Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowinki kosmetyczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nowinki kosmetyczne. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 października 2017

Cashmere - rozświetlacz z gąbeczka i kremowy sztyft do konturowania twarzy

Heloł! Chyba jak każda blogerka i vlogerka kosmetyczna uwielbiam testować wszelkie nowości pojawiające się na rynku. Dzięki uprzejmości Meet Beauty, w czerwcu otrzymałam sporą pakę, w której znalazłam między innymi 2 kosmetyki marki Dax Cosmetics z linii Cashmere, czyli rozświetlacz i kremowe duo do konturowania, z którymi z miejsca postanowiłam się zapoznać i po czasie Wam o nich opowiedzieć. Btw. wpis ten tworzę dla Was poniekąd w "mękach", z palcem wskazującym napompowanym jak balonik, ponieważ moja Misia podczas przedwczorajszej zabawy, postanowiła rozorać mi do żywego opuszek (moja nieuwaga) na jakieś 2mm wgłąb ciała, przez co pisanie na klawiaturze jest dla mnie delikatnie mówiąc bolesne, stąd liczę na Waszą przychylność i ogrom komentarzy, co by mój trud się opłacił ;).



ROZŚWIETLACZ

Rozświetlacze uwielbiam i są to jedne z najchętniej testowanych przeze mnie produktów. Jak żaden inny potrafią wydobyć z twarzy jej naturalny blask, dodatkowo go podkreślając. A jako, że jestem posiadaczką raczej ciepłego typu cery, zdecydowanie preferuję również "ciepłe kolorystycznie" rozświetlacze, które nie będą ochładzały mojej karnacji. Zanim jednak przejdziemy do koloru i efektu jaki daje, zacznijmy od obietnic producenta.

Obietnice producenta:



Kolor, który otrzymałam to Rose Beige. Po samej nazwie spodziewałam się jaśniutkiego, beżowo - różowego rozświetlacza, jednak po wyciśnięciu odrobiny na gąbkę lekko się przestraszyłam, bo odcień w niczym nie przypominał tego z nazwy, a był wręcz brązowy i przy tym mega ciemny!




Na szczęście po aplikacji na dłoń, wszelkie obawy zniknęły. Kolor jest owszem minimalnie ciemniejszy, niż inne rozświetlacze które posiadam, ale mimo to z pewnością nada się do większości słowiańskich karnacji chyba, że jesteście już naprawdę bardzo jasne. U mnie nałożony na podkład będący na poziomie Bourjois 52 nie odznacza się nic, a nic. Widać jedynie blask, a przecież to jest najważniejsze.



Praca z tym produktem jest całkiem fajna. Nakłada się i rozciera bardzo dobrze, nie ściągając przy tym podkładu, ani różu. Jednak jeśli chodzi o rozcieranie to trzeba się spieszyć, ponieważ kosmetyk ten dość szybko zasycha, więc jeśli poczujemy, że po chwili od nałożenia przestał być wilgotny, mamy pewność, że będzie już nie do ruszenia. Moim zdaniem jest to in plus, ponieważ dzięki temu nie ściera się i jest widoczny na buźce cały dzień. Jego cena wynosi ok. 25 zł za 15 ml.


KREMOWY DUO - STICK (SZTYFT) DO KONTUROWANIA TWARZY

W przeciwieństwie do rozświetlaczy, konturowanie twarzy kremowymi produktami nie należy do moich ulubionych, makijażowych czynności. Bardzo często produkty te zostawiają na moich policzkach trudne do roztarcia plamy, dlatego raczej ich unikam. Co by jednak nie mówić, nowym kosmetykom postanowiłam dać szansę i sprawdzić, czy aby tym razem nie zostanę mile zaskoczona.

Obietnice producenta:



Stick jest w formie wysuwanej z dwóch stron "pomadki". Trzeba przyznać, że oba odcienie są bardzo ładne, mocno napigmentowane i bardzo kremowe. Całość zamknięta w lustrzanym opakowaniu wygląda elegancko i schludnie.





Oba produkty rozcierają się w miarę znośnie, ale po raz kolejny przekonałam się, że konturowanie na mokro nie jest dla mnie. Aby uzyskać jako taki efekt, w przypadku bronzera musiałam się sporo namachać pędzlem, aby granice przestały być widoczne, a i tak miałam wrażenie, że rezultat jest zbyt przerysowany, wręcz instagramowy. W przypadku jaśniejszej części, po naniesieniu jej na grzbiet nosa i w okolice oczu, przy próbie roztarcia, kosmetyk po dosłownie chwili zaczynał wyglądać na zważony, a do tego kiedy chciałam go nałożyć jeszcze na środek czoła i brody, złamał się stając tym samym bezużyteczny.

Osobiście nie polecam tego sticku osobom, które podobnie jak ja nie lubią konturowania kremowymi produktami. Chociaż odcienie są ładne, praca z tym kosmetykiem nie należy do łatwych i szybkich. Być może w przypadku osób bardziej wprawionych w konturowanie na mokro okaże się, że jest to całkiem fajny wynalazek, ale ja mimo wszystko nie przekonam się do niego. To nie na moje nerwy, zwłaszcza podczas porannego szykowania. Cena to ok. 25- 30 zł za 9 g.

Znacie nowości marki Dax Cosmetics? Ja osobiście jestem bardzo zadowolona, że nasze rodzime firmy tak chętnie i z dużym powodzeniem próbują nadążać za potężnymi, zagranicznymi koncernami. Oby tak dalej! :) Wam jak zawsze życzę wspaniałego dnia!

Ps. Dołączajcie do blogowego Instagrama, na Instastories często opowiadam o tym, o czym nie wspominam na blogu :).

piątek, 20 października 2017

Mediterranean Hair and Body część II - kremowy spray do włosów + peeling do ciała

Hej, hej! Przyszedł czas na drugą część mojej opowieści o kosmetykach greckiej marki Mediterranean, które od pewnego czasu mam przyjemność stosować. Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej na temat samej marki oraz dwóch pierwszych produktów, które dla Was przetestowałam, czyli szamponu i maski do włosów, to zapraszam do poprzedniej części, którą znajdziecie klikając w ten link.

Dziś bierzemy na tapetę kremowy spray do włosów oraz peeling do ciała o zapachu gardenii.


KREMOWY SPRAY MIRACLE HAIR BOOST



Ten kosmetyk od początku wzbudzał moją niemałą ciekawość, nie tylko z uwagi na swoją nietypową formułę (kremowy spray?), ale również obietnice producenta. A te trzeba przyznać, że są wysokie, gdyż kosmetyk ma posiadać aż 15 zalet zapewniających nam zdrowe, piękne, ujarzmione włosy, choć nie wiem czemu na polskojęzycznym tłumaczeniu zostało wymienionych tylko 9.



Pozostałe zalety to:
* obecność filtrów UVA i UVB
* ochrona końcówek przed rozdwajaniem
* łatwiejsze rozczesywanie
* neutralizowanie zapachów
* brak natłuszczania
* unoszenie włosów

Po umyciu włosów wprost nie mogłam doczekać się pierwszego użycia! Niemniej jak z każdym tego typu produktem, nie nakładałam go bezpośrednio na włosy, a uprzednio na rękę, co by mieć pełną kontrolę nad aplikowaną ilością.

Konsystencja jest rzeczywiście inna, niż wszystkie które dotąd spotykałam. Niby jest to spray, ale po naciśnięciu na ręce zostaje nam dość drobno rozpylony, lekko wodnisty krem. Fajne! Zazwyczaj używałam 5 pompek na włosy za łopatki, ale teraz po ścięciu lekko za ramiona, z powodzeniem wystarczają mi tylko 3, przez co wydajność będzie z pewnością imponująca.




Zapach produktu jest przyjemny, unisexowy, bardzo ciężki do opisania, zbliżony do zapachu maski, o której wspominałam w poprzedniej części. Jeśli chodzi o działanie, to jestem z tego sprayu bardzo, ale to bardzo zadowolona! Wiele z obietnic producenta można dostrzec już po kilkukrotnym użyciu, takie jak np. nawilżenie, połysk, ochrona przed temperaturą, miękkie i gładkie włosy, łatwiejsze rozczesywanie, czy brak przetłuszczania. Spray spisuje się u mnie na równi z Nektarem Termicznym Kerastase od L'Oreal, o którym opowiadałam w TEJ recenzji, a przy tym jest o wiele tańszy, gdyż jego cena wynosi 56,90 zł za 200 ml butelkę.

Skład:



BODY SCRUB GARDENIA

Peeling mieści się w bliźniaczym opakowaniu maski, o takiej samej pojemności 250 ml, choć z nieco inną szatą graficzną, aczkolwiek także spójną i przyjemną w odbiorze wizualnym.




Obietnice producenta:



Konsystencja scrubu to gęsty krem z zatopionymi granulkami, mającymi usuwać martwe komórki skóry, tym samym ją oczyszczając. Peeling jest bardzo łagodny, dlatego z pewnością nada się dla osób nawet o wrażliwej skórze, źle tolerującej mocne zdzieraki. Dla mnie niestety to zdecydowanie za mało. Po raz kolejny muszę podkreślić (ważne info dla moich nowych czytelników), że jestem zwolenniczką bardzo ostrych, mechanicznych peelingów i nie ma dla mnie w tym względzie żadnej górnej granicy chyba, że byłby to sam papier ścierny ;). Uwielbiam czuć, że peeling mocno drapie moje ciało, bo wtedy wiem, że faktycznie działa.




Ten kosmetyk nie sprawdził się u mnie nie tylko z racji zbyt delikatnego działania i braku obiecanego nawilżenia, ale też zapachu. Bo o ile gardenia nie jest moim ulubionym kwiatem, o tyle kwiatowe aromaty w pielęgnacji i perfumach na ogół bardzo lubię. Tutaj z kolei zapach jest tak nieprzyjemny i zarazem tak dusząco - drażniący, że dość solidnie uprzykrza mi używanie tego kosmetyku :(. Jedyne co czuję to zwiędłe kwiaty, które zbyt długo stały w wazonie, w nieświeżej wodzie i obecnie nadają się tylko do wyrzucenia. Niestety po użyciu zapach dość długo utrzymuje się na skórze, co w tym przypadku jest akurat na minus. Ten scrub to pierwszy produkt Mediterranean, który mnie rozczarował i ze swojej strony nie mogę go Wam zarekomendować chyba, że Wasz nos jest całkowicie obojętny na wszelkie aromaty, a ponad to lubicie bardzo łagodne, subtelne ścieranie naskórka. Na szczęście jest dostępna również inna wersja zapachowa - Vanila Carmel, która mam nadzieję, że sympatyczniej pachnie :). Cena peelingu to 48,90 zł za 250 ml.

Skład:



Podsumowując: Ze wszystkich kosmetyków Mediterranean najfajniejszy okazał się być kremowy spray do włosów, który na moim czupiradle działa cuda i jest przy tym tańszym zamiennikiem Nektaru Termicznego Kerastase od L'Oreal. Szampon i maska również sprawdziły się bardzo dobrze, natomiast peeling okazał się być akurat w moim przypadku totalnie nietrafiony, choć nie skreślam go całkowicie, gdyż z pewnością znalazłyby się osoby, którym być może akurat by odpowiadał, zwłaszcza z uwagi na bardzo delikatne działanie. Ogólnie moje wrażenia odnośnie tych produktów są zadowalające i z chęcią wypróbowałabym kolejne, gdyż marka mnie do siebie przekonała. Napiszcie proszę, czy mieliście już do czynienia z jakimikolwiek kosmetykami prosto z Grecji, a jeśli tak to jakimi? Ja ze swojej strony życzę Wam przyjemnego piątkowego wieczoru i udanego weekendu! Buziaki! :*

środa, 11 października 2017

Naturalny sposób na wybielenie zębów - Coco Glam

Witajcie! O tym jak ważne są zdrowe zęby i biały uśmiech myślę, że nie trzeba nikogo przekonywać. W końcu większości z nas zależy na tym, aby jama ustna była jak najbardziej zadbana, a zęby lśniły czystością i bielą. Niestety genetyka bywa bezwzględna, dlatego nie każdy jest posiadaczem naturalnie jasnej kości, stąd też wiele osób dąży do tego, żeby najbardziej jak to możliwe wybielić swój uśmiech. Sposobów na rynku jest wiele, choć nie każdy w pełni bezpieczny i dostosowany do wszystkich. Czasem wybierając zły gabinet, czy też metodę, za grubą kasę możemy zafundować sobie nie tylko bolesną nadwrażliwość zębów lub dziąseł, ale nawet trwałe uszkodzenie szkliwa.

Coco Glam, o którym Wam dzisiaj opowiem, jest w 100% naturalnym, czarnym proszkiem, powstałym z utlenionej wersji węgla, mającego nam pomagać w efektywnym wybielaniu zębów, w którego składzie znajdziemy jedynie:
* aktywny węgiel organiczny z kokosa
* naturalną glinkę bentonitową
* ekstrakt z mięty
* ekstrakt ze skórki pomarańczy

W paczce otrzymanej od marki, znalazłam także dwie szczoteczki bambusowe od Ecobamboo (zwróćcie uwagę na tą słodką pandę wyżłobioną na trzonku), z których jedna od razu poszła w użycie.



Aby produkt przypadkowo nie uległ rozsypaniu, po odkręceniu wieczka Coco Glam mamy widoczną plastikową membranę, która bardzo dobrze sprawdza się w tej roli.




Schemat działania jest prosty. Moczymy szczoteczkę, nanosimy na nią proszek i szczotkujemy zęby przez 3 minuty. Następnie zostawiamy produkt na zębach przez kolejne 2 minuty (które ja przeznaczam na umycie umywalki, bo niestety proceder używania Coco Glam jest bardzo brudzący, ale coś za coś), płuczemy usta wodą i następnie myjemy zęby standardową pastą, całość powtarzając najlepiej rano i wieczorem. U mnie miało to miejsce tylko wieczorem, a dlaczego tak było, czytajcie proszę dalej.

To, co jest zauważalne od razu po pierwszym użyciu, to przede wszystkim perfekcyjne oczyszczenie zębów, które śmiało można by porównać do oczyszczania w gabinecie stomatologicznym. Zęby są śliskie jak tafla i aż lśnią. Niestety przez to, że proszek jest bardzo drobno zmielony i bardzo lotny, czarne drobinki lubią wchodzić w wąskie przestrzenie międzyzębowe oraz pod linię dziąseł, czego nie da się w 100% usunąć mechanicznie. Trzeba po prostu poczekać, aż w ciągu dnia lub nocy ślina samoistnie je wypłucze, dlatego nie polecam używania Coco Glam przed wyjściem, co by nie odczuwać późniejszego dyskomfortu.

Pierwsze efekty wybielania zaczęłam dostrzegać po ok. 2 tygodniach. Zęby swoje z natury mam raczej jasne, więc nie liczyłam na cuda, ale mimo to po miesiącu udało się uzyskać mniej więcej 1 ton jaśniejszy, co mnie bardzo cieszy. Dla podtrzymania rezultatu używam mojej ulubionej pasty wybielającej Biała Perła, o której opowiadałam Wam tutaj - KLIK.



Cena Coco Glam to 89 zł za 30g proszku, które starczą na ok. 2 miesiące używania. Moim zdaniem warto, ponieważ jak możecie zauważyć wyżej, u mnie wybielenie jest widoczne nawet bez grama makijażu i żadnej pomadki. Oczywiście po nałożeniu wyrazistej szminki (np. TEJ), efekt jest optycznie spotęgowany, co znacząco wpływa na moje lepsze samopoczucie.



Mieliście już do czynienia z Coco Glam? Co myślicie o tego typu sposobach na wybielenie zębów? Dajcie koniecznie znać w komentarzach! :*

środa, 27 września 2017

Zamiennik Urban Decay Naked 1? Paleta cieni Eveline Nude All in One

Cześć! Jeszcze w czerwcu dzięki uprzejmości ekipy Meet Beauty, otrzymałam wiele paczek od przeróżnych marek kosmetycznych, zawierających ich nowości kosmetyczne. Jedna z nich, która znalazła się w tej ogromnej przesyłce należała do marki Eveline, w której to pośród innych produktów znalazłam ciekawą paletkę do oczu All in One, o której dzisiaj Wam co nieco poopowiadam.

Paleta ta została nazwana Nude i zawiera w sobie 12 cieni do powiek, z których 10 jest perłowych (przy czym koniecznie należy mieć na uwadze, że jest to bardzo drobno zmielona, elegancka perła), a 2 pozostałe matowe. Całość zamknięto w przezroczystym opakowaniu z pacynką posiadającą z drugiej strony pędzelek, który niestety do niczego się nie nadaje.




Po bliższym przyjrzeniu się cieniom w mojej głowie zaświtała myśl, że przecież te kolory już gdzieś kiedyś widziałam. Natychmiast pobiegłam do swojej kosmetycznej szuflady wyciągając pierwszą wersję Naked i bingo! Kolory w Nude to niemal bliźniacze odbicie cieni, które kilka lat temu zaserwowało nam Urban Decay, przy czym różni je jedynie stylistyka opakowania oraz kolejność rozmieszczenia cieni. Gdyby w Nude zamienić 2 i 3 rząd miejscami, mamy dokładną kolejność kolorów, która widnieje w Naked 1 (link do notki).



Jeśli chodzi o pigmentację, nie ma co ukrywać, że Eveline bardzo się postarało i jest ona świetna. Patrząc na poszczególne odcienie, między większością nie zauważam żadnej różnicy, w porównaniu do kolorystyki oferowanej nam przez Naked, natomiast w przypadku tych, które delikatnie odbiegają, po nałożeniu na powieki i rozblendowaniu, jest to kompletnie niedostrzegalne. Zauważyłam też, że jeden cień delikatnie odstaje od reszty pod względem jakości, będąc bardziej tępym jeśli chodzi o nakładanie i mowa tu o 2 cieniu od lewej strony w 2 rzędzie, czyli odpowiedniku Hustel.

Zobaczcie same jak wszystkie prezentują się na ręce po jednorazowym przeciągnięciu.




Ogólnie praca z tymi cieniami jest bardzo dobra i moim zdaniem są one lepszej jakości, niż np. Make Up Revolution, ale jednak mimo wszystko wciąż im dość daleko do Urban Decay. W każdym razie sądzę, że paletka ta jest warta swojej ceny, czyli ok. 50 zł i warto w nią zainwestować jeśli nie mamy ochoty wydać większej kwoty. Makijaż nią wykonany trzyma się bardzo dobrze. Na bazie UD, czyli tej, którą używam pod wszystkie cienie, wytrzymuje spokojnie cały dzień bez rolowania się, wchodzenia w załamania i zanikania, także pod tym względem nie mam jej nic do zarzucenia.



A Wy znacie już Nude All in One od Eveline? Dajcie znać! :)

środa, 20 września 2017

Mediterranean Hair część I - szampon i maska do włosów farbowanych

Cześć! Miesiąc temu otrzymałam paczkę z produktami greckiej marki Mediterranean. Jak dotąd kosmetyki te były mi całkowicie nieznane, gdyż u nas w Polsce nie dostaniemy ich standardowo na drogeryjnych półkach, czy nawet aptekach, a jedynie u sprawdzonych dystrybutorów, jak np. Oliwier Green. Tym bardziej cieszę się, że z racji ich trudnej dostępności, miałam okazję skorzystać z możliwości ich przetestowania, bo dzięki temu mogę teraz podzielić się z Wami moją opinią i odpowiedzieć na kluczowe pytanie - czy warto.

W paczce którą otrzymałam znalazły się 4 sztuki kosmetyków - szampon, maska, kremowy spray do włosów oraz peeling do ciała jednak, aby post był bardziej przejrzysty pomyślałam, że rozdzielę go na dwie części. Dziś opowiem Wam o szamponie i masce, które są dedykowane włosom farbowanym.



Jeszcze zanim jeszcze przejdę do omawiania poszczególnych produktów, najpierw kilka słów o samej marce. Cytat zaczerpnęłam ze strony producenta i ponieważ był on napisany w języku greckim, z pomocą przyszło mi Google Translate, więc za drobne nieścisłości jeśli by się takie pojawiły, z góry przepraszam ;).

"Marka Mediterranean została założona w 2006 roku. Nasza organizacja i struktura oparta na nowoczesnych standardach europejskich, certyfikacja zarządzania jakością ISO 9001: 2008 w zakresie projektowania, produkcji i wprowadzania do obrotu kosmetyków za pomocą najnowocześniejszych maszyn, zapewnia doskonałą jakość naszych produktów i usług. Tworzymy certyfikowane, wysokiej jakości greckie kosmetyki, dobierając i łącząc najbardziej korzystne składniki śródziemnomorskiej przyrody, takie jak grecka oliwa organiczna, z nowatorskimi formułami, które rozwijamy w naszych laboratoriach. Naszym celem jest dalsze rozwijanie metod badawczych i produkcyjnych, aby produkty o wysokiej efektywności stały się dostępne dla jak największej liczby kobiet. Badania i rozwój naszych produktów odbywają się we współpracy z uczelniami i instytutami w Europie i Ameryce."

Brzmi zachęcająco prawda?


SZAMPON COLOR SAVE



Szampon znajduje się w dużej, bo aż 350 ml butli o schludnym dla oka designie, charakteryzującym wszystkie produkty Mediterranean. Konsystencja jest standardowa jak na szampon, średnio gęsta, a jeśli chodzi o zapach... hmm... myślę, że to kwestia sporna. Jest on na pewno bardzo wyrazisty i niby przyjemny, ale jednocześnie ma w sobie jakąś delikatnie drażniącą nutę, która nie do końca w pełni mi odpowiada. Jestem pewna, że pod tym względem nie przypasuje zwolenniczkom świeżych, naturalnych aromatów.



Niemniej obietnice producenta wydają się być interesujące:



Szampon całkiem fajnie oczyszcza lekko nieświeże włosy, natomiast włosy bardziej "zabrudzone", np. po suchym szamponie i lakierze, zdecydowanie wymagają podwójnego mycia. Po spłukaniu, nawet na mokrej czuprynie wyczuwalny jest nawilżający film, który jednak w najmniejszym nawet stopniu nie obciąża włosów, co jest na duży plus. Po samodzielnym zastosowaniu szamponu, bez żadnych innych wspomagaczy, włosy są ładnie odświeżone, nabłyszczone, nie plączą się i łatwiej przez to rozczesują. Co do ochrony koloru, wypowiem się niżej, omawiając maskę. Cena szamponu to 39.00 zł.




Skład wygląda następująco:



MASKA COLOR SAVE

Maska została zamknięta w mniejszym objętościowo opakowaniu, niż szampon, bo tylko 250 ml. Szata graficzna jest spójna, zapach się uzupełnia, choć trzeba przyznać, że aromat maski jest już nieco inny i nie posiada tego drażniącego mój zmysł powonienia pierwiastka, który tak świetnie wyczuwalny był w szamponie.




Obietnice producenta:



Konsystencja jest taka, jaką zazwyczaj posiadają maski tego typu. Wystarczy niewielka ilość, by dokładnie rozprowadzić ją na całej długości moich włosów, które aktualnie sięgają za łopatki. Nałożona u nasady nie powoduje przetłuszczania mojej czuprynki oraz dodatkowo jej nie obciąża. Podobnie jak w przypadku szamponu, po spłukaniu maski, również wyczuwalny mamy ochronny film, który jednak nie ma wpływu na skrócenie świeżości naszej fryzury.




Stosując oba produkty, moje włosy z dnia na dzień stawały się coraz bardziej błyszczące, a każdorazowo pięknie wygładzone, dociążone, puszyste (nie mylić z napuszonymi), sypkie i bezproblemowe jeśli chodzi o ich układanie. Co dla mnie ważne, nawet po wieczornym umyciu i wyprostowaniu prostownicą, rano były w stanie niemalże idealnym (żadnych odgniotów, odkształceń itp.) i takie pozostawały aż do następnego mycia. Jeśli chodzi o przedłużenie trwałości koloru, to zauważyłam niewielką różnicę in plus, w porównaniu do innych tego typu kosmetyków. Nie jest spektakularna, ale mimo wszystko odniosłam wrażenie, że mniej więcej tydzień dłużej kolor był wciąż wyrazisty i głęboki. Cena maski to 44.00 zł.

Skład:



Podsumowując: Z obu kosmetyków jestem zadowolona i zdecydowanie mogę Wam je polecić. Z mycia na mycie bardzo silnie nawilżają moje włosy, które są dość przesuszone z uwagi na ciągłe używanie suszarki i prostownicy, a ponad to delikatnie przedłużają ich farbowany kolor, nie powodując przy tym obciążenia, czy szybszego przetłuszczania. Obietnice producenta zostają zatem w pełni zrealizowane, choć niestety w parze z wysoką jakością idzie również cena, która nie należy do najniższych. Mimo wszystko uważam jednak, że warto przynajmniej raz wypróbować ten duet, bo a nuż polubicie się z nim tak bardzo jak ja :).

Niebawem, w 2 części opowiem Wam o dwóch pozostałych kosmetykach marki Mediterranean, buziaki :*

wtorek, 18 lipca 2017

Rozświetlacz Pierre Rene Highlighting Powder

Hej, hej! Jak Wam mija lato? Skóra już przybrązowiona? Moja w trakcie, jednak podobno najcieplejsze dni wciąż są jeszcze przed nami, dlatego cieszę się jak bobas, bo uwielbiam kiedy jest ciepło, świeci słońce i można w pełni korzystać ze wspaniałej pogody, weekendowo wylegując się na leżaczku, popijąc owocowe smoothie, jeżdżąc na rowerze i czerpiąc z pięknej aury ile dusza zapragnie :). A jak słońce i opalenizna, to skóra aż prosi się o to, by zastosować na nią dodatkowo rozświetlacz, podkreślający wszelkie jej atuty. Tak przygotowane ciało z pewnością znakomicie będzie prezentować się np. na wieczornych imprezach. Mnie czekają takie w najbliższym czasie dwie: pierwsza to zjazd rodzinny, a tydzień później moja 30-tka! :D

Dzisiaj chciałam pokazać Wam jeden z rozświetlaczy (na razie jeszcze mało znany, ale myślę, że wkrótce to się zmieni), który jestem pewna, że podobnie jak mnie, również i Wam przypadnie do gustu. A mowa o propozycji od Pierre Rene, czyli potężnym, bo aż 20g dysku o nazwie Highlighting Powder.

Opakowanie zewnętrzne wzorem wielu droższych marek, to czarny kartonik na którym mamy zawarte wszelkie informacje od producenta.




Sam produkt natomiast został umieszczony w formie dysku, w solidnym plastiku, choć mimo wszystko nie najwyższych lotów, zwłaszcza w przypadku górnej części. Rozświetlacz jest wypiekany, zatem przy swojej potężnej gramaturze posłuży nam na wieki, nawet jeśli będzie używany przez kilka osób. Moim zdaniem to świetna opcja dla wizażystek, dlatego sądzę, że warto zaopatrzyć się w ten kosmetyk w swoim kufrze.




Jeśli chodzi o kolor jaki posiada ten rozświetlacz, to jest on zdecydowanie neutralny, szampański, raczej chłodny, choć wciąż daleko mu do bycia zimnym. Nawet przy moim ciepłym odcieniu cery wypada bardzo dobrze, przy czym należy mieć na uwadze, aby nakładać go z umiarem, gdyż zaaplikowany z przesadą będzie się wyraźnie odznaczać na cerze, czy dekolcie, gdyż pigmentacja jest tu na wysokim poziomie.

Poniżej zestawiłam go z innymi tego typu produktami różnych marek, także możecie sobie porównać jak wypada na ich tle. Klikając na zdjęcie możecie je również powiększyć, aby nabrało większej ostrości.



Efekt jaki daje na twarzy jest w moim odczuciu śliczny. Oczywiście jest to tafla, ale pod pewnymi kątami drobinki stają się niekiedy widoczne, co mnie jednak kompletnie nie przeszkadza, gdyż końcowy efekt jest w pełni zadowalający. Ponad to miły, lekko ciasteczkowy zapach, zdecydowanie uprzyjemnia używanie.



Miałyście już może styczność z tym kosmetykiem? Jeśli nie to serdecznie zachęcam, zwłaszcza, że cena jak za taką ilość nie jest wygórowana, gdyż wynosi ok. 45 zł. Ściskam Was słonecznie, zmykając tymczasem na spacerek po Waszych blogach :*.

Ps. Koniecznie dołączajcie na blogowy Instagram! Na Instastories często robię mikrorecenzje różnych produktów lub uzupełniam recki z bloga o dodatkowe informacje. Zapraszam, bo warto! :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...