Cześć! Dzisiaj przychodzę do Was z przemyśleniami na pewien, moim zdaniem raczej istotny temat. To będzie dość długi post, więc zanim zaczniecie czytać, przygotujcie sobie najlepiej coś do picia :). Gotowe? To zaczynamy!
Nie od dziś wiadomo, że dobra luksusowe lubią kusić. Nieważne, czy chodzi o ubrania, akcesoria, innego rodzaju dodatki, czy właśnie kosmetyki, o których będzie za chwilkę mowa. Widząc na półce w sklepie piękne opakowania, czując wydobywające się ze środka wspaniałe zapachy oraz znając dorobioną do danego kosmetyku ideologię, nie trudno pomyśleć w duchu "chcę to mieć!", niemal bezwiednie kierując swe kroki w czeluście danej perfumerii, gdzie wita nas śliczna jak z obrazka Pani Konsultantka gotowa sprzedać nam co tylko dusza zapragnie. W ten sposób nieraz wydajemy swoje ciężko zarobione pieniądze i wszystko super, jeśli dany kosmetyk trafia w nasz gust, jesteśmy z niego zadowolone i podświadomie czujemy, że był to dobry wybór, natomiast gorzej, kiedy okazuje się być wtopą lub też niczym nie ustępuje o wiele tańszym markom drogeryjnym, a nam pozostaje żal, smutek i złość na samą siebie. Ja również przeżyłam oba te stany, dlatego dziś postaram się w jak najlepszy sposób nakreślić Wam, na co warto postawić, jeśli chodzi o kosmetyki luksusowe, a co lepiej odpuścić, zdając się na o wiele tańsze alternatywy, bo po prostu nie warto przepłacać.
Zacznę może od tego, że kosmetyków luksusowych z tzw. "kolorówki" miałam okazję wypróbować całkiem sporo i równie sporo posiadam w swoich zbiorach (te ze zdjęć poniżej to tylko mała część, ogólnie marki selektywne stanowią na tą chwilę ok. 35-40% moich wszystkich kosmetyków do makijażu). Od samego początku, kiedy tylko zaczęłam je kupować, czyli kilka lat temu, chciałam stopniowo wypróbowywać chociaż po jednej rzeczy z każdej kategorii, żeby mieć rozeznanie czy rzeczywiście są warte swojej ceny, kierując się przy tym oczywiście opiniami innych użytkowników. Wiadomo nie od dziś, że im więcej pochwał, tym mniejsze prawdopodobieństwo niezadowolenia, choć i z tym bywało różnie.
PODKŁADY, PUDRY WYKAŃCZAJĄCE
Jeśli chodzi o podkłady, tutaj zdanie mam mieszane. Dwukrotnie bardzo się zawiodłam, podobnie jak i dwukrotnie trafiłam na przysłowiowe "święte Grale", bez których teraz już ciężko mi wyobrazić sobie swój idealny makijaż. Hitami zdecydowanie są u mnie lekki jak piórko
Lancome Miracle Air De Teint oraz
Estee Lauder Double Wear, który najlepiej sprawdza się kiedy chcemy, by makijaż przetrwał od rana do nocy w nienaruszonym stanie lub kiedy nasza cera szaleje i potrzebuje solidnego przykrycia nieprzyjaciół. Podkładami, które okropnie mnie zawiodły były natomiast
Sisley Phyto-Teint Eclat, który wcale nie trzymał się na mojej mieszanej cerze bez względu, czy go przypudrowałam, czy też nie, po kilkunastu minutach warząc się w tak paskudny sposób, że nie pozostawało mi nic innego, jak tylko zmycie całego makijażu oraz
Dior Diorskin Star, który po parunastu minutach od nałożenia lekko zmieniał kolor i zostawał dosłownie na wszystkim (ręce, telefonie itp.), po paru godzinach znikając całkowicie z mojej twarzy :(.
Jeśli chodzi o pudry wykańczające, tutaj miałam okazję używać tylko jednego -
Smashbox Photo Set Finish Powder i jestem z niego bardzo zadowolona, zwłaszcza, że jest szalenie wydajny i służy mi dzielnie już ponad rok czasu, a jeszcze zostało ok. 1/3 opakowania :).
BRĄZERY, RÓŻE, ROZŚWIETLACZE
W tej kategorii jestem całkowicie pewna - te kosmetyki są spokojnie do zastąpienia! I chociaż wciąż kocham miłością niezmienną moje duo do konturowania
#Instamarc od Marc Jacobs i bardzo Wam je polecam, tak myślę, że jeśli nie chcecie wydawać aż tyle kasy na tego rodzaju kosmetyk, jako tańszą alternatywę mogę zasugerować chociażby
pudry brązujące od Kobo, które wiem, że mnóstwo osób lubi i chwali, choć mnie akurat średnio przypadły do gustu. Cena jednak jest blisko 10x niższa, więc moim zdaniem warto się przekonać. Fajne są też podobno
brązery od Golden Rose, ale ich nie miałam okazji wypróbowywać bezpośrednio na sobie. Cieszę się, że drogeryjne marki tak licznie wychodzą na przeciw wymaganiom konsumentów, bo w chwili obecnej pod tym względem wybór na prawdę jest ogromny :).
Podobnie jak z brązerami, sprawa się ma z różami do policzków, w moim przypadku
Chanel Joues Contraste Powder Blush. Chociaż pięknie pachnie różami i ślicznie wygląda na licu, to jako odpowiednik mogę polecić np. o wiele tańsze
róże marki Bourjois, które również są rewelacyjne i dobrze się u mnie sprawdzają, o czym możecie poczytać klikając w link.
Tak samo już nawet najsłynniejszy rozświetlacz świata, czyli
The Balm Mary Lou Manizer znalazł swoje równie świetne zamienniki w postaci kilku drogeryjnych i tanich rozświetlaczy np. z
Wibo,
Lovely, czy
My Secret.
CIENIE I BAZY
W przeciwieństwie do poprzedniej kategorii, tutaj wypowiem się odwrotnie - moim zdaniem lepiej zainwestować więcej pieniędzy w bardzo dobre jakościowo cienie z kapitalną pigmentacją, których możemy być na prawdę pewne w każdej sytuacji i bazę nie do ruszenia w żadnych warunkach, niż zdawać się na tańsze rozwiązania, które często wychodzą bokiem (przynajmniej u mnie tak się zdarzało).
Moje powieki są z kategorii bardzo przetłuszczających się, dlatego dobra baza to podstawa. Do tej pory używałam różnych - z
ArtDeco,
Quiz, czy
Paese myśląc, że są świetne, ponieważ cienie nie rolowały się przez kilka godzin, ale dopiero kiedy poznałam bazę Urban Decay, o której za jakiś czas będzie mowa w osobnej notce - doznałam szoku. Cienie nałożone rano, spokojnie wytrzymywały po 12 h i więcej bez najmniejszego uszczerbku, co w przypadku innych baz było wynikiem okazjonalnym! A jeśli już mamy solidny fundament i do tego dołożymy cienie, z którymi praca jest wręcz bajkowo prosta i które same w sobie prezentują się fenomenalnie (np. Urban Decay Naked -
KLIK,
KLIK, czy
Lancome Ombre Hypnose), robotę mamy z głowy. Ktoś na pewno powie, że przecież nie raz zachwalałam również dużo tańsze cienie pisząc, że są super. Tak, to prawda! Jednak różnica jest taka, że praca z droższymi cieniami jest jak dla mnie jeszcze łatwiejsza i przyjemniejsza, mniej się osypują, a nawet jak już to łatwiej je usunąć i szybciej się między sobą blendują (oczywiście piszę tylko o tych, które ja posiadam, nie wiem jak zachowują się cienie np. Dior, czy Chanel, bo ich nie miałam okazji używać). To może już moja fanaberia, ale jeśli mam do wyboru sprawdzone cienie z wyższej półki, to wolę przyoszczędzić kasy i na nie się zdecydować, niż mieć 10 tańszych, z których będę nawet ociupinkę mniej zadowolona.

MASCARY, ŻELE DO BRWI
Jeśli chodzi o tą kategorię, zdanie mam mieszane. Z moich obserwacji wynika, że standardowe mascary marek luksusowych zazwyczaj nie są wcale lepsze, niż marek drogeryjnych. Podobne szczoteczki, efekt na rzęsach, czy formuły nie są niczym na tyle moim zdaniem wyjątkowym, by warto było przepłacać. Natomiast jeśli chodzi o mascary wodoodporne to tutaj przyznam, że najlepszą na jaką trafiłam była
Lancome Hypnose. Miałam też oczywiście kilka egzemplarzy z marek drogeryjnych, ale albo się niemiłosiernie kruszyły, albo brzydko wyglądały na rzęsach i byłam niezadowolona, albo się rozmazywały (!). Dlatego jeśli kiedykolwiek będę potrzebowała mascary wodoodpornej, na 100% postawię na propozycje marek selektywnych, zwykłe jednak kupując w drogeriach, bo w ich przypadku nie widzę różnicy :).
Żele do brwi z kolei jeszcze kilkanaście miesięcy temu ciężko było dostać gdziekolwiek poza markami z wyższej półki, jak np.
Benefit,
MAC, czy
ABH. Z tego też powodu, w zeszłym roku skusiłam się na
benefitowy Gimmie Brow i przepadłam! Dosłownie pokochałam ten żel w każdym możliwym aspekcie, ponieważ nie dość, że pięknie przytrzymywał włoski w ryzach, nadawał kolor, to i optycznie zagęszczał - cudo! Dziś jednak, podobnie jak w przypadku brązerów i rozświetlaczy, także i tu mamy już całkiem spory wybór jeśli chodzi o porządnej jakości żele do brwi, idące w parze z przystępną ceną. Dlatego też w tym przypadku nie będę wydawała kroci na drogie produkty, szukając alternatyw w zasobach np.
Golden Rose,
Essence,
Inglot, czy innych. Jest teraz tego tyle, że bez problemu każdy znajdzie coś dla siebie, bez wyzbywania się małej fortuny :).

POMADKI
W przypadku pomadek Ameryki nie odkryję stwierdzeniem, że jak najbardziej one także są do zastąpienia. Kilkukrotnie udało mi się trafić na na prawdę rewelacyjne szminki, czy błyszczyki (moja ulubiona hybryda to
Yves Saint Laurent Volupte Sheer Candy), ale bez wątpienia jeśli tylko macie ochotę na coś tańszego, to jak najbardziej zamienniki się znajdą i nie ma tak, że marki luksusowe jeśli chodzi o pomadki czy błyszczyki, mają w swojej ofercie coś, co przyćmiewa tańsze wersje, nie licząc oczywiście często lepszego składu i bogatszych opakowań. Generalnie efekt na ustach pozostaje podobny i podobnie jest z trwałością, dlatego nie znam osoby, która rozpoznałaby czy na ustach mam akurat nałożoną Chanel, czy Rimmel, więc tu sprawa jest moim zdaniem prosta i ja bynajmniej nie zamierzam przepłacać na szminkach, chyba że akurat będę sobie mogła na to pozwolić lub będę miała taki kaprys :).
PODSUMOWUJĄC
Jeśli wytrwałaś do końca - gratulacje! Uprzedzałam, że to będzie długi post, ale myślę, że warto go było napisać :). Sądzę, że odpowiedź na pytanie zawarte w tytule, u każdej osoby będzie brzmiała indywidualnie. Są przecież pośród nas kobiety, nie wyobrażające sobie makijażu "zwykłymi", tanimi kosmetykami, podobnie jak i w drugą stronę, kierujące się np. zasadą, że nie warto przepłacać. Ja jestem gdzieś pośrodku. Udało mi się znaleźć kilkoro drogich ulubieńców, bez których mój idealny makijaż już raczej nie miałby racji bytu, ale też równie chętnie sięgam po kosmetyki tańsze, które w zasadzie z dnia na dzień są ubogacane w coraz to lepsze jakościowo formuły, opakowania, zapachy, tym samym coraz mocniej przybliżając się do produktów marek selektywnych. Wybór rzecz jasna pozostawiam Wam, jednak jestem niezmiernie ciekawa co Wy sądzicie w tym temacie, dlatego czekam na mocno ożywioną dyskusję w komentarzach :). Buziaki! :*