżo co otwartym w ówczesnym czasie stoisku firmowym marki Organique w moim mieście. Z jego działania byłam tak szalenie zadowolona, że powstał na jego temat odrębny wpis, do którego odsyłam Was pod tym linkiem ---> KLIK. Z biegiem czasu, rosnąca popularność tego kosmetyku sprawiła, że już niecały rok później dostanie go zaczęło graniczyć z cudem. Stoisk Organique przybywało, natomiast mydło to stało się poniekąd towarem deficytowym i po dziś dzień często zdarza się, że kiedy akurat jestem w pobliżu i o nie zapytam, w odpowiedzi słyszę, że nie ma go nawet w hurtowni, więc pomimo chęci i tak nie mają skąd go sprowadzić.

Zaczęłam więc poszukiwać jakiejś alternatywy. Wspominałam Wam już, że bywają okresy, w których na moich ramionach i dekolcie lubią czasem powstawać drobne krostki, które denerwują mnie samą swoją obecnością. Savon Noir od Organique tak doskonale dawało sobie z nimi radę, że po kilku użyciach nie było po nich najmniejszego śladu.

Wstępując któregoś dnia do Mydlarni u Franciszka i kupując L'orient Savon Noir z eukaliptusem liczyłam, że działanie będzie albo identyczne, albo przynajmniej mocno zbliżone zwłaszcza, że za 100g zapłaciłam 28 zł, czyli jak na tego typu produkt - niemało.



Jak spojrzymy na cechy zewnętrzne, już na pierwszy rzut oka widać, że mydło to jest nieco jaśniejsze, niż Savon Noir od Organique oraz ma sporo dłuższy skład, z którym możecie zapoznać się poniżej. Konsystencja jest jak w poprzednim wypadku glutowata i słabo pieniąca oraz ciężko rozprowadzająca się na ciele. Zapach jak dla mnie fajny, typowo eukaliptusowy, choć jestem pewna, że nie wszyscy go polubią, bo jest nieco specyficzny.

Działanie niestety mnie w żadnym wypadku nie powaliło. Pomimo przyjemniejszego zapachu i obecności wspomnianego eukaliptusa, który ma właściwości łagodzące, mydło to nie zrobiło dla mojej skóry po prostu nic. Krostki jak były tak były, aż w końcu postanowiły samoistnie zniknąć, jednak mydło nie miało na to najmniejszego wpływu.



Jeśli chodzi o samo mycie, trzeba mu przyznać, że myje dobrze, choć skóra nie pozostaje tak "skrzypiąca", jak w przypadku poprzednika. Poza tym, czy kupując mydło za 28 zł oczekujemy że będzie ono spełniało tylko i wyłącznie swoją podstawową funkcję? Raczej nie. Ja liczyłam na szybsze zagojenie krostek na ciele i zmniejszenie lekkich stanów zapalnych na twarzy, które w tamtym okresie również się na niej pojawiły, a w zamian otrzymałam co? Gucio! Moim zdaniem kosmetyk kompletnie nie wart uwagi, dlatego Wam go nie polecam. Nadal zostaje mi polowanie na czarnuszka od Organique, choć dostanie go przypomina trochę drogę przez mękę.



Jestem ciekawa jakie inne, sprawdzone, czarne mydła tego typu możecie mi polecić, żeby były naprawdę skuteczne. Macie swoje ulubione? Jeśli tak, piszcie koniecznie! Życzę Wam przyjemnego dnia, a ja tymczasem wracam dalej do swoich obowiązków :).

wtorek, 4 lipca 2017

Korektor MAC Pro Longwear NC20

Cześć! Z korektorami do twarzy nie mam wielkiego doświadczenia. Mam to szczęście, że moja cera nie należy do mocno problematycznych i niespodzianki na niej pojawiają się stosunkowo rzadko, choć bywają też okresy najczęściej przed "tymi" dniami, że potrafi wyglądać dość nieciekawie, zwłaszcza w przetłuszczającej się strefie T. Z tego też względu potrzebuję mieć w swojej kosmetyczce jeden, niezawodny korektor, który w razie gorszych dni, przybędzie mi z pomocą i zakryje co trzeba, jednocześnie utrzymując się w niezmienionym stanie cały dzień.

Zdecydowałam się na wychwalany MAC Pro Longwear, mając na uwadze szeroki wybór odcieni (aż 16!), solidne krycie oraz oferowaną przez tę markę jakość. Miałam nadzieję, że zda u mnie egzamin nie tylko na wypryski, ale także zakrywając żyłki pod oczami, bo chociaż na codzień w tym celu wystarcza mi lekki, rozświetlający korektor, to czasem jednak mam ochotę nałożyć coś mocniejszego, zwłaszcza podczas ważniejszego wyjścia lub przy makijażu wieczorowym.

Opakowanie w którym otrzymujemy kosmetyk to czarny kartonik charakterystyczny dla produktów MAC, gdzie mamy także umieszczoną informację na temat odcienia który wybraliśmy, w moim przypadku NC20.




Korektor posiada gramaturę 9ml i umieszczony został w dość ciężkim, szklanym pojemniku z pompką. Podczas używania polecam uważać, by nie spadł Wam przypadkiem na ziemię, ponieważ już nie raz słyszałam że przez swoją wagę komuś się stłukł.



Odcień na który się zdecydowałam to NC20, czyli jasny kolorek, wpadający całkowicie w żółte tony. Do mojego kolorytu cery, gdzie przez większość roku noszę podkład Bourjois Healthy Mix 52 pasuje wyśmienicie. Konsystencja jest dość lejąca, ale mimo to trzeba przyznać, że korektor jest świetnie napigmentowany, a podczas rozcierania tej pigmentacji nie traci. W przypadku kiedy nakładam go pod oczy, wystarcza mi niecałe pół pompki do uzyskania mocnego krycia, dlatego przy dacie ważności wynoszącej 6 miesięcy od otwarcia i sporej gramaturze, warto rozważyć jego kupno na spółkę z koleżanką/kuzynką/siostrą/mamą itp., żeby się nie zmarnował. Na zdjęciu poniżej pokazałam Wam jego ilość po wyciśnięciu całej pompki.



Jeśli chodzi o najważniejsze, czyli działanie, tutaj korektor sprawdza się fantastycznie, o ile mamy na myśli przykrywanie niedoskonałości na twarzy. Po przypudrowaniu utrzymuje się cały dzień, nie ściera podczas dotknięcia, nie zmienia koloru i naprawdę nie mam mu w tym względzie nic do zarzucenia. Jeśli jednak chodzi o skórę pod oczami, sprawa wygląda troszkę inaczej. Mianowicie przez to, że korektor jest dość ciężki nie ma opcji, by nie zastosować uprzednio kremu pod oczy. Jednak pomimo nałożenia kremu czasem zdarza się, że Pro Longwear z chwili na chwilę zaczyna wyglądać po prostu brzydko, sucho (jak tynk), dając wrażenie jakby skóra pod oczami była kompletnie odwodniona, a ponad to lubi niejednokrotnie podkreślać zmarszczki. Do tej pory nie wyczułam od czego to jest zależne, ponieważ są dni, że na tym samym kremie wygląda świetnie, pół satynowo i pomimo upływu wielu godzin wciąż świeżo, a są dni, że wygląda tak źle, iż kompletnie nie jestem z niego zadowolona i mam ochotę zmyć. Na szczęście tych gorszych dni jest o tyle mało, że skłonna jestem mu to wybaczyć.



Podsumowując: Korektor MAC Pro Longwear to dobry kosmetyk, choć moim zdaniem lepiej sprawdza się na twarzy, niż pod oczami. Jestem pewna, że stosując go dłuższy czas pod oczy bez uprzednio nałożonego kremu mógłby przesuszyć te delikatne okolice, dlatego ja nie byłabym aż taką ryzykantką. Krycie jakie możemy uzyskać za jego pomocą jest od średniego po mocne. Trwałość jak wspomniałam bez zarzutu, a duża gramatura ciężka do samodzielnego wykończenia w czasie określonym przez producenta, o ile nie jesteście wizażystkami i nie malujecie klientek. Generalnie jak na produkt tego typu jest ok, ale myślę, że podobne można znaleźć szukając w niższej półce cenowej. Jego koszt to mniej więcej 80 zł. Czy kupię ponownie? Raczej nie, ponieważ prawdopodobnie będę się rozglądać za równie dobrą propozycją o mniejszej gramaturze, którą bez problemu samodzielnie wykończę. A Wy co uważacie na jego temat?

środa, 28 czerwca 2017

Okulary przeciwsłoneczne Ray-Ban Wayfarer 2140 - znakomita inwestycja, czy wyrzucone pieniądze? Na co zwracać uwagę, żeby uniknąć podróbek?

Cześć! W końcu nastało kalendarzowe lato! Piękna, słoneczna pogoda nastraja do częstego wychodzenia na dwór, a skoro upały wreszcie postanowiły się u nas zadomowić, poza podstawową ochroną skóry, koniecznie należy pamiętać również o nie mniej ważnej ochronie naszych oczu. W dzisiejszym wpisie postaram się odpowiedzieć na pytanie, czy jedno z podstawowych akcesoriów obowiązujących latem, jakimi są okulary przeciwsłoneczne warte są wydania większych pieniędzy, czy wręcz przeciwnie. Czy w parze ze znaną marką idzie także doskonała jakość? Jak nie dać się oszukać i uniknąć kupienia podróbki? Zapraszam na dłuższy post, który mam nadzieję, rozwieje Wasze wątpliwości :).

Aktualnie jestem szczęśliwą posiadaczką 2 par okularów z tzw. wyższej półki, czyli modelu Wayfarer 2140 marki Ray-Ban na których dziś się skupimy oraz awiatorów Guess. Swoje klasyczne Ray-Bany zakupiłam rok temu w stacjonarnym sklepie optycznym, wiedziona obietnicą doskonałej ochrony wzroku przed promieniowaniem słonecznym, natomiast tegoroczne Guess były podyktowane bardziej kaprysem, niż koniecznością ich posiadania. Jeśli będziecie chciały przygotuję osobny wpis również na ich temat.



Z racji tego, że jak już niejednokrotnie wspominałam, okresowo zmuszona jestem brać leki na stawy, zdarza się, że moje oczy źle reagują na promienie słoneczne stając się na kilka tygodni, tudzież miesięcy mocno uwrażliwione, często reagując łzawieniem w kontakcie z nawet niewielkim słoneczkiem. Kupno Ray-Banów było więc podyktowane przede wszystkim zwiększeniem mojego komfortu, co oczywiście nie znaczy, że nie chciałam ich mieć, ponieważ ich zakup chodził mi po głowie już od jakiegoś czasu.

Zdecydowałam się na bardzo klasyczny i jeden z bardziej rozpoznawalnych modeli, czyli Wayfarer 2140, który wiedziałam, że prędko nie wyjdzie z mody, gdyż chciałam, aby moje okulary były nie tylko ponadczasowe, ale również pasowały do każdego stroju, co też ma miejsce. Wyglądają świetnie zarówno w połączeniu z elegancką stylizacją jak i w wydaniu totalnie casualowym. Zależało mi także na obecności polaryzacji, która wykorzystując efekt rozchodzenia się światła porządkuje obraz tak, aby nie zawierał smug i refleksów, które mogą nas oślepiać. Przydaje się to zwłaszcza w niekorzystnych warunkach atmosferycznych jak np. zimą na śniegu, podczas prowadzenia auta, czy kiedy przebywamy nad wodą.



Nie będzie odkryciem, gdy napiszę, że okulary te noszą się wspaniale, są stosunkowo lekkie (choć czuć kasę na nie wyłożoną), wytrzymałe, a przy tym bardzo twarzowe. Rewelacyjnie sprawdzają się w każdej sytuacji, nawet w bardzo ostrym słońcu, co jak już wspomniałam - jest dla mnie istotne. Niestety w parze z pełnym komfortem, elegancją i najwyższą jakością idzie również cena, która do niskich nie należy. Za ten konkretny model z dodatkową polaryzacją trzeba bowiem zapłacić ok. 700 zł (czasem w promocji uda się dostać nieco taniej, ale i tak należy liczyć się z wydatkiem rzędu 600 zł). Jest to sporo, dlatego na serwisach aukcyjnych co cwańsi oszuści niejednokrotnie próbują wcisnąć ludziom podróbki, obiecując że ich "oryginalne" Ray-Bany nabędziecie w cenie 100 czy 200 zł, co oczywiście jest totalną bzdurą. Jak więc nie dać się oszukać?



Oczywiście podstawową sprawą jest zwracanie uwagi na detale, dokładne wyprofilowanie, porównanie kształtów i brak jakichkolwiek niedoróbek. Pamiętajcie, że żadna szanująca się marka nigdy nie wypuści na rynek bubla z krzywymi zausznikami, niewyraźnymi lub zamazanymi numerami seryjnymi, czy rozchwianymi zawiasami. 

W Wayfarer 2140 warto przypatrzeć się przede wszystkim:
* Charakterystycznemu białemu, równiutkiemu, wyczuwalnemu pod palcem logo, obecnemu ZAWSZE na prawej soczewce okularów oraz mało widocznemu, chropowatemu skrótowi RB, wyżłobionemu na lewej soczewce.




* Znaczkowi Ray-Ban z boku okularów, który powinien znajdować się stosunkowo blisko soczewek. Całość jest wtopiona w zauszniki, a litery są wyraźnie wypukłe i równe. W fake'owych okularach najczęściej napis jest nie do końca dopracowany i sporo oddalony od soczewek.



* Linii soczewek - w tym modelu, są one lekko nachylone pod kątem, co nawet lepiej widać na zdjęciu powyżej. W podróbach zazwyczaj bywają proste.



* Napisy na wewnętrznej stronie zauszników - na prawym powinna być napisana nazwa modelu, dopisek "Hand Made in Italy", oraz dodatkowa informacja, jeśli okulary są z polaryzacją. W podróbach pisze różnie. Na lewym natomiast musi być informacja o tym, z jakim konkretnym modelem mamy do czynienia oraz numery seryjne. Wszystko równe, gładkie (pod paznokciem minimalnie chropowate) i bardzo wyraźne.

* Zawiasy - w oryginałach metalowe, bardzo stabilne, w podróbach byle jakie, najczęściej plastikowe i niejednokrotnie rozchwiane.




Metalowe pręty - w oryginałach są one wtopione w zauszniki, co równocześnie też daje wagę okularom. W podróbach oczywiście ich brak.



Uff... dotarliśmy już prawie do końca. Na zakończenie jeszcze dodam, że nie wiem jak Wy, ale ja jestem zdecydowaną zwolenniczką stacjonarnego kupowania rzeczy luksusowych i ze swojej strony tylko tę opcję Wam polecam. Jest to bowiem jedyny przypadek, kiedy mamy możliwość pełnego zapoznania się z produktem, który rzeczywiście chcemy nabyć, gdyż tylko mając bezpośrednią styczność z przedmiotem możemy go dokładnie obejrzeć, sprawdzić, przymierzyć, zapytać sprzedawcę o nurtujące nas kwestie itp. W przypadku zakupów online nie jest już tak kolorowo, ponieważ nawet jeśli rzeczywiście nikt nas nie oszuka i nabędziemy rzecz oryginalną, zawsze może ona posiadać wady i uszkodzenia spowodowane np. złym zabezpieczeniem przesyłki lub winą przewoźnika, a chyba nikomu kto płaci większe pieniądze za swój zakup nie będzie się chciało dodatkowo bawić w ewentualne odsyłanie przesyłki, czy reklamacje, bo moim zdaniem szkoda na to czasu, nerwów i dodatkowych kosztów. Nawet jeśli mieszkacie w małej miejscowości, czasem lepiej jest odczekać chwilę i poczekać na sprzyjającą okazję do zakupów będąc np. w pobliskim dużym mieście lub na wakacjach, niż kupować tak naprawdę kota w worku i użerać się później z nie zawsze uczciwymi sprzedawcami.

Napiszcie mi proszę w komentarzach, czy macie w swoich zasobach okulary marek luksusowych, a jeśli tak to jakie i przede wszystkim, czy jesteście z nich zadowolone :). Jak zawsze z niecierpliwością czekam na Wasze opinie :*.

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Vichy Idealia - idealny krem pod oczy? Pierwsze wrażenia

Cześć! Dziś przychodzę do Was z nowością w mojej kosmetyczce, tym razem od marki Vichy, czyli kremem pod oczy Idealia. Z kilkoma kosmetykami tej linii miałam już wcześniej do czynienia, przy czym najbardziej polubiłam się z kremem do twarzy, który fajnie współgrał z moją mieszaną cerą i o którym również możecie poczytać na blogu w zakładce "pielęgnacja twarzy". Do sięgnięcia po Idealię pod oczy zachęciły mnie głównie pozytywne recenzje, z którymi zetknęłam się w Internecie, obietnica redukcji cieni pod oczami oraz wygładzenie linii i struktury skóry, czyli wszystko to, o co wypadałoby zadbać dobijając już za dwa miesiące 30-tki ;).




Obietnice producenta:
"Idealia pod oczy. Idealny kontur oka.
* Redukuje cienie pod oczami
* wygładza linie i strukturę skóry
* rozjaśnia skórę wokół oczu (kompleks DRM-BRIGHT + Witamina Cg + LHA + Kofeina).
Skóra wrażliwa. Hypoalergiczny. Woda termalna z Vichy.
Wskazania:
Cienie pod oczami, widoczne linie.
Innowacja:
Pierwsza pielęgnacja od Vichy z kompleksem DRM-BRIGHT, kofeiną, witaminą B3 i cząsteczkami rozświetlającymi aby przywracać idealny wygląd skóry wokół oczu.
Skuteczność (ocena kliniczna, 39 kobiet, 4 tygodnie):
* widoczność cieni pod oczami - 21%
* oznak zmęczenia - 23%
* linii wokół oczu - 25% 
Przyjemność stosowania:
Świeża, nawilżająca konsystencja. Wygładzający aplikator."


Kosmetyk przychodzi do nas w miękkiej, perłowo-różowej tubce o pojemności 15 ml, a jego ważność to 6 miesięcy od daty otwarcia. Całość zapakowana jest w kartonowe opakowanie z 4 wersjami językowymi, co jest moim zdaniem bardzo sensownym posunięciem, gdyż pozwala marce dotrzeć do znacznie szerszej liczby odbiorców.



Jeśli chodzi o aplikator, jest to silikonowa "łopatka", która ma na celu dozowanie i dokładne rozprowadzanie produktu pod oczami. Niby fajnie, ale jak dla mnie to zbędny gadżet, gdyż taki sposób nakładania wbrew potencjalnym założeniom, nie jest do końca precyzyjny, przez co ostatecznie i tak musimy wklepać krem palcami. Zdecydowanie lepiej byłoby, gdyby zamiast "łopatki", producent umieścił zwykły aplikator z "dziubkiem", ale to już takie moje małe "widzimisię".




Krem jest koloru perłowo - beżowego, jednak po roztarciu doskonale stapia się z cerą, stając się całkowicie niewidoczny. Zgodnie z oczekiwaniami, zawiera mikrodrobinki, które pięknie odbijają światło dając efekt optycznego wygładzenia. Konsystencja jest idealna - ani zbyt gęsta, ani płynna, przez co kosmetyk bezproblemowo rozprowadza się i błyskawicznie wchłania, dzięki czemu dosłownie po paru sekundach możemy przejść do nakładania codziennego makijażu.



To, co mnie zaskoczyło to fakt, że krem ten jest całkowicie bezzapachowy. Spodziewałam się lekkiego aromatu, który jest charakterystyczny dla pozostałych produktów z linii Idealia, jednak tutaj producent postawił na zminimalizowanie ryzyka podrażnienia delikatnej skóry wokół oczu i zrezygnował z tego dodatkowego składnika. Dla większości osób ta cecha pewnie będzie in plus, dla mnie również, aczkolwiek z drugiej strony jeśli kosmetyki delikatnie pachną, ich używanie jest przyjemniejsze ;).

To, co po pierwszych kilkunastu zastosowaniach już teraz przekonało mnie do tego kremu to fakt, że świetnie nawadnia moją skórę pod oczami, co jest odczuwalne w zasadzie od pierwszego użycia. Nawet po umyciu twarzy i dotknięciu tych delikatnych okolic czuć, że skóra jest przyjemniejsza w dotyku. Wierzę, że skoro już teraz początkowy rezultat mnie zadowala, to tak samo będzie w przyszłości.

Kolejną zaletą jest również to, że krem ten bardzo dobrze współgra z każdym korektorem, który posiadam w swoich zasobach ( MAC Prolongwear, L'Oreal Lumi Magique, Maybelline Dream Lumi Touch i Maybelline Instant Anti-Age). Nie powoduje wałkowania korektora, ani wchodzenia w zmarszczki mimiczne. Nie skraca jego trwałości ani nie sprawia, że tusz rozmazuje się na dolnej powiece, co zdarzało mi się dość często podczas stosowania innych, bardziej tłustych kremów pod oczy.



Podsumowując, jak na ten moment jestem z tego kosmetyku bardzo zadowolona i nie dostrzegam jego wad. Ciężko mi się wypowiedzieć co do redukcji cieni, czy wygładzenia linii, gdyż produkt ten używam od niedawna, ale już na ten moment jestem w stanie zauważyć, że skóra pod moimi oczami wygląda na bardziej wypoczętą, świeższą i po prostu ładniejszą, niż przed jego stosowaniem. Kosmetyk ten jest bardzo delikatny i nie zauważyłam, aby podrażniał, czy powodował najmniejszy nawet dyskomfort, a warto wspomnieć, że nakładam go zarówno rano pod makijaż jak i wieczorem przed snem, więc jest na mojej twarzy praktycznie 24/7.

Myślę, że krem pod oczy Idealia od Vichy jest wart wypróbowania. Powinien sprawdzić się zwłaszcza u kobiet w okolicach 30-tki, które dopiero chcą zacząć swoją przygodę z pielęgnacją wokół oczu i nie mają jeszcze bardzo wygórowanych potrzeb związanych z redukcją zmarszczek. Cena także jest zachęcająca gdyż waha się w przedziale od ok. 50-90 zł w zależności od tego, gdzie go kupimy.

Miałyście już może do czynienia z tym kremem? Koniecznie podzielcie się w komentarzach Waszymi odczuciami na jego temat. Buziaki! :*

piątek, 16 czerwca 2017

Lekki krem matująco - nawilżający Selfie Project / świetny krem nie tylko dla nastolatek

Witajcie! Po krem nieznanej mi dotąd marki Selfie Project sięgnęłam pewnego pięknego dnia, kiedy to ze zdziwieniem odkryłam, że mój Effaclar Duo do którego powróciłam po dłuższej przerwie, niespodziewanie dobił dna. Jako, że w tamtym czasie nie miałam nic innego w zanadrzu, postanowiłam wypróbować tą nowość licząc, że po udanej kuracji Effaclarem, kiedy to moja buźka pięknie doszła do siebie, nowy krem jej nie zapcha. Użyłam go sobie jeden dzień, później drugi, trzeci i nawet tydzień nie zdążył minąć, a już wiedziałam, że będzie z tego miłość :).

Krem przychodzi do nas w kartonowym opakowaniu, gdzie mamy zawarte wszelkie informacje od producenta. Mimo, że jest on kierowany typowo do nastolatek, myślę że niezbyt wymagające cery przed i w okolicach 30-tki także powinny się z nim polubić.






Po otworzeniu kartonu, w środku znajdujemy miękką, dodatkowo zafoliowaną tubkę z kremem, dzięki czemu mamy gwarancję, że nikt przed nami go nie otwierał.




Zgodnie z informacjami zawartymi zarówno na opakowaniu jak i samej tubce, krem ten ma przede wszystkim matować twarz z jednoczesnym jej nawilżeniem, zapobiegać niedoskonałościom, nadmiernemu błyszczeniu oraz nadawać cerze optyczne wygładzenie. Co ważne, skład ma nie zawierać takich substancji komedogennych jak SLS, SLES, czy parafina. Brzmi super, prawda?

Po otwarciu kremu i wyciśnięciu odrobiny na rękę, pierwsze co przykuło moją uwagę, to lekko zielonkawy kolor oraz piękny, świeży, uniseksowy (jakby lekko mydlany?) zapach, dzięki czemu krem ten nie jest kierowany wyłącznie do kobiet, ale z powodzeniem mogą go stosować także Panowie. Dzięki przyjemnej, niegęstej konsystencji, fantastycznie się rozciera i szybciutko wchłania, natychmiastowo matując cerę z jednoczesnym uczuciem nawilżenia. Dzięki tym właściwościom potwierdzam, że zgodnie z zapewnieniami producenta może śmiało służyć także jako baza pod makijaż, na której kosmetyki co prawda trzymają się standardowo, ale za to pewnie, bo nie ma tu mowy o jakimkolwiek szybszym ścieraniu się, warzeniu itp.




Co warte podkreślenia, kosmetyk ten nawet podczas długiego, wielotygodniowego używania, faktycznie nie zapchał moich porów! Zauważyłam też, że zmniejszył ilość pojawiających się niedoskonałości, a cera po zakończeniu kuracji Effaclarem o wiele dłużej wyglądała w stanie niemalże idealnym. Oczywiście trzeba wziąć poprawkę na obietnice "efektu glamour", oczyszczenia i zwężenia porów, czy likwidacji zaczerwienień - u mnie akurat te nie zostały spełnione, jednak cała reszta jak najbardziej. Dodatkowo krem ten nie wywołał u mnie najmniejszych nawet podrażnień.

Skład:



Kremik kosztuje ok. 12-16 zł za 50 ml i jak za tą cenę to uważam, że jest to naprawdę fajny produkt dla cery mieszanej z drobnymi lub przemijającymi niedoskonałościami. Myślę, że być może nie dla wszystkich okaże się to niezbędnik i kosmetyczny must have, ale może akurat chociaż część z Was polubi go tak mocno jak ja :).

Tymczasem życzę Wam udanego słonecznego, długiego weekendu! :*

poniedziałek, 12 czerwca 2017

"Meteorytowa" baza rozświetlająca - Catrice Pure Radiance Glowrizer

Cześć Słoneczka! Na Śląsku wspaniała aura wprost zachęca do wyjścia na dwór. Z tego też powodu dość mało mnie ostatnio w domu, bo aż żal nie wykorzystywać pięknych, słonecznych chwil i ciepłej pogody. A jako, że z małymi wyjątkami w ostatnich dniach słońca mamy pod dostatkiem, warto postawić również na subtelne rozświetlenie naszej skóry.

Jako posiadaczka cery mieszanej, nigdy nie przepadałam zarówno za bazami jak i podkładami rozświetlającymi, obawiając się, że osiągnę efekt odwrotny od zamierzonego, czyli jeszcze bardziej podkreślę świecenie i to niekoniecznie to eleganckie, na którym każdej z nas zależy. Przyjęło się bowiem, że mieszany typ skóry należy matować i nie dopuszczać do tego, aby zaczęła się brzydko błyszczeć w środku dnia. Jednak co, gdyby udało się połączyć cerę mieszaną ze świeżym blaskiem rodem z Hollywood? :)

W tym celu pomoże nam genialna, podkreślę raz jeszcze - GENIALNA baza pod makijaż marki Catrice o nazwie Pure Radiance Glowrizer, która niedawno weszła na polski rynek. Jest maleńka, idealna na wyjazd, ponieważ zgrabna, szklana buteleczka zawiera jej tylko 15 ml.



W środku znajdziemy połyskujące, żelowe perełki, które pod wpływem nacisku pompki pękają, zamieniając się w płynną, rozświetlającą konsystencję, którą w tej postaci możemy już bezpośrednio nanosić na twarz.




Aplikacja jest banalnie prosta, gdyż baza ma tak wodnistą strukturę, że wchłania się dosłownie w kilka sekund, przez co niemal natychmiast buzia staje się lekko nawilżona i przygotowana do nakładania dalszego makijażu, a do tego bardzo przyjemny zapach uprzyjemnia nam cały proces. Jeśli obawiacie się jakichkolwiek drobinek, to z góry uprzedzam, że w tym produkcie akurat je znajdziecie, ale spokojnie, bo o ile saute, bez grama makijażu widać je na cerze gołym okiem (przy czym nie jest to chamski brokat, tylko bardziej jak gdybyście delikatnie dmuchnęły w sypki rozświetlacz i połyskliwe drobinki przeniosły się Wam lekko na twarz), o tyle po nałożeniu podkładu stają się całkowicie niewidoczne, przy czym buźka wygląda na bardzo promienną, świeżą i wypoczętą. Coś wspaniałego!



Co ważne, baza faktycznie przedłuża trwałość makijażu zgodnie ze swoim przeznaczeniem. Pomimo wysokich temperatur, makijaż jest w stanie wytrzymać o kilka godzin dłużej, niż standardowo. Nie zauważyłam też, aby jakiekolwiek kosmetyki na nią nałożone, zachowywały się inaczej, niż zwykle. Ponad to spisuje się o wiele lepiej, niż podobna, perełkowa baza z Bielendy, bo choć tę drugą wypróbowałam dopiero kilka razy to nie do końca jestem z niej zadowolona, gdyż nie zauważam praktycznie żadnych efektów jej użycia, w przeciwieństwie do tej, choć i tamtej dam jeszcze szansę, aby nie skreślać na starcie.

Jeśli macie w pobliżu szafę Catrice, to bezsprzecznie zachęcam Was do przyjrzenia się z bliska temu produktowi, bo a nuż pokochacie go tak samo mocno jak ja :).Ogromnie żałuję, że jest to edycja limitowana, ponieważ po jej wykończeniu będę się musiała rozejrzeć za godnym następcą, a już teraz wiem, że może być ciężko. Cena bazy wynosi 22 zł. Polecam!

środa, 7 czerwca 2017

Pilomax Wax Angielski - szampon i maska nadające objętość

Hej! Kosmetyki do pielęgnacji włosów marki Pilomax są mi znane od mniej więcej 2 lat. Przez ten czas miałam okazję używać zarówno szamponów (do włosów ciemnych, do włosów i skóry głowy przetłuszczających się oraz do włosów cienkich bez objętości), a także masek (arabica, henna, aloes), z którymi polubiłam się na tyle, że dziś opowiem Wam o dwóch, które najlepiej się u mnie sprawdziły.

Mowa będzie o szamponie i uzupełniającej go masce z linii aloesowej, do włosów cienkich bez objętości ze skłonnością do wypadania. Na pewno część z Was wie, że co jakiś czas zmuszona jestem brać silne leki na stawy, które w znacznej mierze osłabiają moje włosy i powodują ich nadmierne wypadanie. Nic więc dziwnego, że wszelkimi sposobami staram się jak najbardziej wzmacniać swoją czuprynkę i dbać o to, aby jej objętość była jak największa. Czasem zmieniam produkty do włosów, w celu poszukiwań jak najlepszych dla siebie rozwiązań i dzięki temu postanowiłam sięgnąć po kosmetyki Pilomaxu, które są polecane nawet dla osób po przebytej chemioterapii i z których inne wersje, których używałam wcześniej, bardzo fajnie się u mnie spisywały.



Na stronie producenta jak również etykiecie szamponu możemy przeczytać, że zawiera on w swoim składzie kolagen morski, kasztanowiec oraz pokrzywę, natomiast nie zawiera parabenów, silikonów i SLS, a także, że jest bezpieczny dla wrażliwej skóry głowy. SLS owszem nie ma, ale w składzie doszukałam się za to SLES, czyli bardzo podobnego środka myjącego i spieniającego używanego w większości tego typu produktów. Mnie na szczęście żadna z tych substancji nie uczula, ale mimo wszystko szkoda, że SLES jednak znalazło się w składzie.

Skład:
"Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, PEG-7 Glyceryl Cocoate, Coco-Glucoside, Glyceryl Oleate, PEG-150 Distearate, Propylene Glycol, Panthenol, Aesculus Hippocastanum Extract, Urtica Dioica Extract, Hydroxypropyl, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Soluble Collagen, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Parfum, PEG-90M, Linalool, Butylphenyl Methylpropional, Aminomethyl Propanol, Lactic Acid."

Konsystencja jest średnio gęsta, mocno lejąca i wystarcza jej stosunkowo niewiele, by porządnie umyć średniej długości włosy. Zapach jest przyjemny, ale ciężko go do czegokolwiek porównać, mnie w każdym razie kojarzy się ze świeżością i czystością.



Szampon bardzo ładnie oczyszcza moją skórę głowy i nie pozostawia na niej nieprzyjemnego uczucia "niedomycia", jak to czasem zdarza się w innych tego typu nawilżających kosmetykach. Po dwóch umyciach, włosy są bardzo dobrze przygotowane na przyjęcie maski.

Maska Wax Aloes to dość gęsty kosmetyk, który przepięknie, unisexowo pachnie, więc oprócz Pań, śmiało mogą korzystać z niej także Panowie. Zapach jest podobnie jak w przypadku szamponu świeży, do tego lekko aloesowy (jak nazwa wskazuje) i szalenie przyjemny. Szkoda, że nie utrzymuje się długo na włosach :(.



Jeśli chodzi o składniki wzmacniające zawarte w masce, to tutaj wymienione zostały aloes i henna, natomiast zgodnie z informacją od producenta brak jest parabenów, silikonów, MIT i SLS.

Skład:
"Aqua, Stearyl, Alcohol, Glycerin, Cetyl Alcohol, Ceatryl Alcohol, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Lawsonia Inermis Extract, Ceteareth-20, Cetrimonium Chloride, Phenoxyethanol, Ethylhexylglycerin, Parfum, DMDM Hydantoin, Diethyl Phthalate, Potassium Sorbate, Sodium Benzoate, Disodium EDTA, Hexyl Cinnamal, Limonene, CI 42090, CI 19140."

Maskę każdorazowo trzymałam na włosach ok 10-15 minut, po czym spłukiwałam. Po jej użyciu i wysuszeniu włosy stawały się miękkie, lejące i przyjemnie gładkie. Wymodelowane na okrągłej szczotce faktycznie w znacznym stopniu zyskiwały na objętości, która utrzymywała się przez 1-2 dni. Jak dotąd mało który kosmetyk do włosów faktycznie sprawiał, że moje kłaki wyglądały, jakby ich było znacznie więcej, niż w rzeczywistości. Jeśli chodzi o mniejsze wypadanie, to tutaj niestety nie odnotowałam różnicy, choć zdaję sobie sprawę, że moje leki mają na tyle długofalowe działanie, że poprawa może nastąpić nawet po kilku miesiącach od zaprzestania ich brania. Co jeszcze istotne, podczas stosowania obu tych produktów, nie odczułam żadnych negatywnych skutków. Nie było żadnego swędzenia, pieczenia, czy podrażnienia skóry głowy, także to na plus.

Ze swojej strony spokojnie mogę polecić Wam produkty marki Pilomax, gdyż po dogłębnych testach kilku z nich, wymienionych na początku postu, śmiało jestem w stanie stwierdzić, że są to bardzo dobre i bezpieczne produkty do stosowania przez każdego, do tego w niezłej - jak na kosmetyki apteczne - cenie, gdyż cena szamponu wynosi ok. 20 zł za 200 ml, natomiast maski 22 zł za 240 ml lub 32 zł za 480 ml. Ja jestem na tyle zadowolona, że kolejnym razem, po wykończeniu zapasów, zdecyduję się sięgnąć po głęboko oczyszczający Wax Pure, gdyż jestem ciekawa jego działania.

Przyjemnego tygodnia Wam życzę Kochani! :*

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Zapraszam na Instagram!

Cześć! Miło mi poinformować, że ruszył w końcu mój blogowy Instagram! Na razie to wciąż eksperyment, zobaczymy, czy się przyjmie i jaki będzie odzew, bo przyznam, że długo nie uśmiechało mi się zakładać nowego konta społecznościowego, jednak postanowiłam spróbować, także serdecznie zapraszam do lajkowania i obserwacji :)



czwartek, 1 czerwca 2017

Eyeliner Clinique Pretty Easy

Witajcie! Uff... jak dobrze znowu być w blogosferze! W ubiegły piątek wróciłam ze szpitala i na szczęście miewam się już nieco lepiej. Wg. założeń specjalistów do 2 miesięcy ból kręgosłupa powinien mi już całkiem minąć, co napawa optymizmem, jednak mimo wszystko wolę nie cieszyć się na zapas i poczekać co okaże się w praktyce.

W dzisiejszym poście poopowiadam Wam trochę o eyelinerze, który "chodził" za mną już od dłuższego czasu, aż w końcu na niedawnej promocji w Sephorze -20% ostatecznie postanowiłam go zakupić. Wiedziona ciekawością oraz obietnicami ekstremalnej precyzji, trwałości i wygody podczas aplikacji, podsycanymi również przez blogosferę i Youtube, niezwłocznie przystąpiłam do testów.




To, co charakteryzuje owy eyeliner i jest widoczne zaraz po zdjęciu skuwki to bardzo, ale to bardzo ostro ścięta końcówka, mająca zapewnić jak największą dokładność podczas rysowania kreski. Co ważne, końcówka eyelinera nie jest filcowa, a jest to po prostu bardzo mocno zbity i nierozczapierzający się pędzelek, dzięki czemu nawet po kilkunastu użyciach, kosmetyk nie przerywa podczas aplikacji, gdyż tusz cały czas dochodzi do samiutkiego końca. Mam nadzieję, że rozumiecie co mam na myśli :).




Dzięki temu eyelinerowi rysowanie kreski może stać się albo bajecznie łatwe, albo wręcz przeciwnie, a zależne jest to od stopnia naszego "zaawansowania". Otóż, jeśli jesteście słabiej wprawione lub nieco mniej dokładne, praca z tym kosmetykiem może okazać się dość trudna, gdyż daje on kolor już po najlżejszym zetknięciu pisaka z powieką, a przez to, że jest długotrwały, ciężko jest dokonać następnie jakichkolwiek poprawek bez solidnego naruszenia reszty makijażu. Jeśli natomiast rysowanie kresek nie sprawia Wam problemów, to jestem pewna, że pokochacie ten produkt, gdyż dzięki niemu można narysować nawet najbardziej wymyślną i wywiniętą  jaskółkę, kreski grube, cienkie jak nitka lub jakie tylko przyjdą Wam do głowy - pełna dowolność.

Jeśli o mnie chodzi, rzadko kiedy decyduję się na rysowanie jaskółki, ponieważ przy moich opadających powiekach jest to nie lada wyzwanie, aby równie ładnie wyglądała kiedy patrzę normalnie na wprost i kiedy podnoszę brwi, jednak dzięki temu eyelinerowi coraz częściej się do niej przekonuję i kto wie, może nawet zacznę nosić na codzień? Ale to w przyszłości, bo na razie jestem na etapie ćwiczeń. Bardzo fajnie też służy mi do zagęszczania linii rzęs, kiedy nie mam ochoty na wyraźną kreskę, a chcę zaledwie delikatnie przyciemnić ten obszar.



Jednak pomimo wszelkich zalet nie jest to kosmetyk bez wad. Otóż jego największym minusem jest bardzo wodnista formuła, przez co o ile nie mamy dobrze odtłuszczonej lub porządnie przypudrowanej skóry, lubi niestety czasem wchodzić w linie mimiczne i delikatnie się rozlewać, co możecie zobaczyć na poniższym zdjęciu. Potrafi być to mocno irytujące, ale jeśli należycie zadbamy o odpowiednie przygotowanie, to z automatu problem znika.



Jestem ciekawa jakie są Wasze ukochane eyelinery do oczu. Moim niezmiennie pozostaje czarny eyeliner w kałamarzu z Wibo i teraz dochodzi również ten. Cena Pretty Easy wynosi od 69 do 99 zł w zależności gdzie kupimy, choć ja standardowo polecam Sephorę lub sklep Cliniqie, ponieważ tam mamy przynajmniej gwarancję oryginalności każdego z produktów. Buziaki! :*
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...