Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kosmetyki selektywne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kosmetyki selektywne. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 listopada 2017

Angielski szyk - perfumy i balsam do ciała Burberry London

Cześć! Marki Burberry myślę, że nie trzeba nikomu przedstawiać. Jest to jedna z najbardziej rozpoznawalnych, angielskich marek selektywnych, mająca w swojej ofercie m.in. klasyczne, ponadczasowe ubrania, płaszcze, czy dodatki z charakterystyczną kratą, która jest też jednym ze znaków rozpoznawczych tego brandu. Jeszcze do niedawna jeden z butików Burberry znajdował się niedaleko mnie, w centrum handlowym Silesia City Center w Katowicach, ale zanim zdążyłam do niego dotrzeć okazało się, że Burberry jest wycofywane z Polski. Zasmucił mnie ten fakt, głównie z uwagi na to, że oferowane ubrania oraz przede wszystkim szale wzbudzały moją niemałą ciekawość i po przejrzeniu masy zdjęć w Internecie nosiłam się z zamiarem kupna, no ale cóż, widać jeszcze przez jakiś czas będę się musiała obejść smakiem :(.

Niemniej wszyscy wiemy, że zakazany owoc smakuje najlepiej, dlatego pomimo wycofywania Burberry z Polski, ich oferta w dalszym ciągu skupia moją uwagę, dlatego podczas niedawnych zakupów internetowych, przy okazji wrzuciłam do koszyka 5 ml próbkę perfum oraz balsam z tej samej linii na którą się zdecydowałam, czyli London. Obie rzeczy brałam w ciemno, sugerując się wyłącznie nutami zapachowymi. Jak myślicie? Było to dobre posunięcie, dzięki któremu zdecyduję się na zakup pełnowymiarowych wersji?



Nie będę przeciągać, tylko razu napiszę, że jak najbardziej! Zapach perfum oraz balsamu jest po prostu przepiękny i idealnie wpisuje się w mój gust.

Nuta głowy: wiciokrzew, mandarynka, róża
Nuta serca: piwonia, klementynka, lilia, jaśmin
Baza: paczuli, drzewo sandałowe, piżmo

Całość jest bardzo "angielska", czyli krótko mówiąc wyważona, dostojna, klasyczna oraz elegancka, a przy tym nieco chłodna i powściągliwa. Pod względem odbioru, ma coś wspólnego z "zieloną" Balenciagą L'Essence, o której opowiadałam Wam w TYM wpisie, aczkolwiek trzeba mieć na uwadze, że są to dwa zupełnie różne zapachy. Mimo pewnego kierunku, w którym idzie Burberry London, zdecydowanie należy on do kategorii tych, z którymi trzeba się scalić, by je polubić. Na pewno nie przypadnie do gustu każdemu. Osobiście widziałabym go na kobietach 40+, gdyż młodszym niekoniecznie będzie pasował, choć np. ja go bardzo polubiłam, więc jak w każdym przypadku - wszystko zależy od indywidualnych preferencji.

London jak większość eau de parfum, trzyma się u mnie bardzo przyzwoicie, a jeśli uprzednio naniosę na ciało balsam, trwałość przedłuża się o ok. 3h, więc bardzo polecam używanie obu tych produktów łącznie, ponieważ znakomicie się uzupełniają.

Dodatkowo balsam znajduje się w małej, poręcznej, miękkiej tubce, którą spokojnie można zabrać w podróż. Bardzo ładnie nawilża oraz zmiękcza skórę, więc oprócz niewątpliwych walorów zapachowych, wyśmienicie spełnia również swoje podstawowe zadanie.




Myślę, że nie będzie zaskoczeniem, jeśli napiszę, że zdecydowanie polecam Wam zapoznanie się z tą propozycją od marki Burberry, ponieważ dzięki temu, że aromat perfum i balsamu jest zmysłowy oraz dodający wdzięku, nie pozwala przejść obok niego obojętnie. W Sephorze cena perfum o pojemności 30 ml to 199 zł, natomiast koszt 50 ml balsamu to ok. 20 zł, do dostania w drogeriach internetowych. Miłego dzionka Wam życzę! :*


czwartek, 1 czerwca 2017

Eyeliner Clinique Pretty Easy

Witajcie! Uff... jak dobrze znowu być w blogosferze! W ubiegły piątek wróciłam ze szpitala i na szczęście miewam się już nieco lepiej. Wg. założeń specjalistów do 2 miesięcy ból kręgosłupa powinien mi już całkiem minąć, co napawa optymizmem, jednak mimo wszystko wolę nie cieszyć się na zapas i poczekać co okaże się w praktyce.

W dzisiejszym poście poopowiadam Wam trochę o eyelinerze, który "chodził" za mną już od dłuższego czasu, aż w końcu na niedawnej promocji w Sephorze -20% ostatecznie postanowiłam go zakupić. Wiedziona ciekawością oraz obietnicami ekstremalnej precyzji, trwałości i wygody podczas aplikacji, podsycanymi również przez blogosferę i Youtube, niezwłocznie przystąpiłam do testów.




To, co charakteryzuje owy eyeliner i jest widoczne zaraz po zdjęciu skuwki to bardzo, ale to bardzo ostro ścięta końcówka, mająca zapewnić jak największą dokładność podczas rysowania kreski. Co ważne, końcówka eyelinera nie jest filcowa, a jest to po prostu bardzo mocno zbity i nierozczapierzający się pędzelek, dzięki czemu nawet po kilkunastu użyciach, kosmetyk nie przerywa podczas aplikacji, gdyż tusz cały czas dochodzi do samiutkiego końca. Mam nadzieję, że rozumiecie co mam na myśli :).




Dzięki temu eyelinerowi rysowanie kreski może stać się albo bajecznie łatwe, albo wręcz przeciwnie, a zależne jest to od stopnia naszego "zaawansowania". Otóż, jeśli jesteście słabiej wprawione lub nieco mniej dokładne, praca z tym kosmetykiem może okazać się dość trudna, gdyż daje on kolor już po najlżejszym zetknięciu pisaka z powieką, a przez to, że jest długotrwały, ciężko jest dokonać następnie jakichkolwiek poprawek bez solidnego naruszenia reszty makijażu. Jeśli natomiast rysowanie kresek nie sprawia Wam problemów, to jestem pewna, że pokochacie ten produkt, gdyż dzięki niemu można narysować nawet najbardziej wymyślną i wywiniętą  jaskółkę, kreski grube, cienkie jak nitka lub jakie tylko przyjdą Wam do głowy - pełna dowolność.

Jeśli o mnie chodzi, rzadko kiedy decyduję się na rysowanie jaskółki, ponieważ przy moich opadających powiekach jest to nie lada wyzwanie, aby równie ładnie wyglądała kiedy patrzę normalnie na wprost i kiedy podnoszę brwi, jednak dzięki temu eyelinerowi coraz częściej się do niej przekonuję i kto wie, może nawet zacznę nosić na codzień? Ale to w przyszłości, bo na razie jestem na etapie ćwiczeń. Bardzo fajnie też służy mi do zagęszczania linii rzęs, kiedy nie mam ochoty na wyraźną kreskę, a chcę zaledwie delikatnie przyciemnić ten obszar.



Jednak pomimo wszelkich zalet nie jest to kosmetyk bez wad. Otóż jego największym minusem jest bardzo wodnista formuła, przez co o ile nie mamy dobrze odtłuszczonej lub porządnie przypudrowanej skóry, lubi niestety czasem wchodzić w linie mimiczne i delikatnie się rozlewać, co możecie zobaczyć na poniższym zdjęciu. Potrafi być to mocno irytujące, ale jeśli należycie zadbamy o odpowiednie przygotowanie, to z automatu problem znika.



Jestem ciekawa jakie są Wasze ukochane eyelinery do oczu. Moim niezmiennie pozostaje czarny eyeliner w kałamarzu z Wibo i teraz dochodzi również ten. Cena Pretty Easy wynosi od 69 do 99 zł w zależności gdzie kupimy, choć ja standardowo polecam Sephorę lub sklep Cliniqie, ponieważ tam mamy przynajmniej gwarancję oryginalności każdego z produktów. Buziaki! :*

sobota, 14 stycznia 2017

Cukiereczki od Lancome - mascara Hypnose Volume-a-porter, koloryzujący błyszczyk Lip Lover 316 i kredka do oczu Le Crayon Khol 01 Noir

Cześć! Jakiś czas temu, tuż przed Świętami, podczas wizyty w Sephorze udało mi się wypatrzyć ciekawy zestaw mojej ulubionej marki luksusowej, czyli Lancome. W zestawie znajdowała się pełnowymiarowa mascara Hypnose Volume-a-porter oraz miniaturki błyszczyka do ust i kredki do oczu. Jako człowiek z natury łaknący poznać nowości wszelakie, nie omieszkałam wydać 155 zł i zakupić wspomniany zestaw, aby przetestować nie tylko nieznaną mi dotychczas mascarę, ale również poznać błyszczyk i kredkę z którymi do tej pory nie miałam do czynienia. Lećmy zatem po kolei :).


Opis Hypnose Volume-a-porter zaczerpnięty ze strony wizaz.pl:
"Marka Lancôme stworzyła produkt, który podkreśla siłę spojrzenia – tusz do rzęs Hypnôse Volume-à-porter. Kaszmirowa miękkość rzęs. Objętość rzęsa po rzęsie. Nowa maskara Hypnôse Volume-à-porter zaledwie jednym ruchem pozwala nadać rzęsom widoczną objętość. Stają się one wizualnie gęstsze i wydłużone, zachowując przy tym swoją naturalną elastyczność. Hypnôse Volume-à-porter to połączenie delikatnego aplikatora oraz unikatowej formuły, wzbogaconej o lateks i komórki macierzyste róży. Dzięki temu makijaż nie osypuje się i nie kruszy przez wiele godzin. Rzęsy pozostają intensywnie czarne, miękkie i wydłużone."

To, co spodobało mi się na samym początku to opakowanie zewnętrzne. Dość ciężkie, grafitowe, lustrzane, z subtelnie wytłoczoną nazwą marki oraz samej mascary, umieszczoną na odkręcanej części. Od razu widać, że mamy do czynienia z produktem o wysokiej jakości.

Zanim przejdziemy do szczoteczki, warto wspomnieć o zapachu, który jest wyczuwalny po odkręceniu tuszu. Perfumowany, dość wyraźny, ale zarazem nie za mocny i baaardzo przyjemny dla mojego nosa. Nie wiem co Wy uważacie w tym temacie, ale jak dla mnie to super urozmaicenie i chciałabym, aby marki częściej wprowadzały perfumowane mascary na rynek :).

Jeśli chodzi o szczoteczkę, nie wyróżnia się ona niczym specjalnym. Silikonowa, stożkowa, często widywana także u tuszy marek drogeryjnych. Dobrze maluje się nią rzęsy.



Natomiast efekt jaki Hypnose Volume-a-porter daje na rzęsach jest absolutnie świetny! Przy zaledwie kilku ruchach, rzęsy stają genialnie podkreślone, rozdzielone, uniesione i pogrubione. Do tego mascara rzeczywiście pozwala na zachowanie miękkości rzęs, które pomimo nałożenia tuszu są w dotyku takie, jakbyśmy nic na nich nie miały. Trwałość określiłabym na tym samym poziomie co L'Oreal Volume Million Lashes, czyli u mnie dobrych 6 godzin bez żadnego osypywania się, kruszenia, czy rozmazywania. Poniżej nałożona jest jedna warstwa, bez rozdzielania grzebykiem. Serdecznie polecam!!!


______________________________________________________________________________________


Błyszczyka Lip Lover przyznam, że dotąd nawet nie kojarzyłam. Jedyny błyszczyk Lancome jaki dotąd posiadałam to dwa rodzaje Juicy Tubes, z których byłam bardzo zadowolona (o jednym z nich opowiadałam TUTAJ, drugi ostatecznie dałam Siostrze), dlatego ucieszyłam się, że będę miała okazję poznać coś nowego i miałam nadzieję - równie dobrego :). Nie zawiodłam się!

Aplikator to spłaszczona "łopatka" dozująca wystarczającą ilość kosmetyku potrzebną do pełnego pokrycia ust. Błyszczyk jest koloryzujący i przyznam, że początkowo przestraszyłam się kompletnie nienaturalnego, cukierkowego różu, ale kompletnie niepotrzebnie, bo na ustach wygląda bardzo zmysłowo, powiększając optycznie wargi i wg. mnie o dziwo będzie pasował do większości typów urody.



Opis Lip Lover zaczerpnięty ze strony sephora.pl:
"Lancôme prezentuje nowość z linii In Love: Lip Lover. Nowy błyszczyk do ust zapewniający komfort jak po użyciu balsamu, intensywność koloru pomadki oraz modelujący blask błyszczyka. Sekret blasku Lip Lover tkwi w nieklejącym się olejku, który wygładza nierówności, jak także formule nasyconej pigmentami, która łączy się z kolorem ust, podkreślając ich urodę i tworząc intensywny odcień. Efekt nawilżonych i odżywionych ust do 8 godzin.
Dzięki szerokiej gamie odcieni usta zyskują niepowtarzalny, kuszący wdzięk, zapraszając do pocałunku… All your lips need is… Lip Lover!"

Mogę się niemal w całości podpisać pod powyższymi słowami. Błyszczyk jest gęsty, baaardzo nawilżający, ładnie pielęgnuje usta i u mnie utrzymuje się ok. 3h, co jak na tego rodzaju kosmetyk jest uważam świetnym wynikiem. Dodatkowo nie klei się i nie zbiera brzydko w kącikach ust.

Zanim go nałożę, lubię obrysować sobie usta konturówką Essence Wish Me A Rose, która genialnie z nim współgra, aby na nowo zdefiniować kontur swoich ust. Rezultat jest mega i na pewno po jego wykończeniu zdecyduję się na pełnowymiarową wersję, choć zdaję sobie sprawę, że również drogeryjny odpowiednik raczej nie byłby trudny do znalezienia, choć może się mylę? ;)


______________________________________________________________________________________


I w końcu przechodzimy do "czarnej owcy" tego zestawu, czyli kredki Le Crayon Khol w odcieniu 01 Noir, czyli po prostu czarnym. Liczyłam na miękkość, mocną pigmentację i wysoką trwałość, otrzymując jedynie dwie pierwsze. Kredka owszem, jest miękka i cudownie sunie po powiekach, owszem - jest napigmentowana jak diabli, przez co nie musimy się napracować chcąc wydobyć kolor, ale jej trwałość to niestety kompletna porażka :( Nie pokazywałam Wam jej na oku, bo po pierwsze, każdy wie jak prezentuje się czarna kredka na powiece, a po drugie jakkolwiek bym jej nie nałożyła, czy to na górną powiekę, czy dolną, po pół godziny efekt jest opłakany i nadający się tylko do zmycia.


(na zdjęciu w duecie z błyszczykiem Lip Lover)

Przy którymś jednak podejściu, udało mi się w końcu znaleźć na nią dwa sposoby. Mianowicie, pierwszy jest taki, że okazało się iż kredka potrafi ładnie wyglądać i utrzymywać się, będąc mocno roztarta przy granicy górnych rzęs oraz, że potrafi też tworzyć skuteczny podkład pod ciemne kolory cieni, przy tworzeniu np. mocniejszego smokey eyes. Niestety, ale to jedyne zalety, jakie udało mi się w niej dostrzec, przez co w moim odczuciu absolutnie nie jest warta swoich niemal 90 zł w cenie regularnej.

Jak Wam się podoba ten zestaw Lancome? Uważacie, że warto go było nabyć? Ja myślę, że tak, ponieważ dzięki niemu miałam okazję przetestować 3 całkowicie nieznane dotąd sobie produkty, z których 2 bardzo mile mnie zaskoczyły i na pewno z chęcią będę do nich wracać. Również cena 155 zł choć wysoka, jak na 3 kosmetyki (w tym dwie spore miniatury) uważam, że jest w miarę przystępna, ponieważ standardowo taki jest koszt samej tylko mascary. Dajcie mi znać jakie produkty Lancome z czystym sumieniem mogłybyście mi polecić, a tymczasem życzę Wam udanego weekendu! :*

piątek, 14 października 2016

Moja skóra chce pić! Krem do twarzy Clinique Moisture Surge Extended Thirst Relief

Hej! Jak zapewne pamiętają stali czytelnicy mojego bloga, gdyż wspominałam o tym już niejednokrotnie na jego łamach, od zakończenia lata mam spory problem z mocno przesuszoną, tudzież odwodnioną cerą. Wszelkimi sposobami staram sobie z tym jakoś radzić, ale nie ukrywam, że jest ciężko :(. W zasadzie wszystkie specyfiki których używałam do tej pory i z których byłam dotąd zadowolona nie mogą sobie dać rady z tym przesuszeniem, które aktualnie występuje głównie na policzkach i czole.

Postanowiłam zatem wyciągnąć cięższe działo i wypróbować jeden z kremów marki selektywnej, która jest bardzo popularna wśród blogerek, czyli Clinique. Po kilku przetestowanych próbkach, początkowo zamierzałam skusić się na opakowanie 30 ml, ale Pani w Douglasie doradziła mi 15 ml wersję w lepszej cenie (do tego miałam zniżkę, więc zapłaciłam za niego 28-30 zł), stąd uznałam, że na start będzie jak znalazł.




Opakowanie to uroczy, poręczny, bardzo schludnie wykonany, szklany słoiczek w którym mieści się nasz krem. Na nakrętce mamy dodatkowo umieszczone lusterko, co moim zdaniem jest chybionym pomysłem, gdyż owo lustereczko okropnie zniekształca rzeczywistość, a że nie lubię niedoróbek, to już wolałabym, żeby go nie było wcale.




Konsystencja jest faktycznie żelowa, bardzo przyjemna, rewelacyjnie się wchłaniająca. Moja skóra dosłownie wypijała ten krem, który stanowił tym samym doskonałą bazę pod makijaż. Wszystko pięknie, ładnie, ale co w efekcie?



Niestety, ale kosmetyk poniósł klęskę na całej linii, kompletnie nie radząc sobie z moim przesuszeniem. Miałam wręcz chwilami wrażenie, jakby cera stawała się jeszcze bardziej sucha, pomimo, ze w składzie nie ma alkoholu. Dziwna sprawa. Wieczorem po demakijażu, często miałam wrażenie ściągnięcia cery i bardzo nieprzyjemnego napięcia, co według mnie całkowicie nie powinno mieć miejsca jeśli używamy produkt, który ma na celu nawilżenie naszej skóry. Zużycie całości zajęło mi ok. miesiąca i po tym czasie nie odnotowałam nawet najmniejszej poprawy, zatem albo jest to krem z zerową skutecznością, albo po prostu moje przesuszenie jest zbyt oporne jak na jego możliwości. Tyle dobrze, że mnie nie zapchał, posiada całkiem dobre składniki i jest niemalże bezzapachowy, ale co z tego jak nie działa :(. Ze swojej strony nie polecam, choć patrząc na to, ilu zwolenników ma marka Clinique, jestem pewna, że i ten kosmetyk znajdzie swoich fanów.

Na koniec jak zawsze zamieszczam skład:
Aqua, Dimethicone, Butylene Glycol, Trisiloxane, Glycerin, Cyclopenta Siloxane, Betula Alba Extract, Lady's Thistle Extract, Green Tea Leaf Extract, Saccharomyces Lysate Extract, Sucrose, Aloe Barbadensis Leaf Water, Trehalose, Thermus Thermophillus Ferment, Sorbitol, Oleth -10, Tromethamine, Hydrolized Extensin, Caffeine, Hydrogenated Lecithin, Sodium Hyaluronate, Tocopheryl Acetate, Palmitoyl Oligopeptide, Caprylyl Glycol, Glyceryl Polymethacrylate, PEG-8, Ammonium Acryloyldimethyltaurate/ VP Copolumer, Magnesium Ascorbyl Phosphate (Vitamin C), Carbomer, Hexylene Glycol, Disodium EDTA, Phenoxyethanol, Red 4 (CI14700), CI19140.

Przyjemnego weekendu Wam życzę! :*

niedziela, 9 października 2016

Sephora Wonderful Cushion - rozświetlacz do twarzy z gąbeczką

Hej! Rozświetlacze należą do tej kategorii kosmetyków, które przez bardzo długi czas w ogóle nie zajmowały mojej uwagi. Wynikało to z tego, że dość szybko zaopatrzyłam się w chyba najsłynniejszą na blogspocie Mary Lou Manizer marki The Balm i zakochałam się bez pamięci w efekcie jaki daje. W międzyczasie znaczna większość marek zarówno selektywnych, jak i drogeryjnych wypuściła na rynek swoje propozycje rozświetlaczy, jednakże wszystkie były w moim odczuciu na tyle zbliżone do Mary Lou, że uznałam, iż bezsensem będzie posiadanie kilku podobnych produktów i tym samym wydawanie na nie niepotrzebnie pieniędzy.

Jednakże będąc jakiś czas temu w odwiedzinach u mojej dobrej koleżanki Anety, zaciekawił mnie Jej sephorowy rozświetlacz z gąbką, którego wcześniej nie miałam okazji naocznie oglądać. Wydał mi się być o tyle interesujący, że po pierwsze - jego bazą jest bardzo subtelny, łososiowy odcień, a nie złoto, jak w przypadku Mary Lou, po drugie - jest płynny, a po trzecie - po swatchach na ręce sprawiał wrażenie tak delikatnego, iż uznałam, że na pewno fajnie sprawdzi się jako rozświetlacz na dzień, kiedy nie mamy ochoty przesadzać z błyskiem, a jednak chcemy, aby mimo to cera wyglądała na świeżą i wypoczętą. Do tego Aneta stwierdziła, że jest z jego używania bardzo zadowolona, co ostatecznie zaważyło na tym, że zechciałam mieć go również u siebie.

Opakowanie to miękka tubka w kolorze pudrowego różu o pojemności 20 ml, zakończona gąbeczką za pomocą której aplikujemy produkt. Rozwiązanie to jest średnio higieniczne, jeśli chcielibyśmy faktycznie nakładać go dołączoną gąbką bezpośrednio na twarz, z nałożonym uprzednio podkładem, różem itp, dlatego ja najczęściej robię to w tej sposób, że najpierw nakładam niewielką ilość na palec, a następnie delikatnie wklepuję w szczyty kości policzkowych i taka forma sprawdza się u mnie najlepiej.




Kolor Wonderful Cushion jak wspomniałam, posiada delikatnie łososiową bazę, którą bardzo ciężko jest ująć na zdjęciach (próbowałam w różnych oświetleniach, niestety z marnym skutkiem), po roztarciu dającą przepiękny efekt roziskrzonej tafli, będącą bardziej wielowymiarową, niż ma to miejsce w przypadku Mary Lou. Rozświetlacz ten jest dość kryjący, dlatego nakładając go grubszą warstwą lub słabiej rozcierając, jesteśmy w stanie przykryć róż, więc ważne jest nanoszenie go w na prawdę minimalnej ilości, z jednoczesnym dokładnym roztarciem, jednakże przy tej czynności znów należy pamiętać, by wykonywać ją ostrożnie, aby nie zetrzeć sobie podkładu, ponieważ jako że rozświetlacz jest płynny i przy tym lekko oleisty, podczas zbyt mocnego pocierania może spowodować rozpuszczenie podkładu (sprawdzone na sobie).



Wiem, że po tym co przeczytałyście pewnie pomyślicie, że cała "zabawa" z tym produktem może się wydawać niewarta świeczki, jednak moim zdaniem po kilku próbach na spokojnie będzie w stanie go wyczuć i nakładać tak, aby efekt końcowy Was zadowolił.

Jak dla mnie na pewno nie jest to rozświetlacz na wielkie wyjścia i do makijażu "na bogato", stąd wydaje mi się, że miałam dobrą intuicję widząc go w roli typowo dziennej. Jestem przekonana, że zdobędzie uznanie fanek subtelnego i zarazem elegackiego blasku. Nawet w sztucznym świetle lampy o dziwo prezentował się łagodnie, ale tym właśnie mnie ujął :).



Napiszcie mi proszę, jakie są Wasze ulubione rozświetlacze. Co prawda nie mam dużego porównania, ale cieszę się, że posiadam zarówno Mary Lou jak i Wonderful Cushion, bo są to dwa zupełnie inne kosmetyki do osiągania odmiennych efektów w makijażu. Prawie zapomniałabym wspomnieć, że cena Wonderful Cushion to 49 zł, czyli całkiem przystępna.



Udanego dnia! :*

poniedziałek, 4 lipca 2016

Kosmetyki marek luksusowych - czy rzeczywiście są warte swoich pieniędzy? Kiedy warto kupić, a kiedy lepiej odpuścić?

Cześć! Dzisiaj przychodzę do Was z przemyśleniami na pewien, moim zdaniem raczej istotny temat. To będzie dość długi post, więc zanim zaczniecie czytać, przygotujcie sobie najlepiej coś do picia :). Gotowe? To zaczynamy!

Nie od dziś wiadomo, że dobra luksusowe lubią kusić. Nieważne, czy chodzi o ubrania, akcesoria, innego rodzaju dodatki, czy właśnie kosmetyki, o których będzie za chwilkę mowa. Widząc na półce w sklepie piękne opakowania, czując wydobywające się ze środka wspaniałe zapachy oraz znając dorobioną do danego kosmetyku ideologię, nie trudno pomyśleć w duchu "chcę to mieć!", niemal bezwiednie kierując swe kroki w czeluście danej perfumerii, gdzie wita nas śliczna jak z obrazka Pani Konsultantka gotowa sprzedać nam co tylko dusza zapragnie. W ten sposób nieraz wydajemy swoje ciężko zarobione pieniądze i wszystko super, jeśli dany kosmetyk trafia w nasz gust, jesteśmy z niego zadowolone i podświadomie czujemy, że był to dobry wybór, natomiast gorzej, kiedy okazuje się być wtopą lub też niczym nie ustępuje o wiele tańszym markom drogeryjnym, a nam pozostaje żal, smutek i złość na samą siebie. Ja również przeżyłam oba te stany, dlatego dziś postaram się w jak najlepszy sposób nakreślić Wam, na co warto postawić, jeśli chodzi o kosmetyki luksusowe, a co lepiej odpuścić, zdając się na o wiele tańsze alternatywy, bo po prostu nie warto przepłacać.

Zacznę może od tego, że kosmetyków luksusowych z tzw. "kolorówki" miałam okazję wypróbować całkiem sporo i równie sporo posiadam w swoich zbiorach (te ze zdjęć poniżej to tylko mała część, ogólnie marki selektywne stanowią na tą chwilę ok. 35-40% moich wszystkich kosmetyków do makijażu). Od samego początku, kiedy tylko zaczęłam je kupować, czyli kilka lat temu, chciałam stopniowo wypróbowywać chociaż po jednej rzeczy z każdej kategorii, żeby mieć rozeznanie czy rzeczywiście są warte swojej ceny, kierując się przy tym oczywiście opiniami innych użytkowników. Wiadomo nie od dziś, że im więcej pochwał, tym mniejsze prawdopodobieństwo niezadowolenia, choć i z tym bywało różnie.



PODKŁADY, PUDRY WYKAŃCZAJĄCE

Jeśli chodzi o podkłady, tutaj zdanie mam mieszane. Dwukrotnie bardzo się zawiodłam, podobnie jak i dwukrotnie trafiłam na przysłowiowe "święte Grale", bez których teraz już ciężko mi wyobrazić sobie swój idealny makijaż. Hitami zdecydowanie są u mnie lekki jak piórko Lancome Miracle Air De Teint oraz Estee Lauder Double Wear, który najlepiej sprawdza się kiedy chcemy, by makijaż przetrwał od rana do nocy w nienaruszonym stanie lub kiedy nasza cera szaleje i potrzebuje solidnego przykrycia nieprzyjaciół. Podkładami, które okropnie mnie zawiodły były natomiast Sisley Phyto-Teint Eclat, który wcale nie trzymał się na mojej mieszanej cerze bez względu, czy go przypudrowałam, czy też nie, po kilkunastu minutach warząc się w tak paskudny sposób, że nie pozostawało mi nic innego, jak tylko zmycie całego makijażu oraz Dior Diorskin Star, który po parunastu minutach od nałożenia lekko zmieniał kolor i zostawał dosłownie na wszystkim (ręce, telefonie itp.), po paru godzinach znikając całkowicie z mojej twarzy :(.

Jeśli chodzi o pudry wykańczające, tutaj miałam okazję używać tylko jednego - Smashbox Photo Set Finish Powder i jestem z niego bardzo zadowolona, zwłaszcza, że jest szalenie wydajny i służy mi dzielnie już ponad rok czasu, a jeszcze zostało ok. 1/3 opakowania :).



BRĄZERY, RÓŻE, ROZŚWIETLACZE

W tej kategorii jestem całkowicie pewna - te kosmetyki są spokojnie do zastąpienia! I chociaż wciąż kocham miłością niezmienną moje duo do konturowania #Instamarc od Marc Jacobs i bardzo Wam je polecam, tak myślę, że jeśli nie chcecie wydawać aż tyle kasy na tego rodzaju kosmetyk, jako tańszą alternatywę mogę zasugerować chociażby pudry brązujące od Kobo, które wiem, że mnóstwo osób lubi i chwali, choć mnie akurat średnio przypadły do gustu. Cena jednak jest blisko 10x niższa, więc moim zdaniem warto się przekonać. Fajne są też podobno brązery od Golden Rose, ale ich nie miałam okazji wypróbowywać bezpośrednio na sobie. Cieszę się, że drogeryjne marki tak licznie wychodzą na przeciw wymaganiom konsumentów, bo w chwili obecnej pod tym względem wybór na prawdę jest ogromny :).

Podobnie jak z brązerami, sprawa się ma z różami do policzków, w moim przypadku Chanel Joues Contraste Powder Blush. Chociaż pięknie pachnie różami i ślicznie wygląda na licu, to jako odpowiednik mogę polecić np. o wiele tańsze róże marki Bourjois, które również są rewelacyjne i dobrze się u mnie sprawdzają, o czym możecie poczytać klikając w link.

Tak samo już nawet najsłynniejszy rozświetlacz świata, czyli The Balm Mary Lou Manizer znalazł swoje równie świetne zamienniki w postaci kilku drogeryjnych i tanich rozświetlaczy np. z Wibo, Lovely, czy My Secret.



CIENIE I BAZY

W przeciwieństwie do poprzedniej kategorii, tutaj wypowiem się odwrotnie - moim zdaniem lepiej zainwestować więcej pieniędzy w bardzo dobre jakościowo cienie z kapitalną pigmentacją, których możemy być na prawdę pewne w każdej sytuacji i bazę nie do ruszenia w żadnych warunkach, niż zdawać się na tańsze rozwiązania, które często wychodzą bokiem (przynajmniej u mnie tak się zdarzało).

Moje powieki są z kategorii bardzo przetłuszczających się, dlatego dobra baza to podstawa. Do tej pory używałam różnych - z ArtDeco, Quiz, czy Paese myśląc, że są świetne, ponieważ cienie nie rolowały się przez kilka godzin, ale dopiero kiedy poznałam bazę Urban Decay, o której za jakiś czas będzie mowa w osobnej notce - doznałam szoku. Cienie nałożone rano, spokojnie wytrzymywały po 12 h i więcej bez najmniejszego uszczerbku, co w przypadku innych baz było wynikiem okazjonalnym! A jeśli już mamy solidny fundament i do tego dołożymy cienie, z którymi praca jest wręcz bajkowo prosta i które same w sobie prezentują się fenomenalnie (np. Urban Decay Naked - KLIK, KLIK, czy Lancome Ombre Hypnose), robotę mamy z głowy. Ktoś na pewno powie, że przecież nie raz zachwalałam również dużo tańsze cienie pisząc, że są super. Tak, to prawda! Jednak różnica jest taka, że praca z droższymi cieniami jest jak dla mnie jeszcze łatwiejsza i przyjemniejsza, mniej się osypują, a nawet jak już to łatwiej je usunąć i szybciej się między sobą blendują (oczywiście piszę tylko o tych, które ja posiadam, nie wiem jak zachowują się cienie np. Dior, czy Chanel, bo ich nie miałam okazji używać). To może już moja fanaberia, ale jeśli mam do wyboru sprawdzone cienie z wyższej półki, to wolę przyoszczędzić kasy i na nie się zdecydować, niż mieć 10 tańszych, z których będę nawet ociupinkę mniej zadowolona.



MASCARY, ŻELE DO BRWI

Jeśli chodzi o tą kategorię, zdanie mam mieszane. Z moich obserwacji wynika, że standardowe mascary marek luksusowych zazwyczaj nie są wcale lepsze, niż marek drogeryjnych. Podobne szczoteczki, efekt na rzęsach, czy formuły nie są niczym na tyle moim zdaniem wyjątkowym, by warto było przepłacać. Natomiast jeśli chodzi o mascary wodoodporne to tutaj przyznam, że najlepszą na jaką trafiłam była Lancome Hypnose. Miałam też oczywiście kilka egzemplarzy z marek drogeryjnych, ale albo się niemiłosiernie kruszyły, albo brzydko wyglądały na rzęsach i byłam niezadowolona, albo się rozmazywały (!). Dlatego jeśli kiedykolwiek będę potrzebowała mascary wodoodpornej, na 100% postawię na propozycje marek selektywnych, zwykłe jednak kupując w drogeriach, bo w ich przypadku nie widzę różnicy :).

Żele do brwi z kolei jeszcze kilkanaście miesięcy temu ciężko było dostać gdziekolwiek poza markami z wyższej półki, jak np. Benefit, MAC, czy ABH. Z tego też powodu, w zeszłym roku skusiłam się na benefitowy Gimmie Brow i przepadłam! Dosłownie pokochałam ten żel w każdym możliwym aspekcie, ponieważ nie dość, że pięknie przytrzymywał włoski w ryzach, nadawał kolor, to i optycznie zagęszczał - cudo! Dziś jednak, podobnie jak w przypadku brązerów i rozświetlaczy, także i tu mamy już całkiem spory wybór jeśli chodzi o porządnej jakości żele do brwi, idące w parze z przystępną ceną. Dlatego też w tym przypadku nie będę wydawała kroci na drogie produkty, szukając alternatyw w zasobach np. Golden Rose, Essence, Inglot, czy innych. Jest teraz tego tyle, że bez problemu każdy znajdzie coś dla siebie, bez wyzbywania się małej fortuny :).



POMADKI

W przypadku pomadek Ameryki nie odkryję stwierdzeniem, że jak najbardziej one także są do zastąpienia. Kilkukrotnie udało mi się trafić na na prawdę rewelacyjne szminki, czy błyszczyki (moja ulubiona hybryda to Yves Saint Laurent Volupte Sheer Candy), ale bez wątpienia jeśli tylko macie ochotę na coś tańszego, to jak najbardziej zamienniki się znajdą i nie ma tak, że marki luksusowe jeśli chodzi o pomadki czy błyszczyki, mają w swojej ofercie coś, co przyćmiewa tańsze wersje, nie licząc oczywiście często lepszego składu i bogatszych opakowań. Generalnie efekt na ustach pozostaje podobny i podobnie jest z trwałością, dlatego nie znam osoby, która rozpoznałaby czy na ustach mam akurat nałożoną Chanel, czy Rimmel, więc tu sprawa jest moim zdaniem prosta i ja bynajmniej nie zamierzam przepłacać na szminkach, chyba że akurat będę sobie mogła na to pozwolić lub będę miała taki kaprys :).



PODSUMOWUJĄC

Jeśli wytrwałaś do końca - gratulacje! Uprzedzałam, że to będzie długi post, ale myślę, że warto go było napisać :). Sądzę, że odpowiedź na pytanie zawarte w tytule, u każdej osoby będzie brzmiała indywidualnie. Są przecież pośród nas kobiety, nie wyobrażające sobie makijażu "zwykłymi", tanimi kosmetykami, podobnie jak i w drugą stronę, kierujące się np. zasadą, że nie warto przepłacać. Ja jestem gdzieś pośrodku. Udało mi się znaleźć kilkoro drogich ulubieńców, bez których mój idealny makijaż już raczej nie miałby racji bytu, ale też równie chętnie sięgam po kosmetyki tańsze, które w zasadzie z dnia na dzień są ubogacane w coraz to lepsze jakościowo formuły, opakowania, zapachy, tym samym coraz mocniej przybliżając się do produktów marek selektywnych. Wybór rzecz jasna pozostawiam Wam, jednak jestem niezmiernie ciekawa co Wy sądzicie w tym temacie, dlatego czekam na mocno ożywioną dyskusję w komentarzach :). Buziaki! :*

czwartek, 30 czerwca 2016

L"Oreal Kerastase Nectar Termique - nektar termiczny do suchych włosów

Witajcie! Uff... pogoda znowu nie daje człowiekowi żyć. Po paru dniach przerwy, upały wróciły, dlatego w takim skwarze, jaki aktualnie mamy za oknem (choć często i w domu lub pracy również), powinniśmy maksymalnie doceniać zalety, jakie daje nam regularne nawadnianie organizmu. Ale co z włosami? Przez ciągłe wystawianie ich na promieniowanie słoneczne, one również bardzo dotkliwie odczuwają panującą temperaturę, stając się z czasem suche, łamliwe i podatne na uszkodzenia. Do tego jeśli tak jak ja używacie jeszcze suszarki i prostownicy, łatwo przewidzieć, że takie postępowanie nie może zakończyć się z korzyścią dla naszej czupryny.

Tutaj z rozwiązaniem przychodzi do nas marka L'Oreal i produkt, który może okazać się wybawieniem dla naszych włosów.



Zaczerpnięte ze strony www.wizaz.pl:
"Nektar termiczny został stworzony by chronić włosy suche przed szkodliwym działaniem narzędzi do stylizacji. To drugi po Cemencie Termicznym produkt z serii termo-aktywnych, tym razem przeznaczony do pielęgnacji włosów suchych. Nektar termiczny pod wpływem ciepła uwalnia składniki aktywne chroniące włókno włosa przed uszkodzeniami. Po raz pierwszy w formule produktu Kérastase zawarto unikatowy ekstrakt z mleczka pszczelego, zwanego również "królewską galaretką", którego bogactwo w węglowodany, proteiny i lipidy stanowi prawdziwy zastrzyk odżywczy dla włosów suchych. Do wyjątkowej technologii Nektaru Termicznego dodano także Ksylozę, która zapobiega wysuszaniu się włosów oraz Gluco-Sleek, składnik ułatwiający układanie i pracę szczotki. Doskonale dobrane nuty zapachowe Nektaru Termicznego: kwiatowe, drzewne i miodowe, rozchodzą się delikatnie podczas suszenia, nadając włosom lekki i słodki zapach."

Konsystencja produktu została doskonale wyważona, nie jest za leista, ale też nie za gęsta, dzięki czemu perfekcyjnie rozprowadza się na włosach. Ja zazwyczaj robię to w ten sposób, że najpierw wyciskam niewielką ilość kosmetyku na dłonie rozcierając go w nich, a następnie wgniatam we włosy omijając ich nasadę, dzięki czemu unikam nadmiernego obciążenia. Na jednorazowe użycie potrzebuję dwukrotność porcji widocznej poniżej na zdjęciu, co przy 150 ml tubie zapewnia super wydajność (używam już ponad pół roku i nie zużyłam nawet połowy)!



Po użyciu nektaru, to co można zauważyć od razu to fakt, że włosy są przede wszystkim pięknie nawilżone, zmiękczone, wygładzone, błyszczące i o wiele bardziej podatne na układanie. Cudowna sprawa, że oprócz tylu pielęgnacyjnych właściwości, mamy również zapewnioną ochronę termiczną, której jednak nie mogę w 100% potwierdzić, bo jak już kilkukrotnie wspominałam na łamach tego bloga, moje włosy jak na ok. 15 lat prostowania i tak są w dobrej kondycji, a że na chwilę obecną produktów termoochronnych mam dość sporo i często korzystam z nich na zmianę, ciężko mi tym samym stwierdzić, który z nich na ten moment spisuje się najlepiej, jednak chcę wierzyć, że za tyle kasy ile wydałam na ten kosmetyk, termoochrona również jest na wysokim poziomie :).

Z plusów jakie dostrzegłam po dłuższym, kilkumiesięcznym stosowaniu, mogę na pewno wymienić ten, że końcówki włosów zaczęły znacznie mniej się rozdwajać, dlatego też ich podcinanie, które wcześniej wykonywałam średnio raz na 3 miesiące, teraz spokojnie mogę przeciągnąć do 5 miesięcy. Ponad to włosy stały się znacznie bardziej sypkie i o wiele ładniej wyglądają, niż kiedy nie stosowałam nektaru.

Nie można też nie wspomnieć o przepięknym zapachu, który  jest dość intensywny, ale nie na tyle, by do siebie zniechęcić. Uwielbiam go!

Jeśli chodzi o skład, to tutaj jak zawsze nie będę się wymądrzać i jego rozszyfrowanie pozostawiam osobom, które się na tym znają, ale z tego co zauważyłam, większość dobroczynnych składników jest na końcu, jednak nie przeszkadza mi to, skoro mimo wszystko kosmetyk ten działa i sprawdza się u mnie świetnie!



Niestety cena, jak wspomniałam - jest dość wysoka. Stacjonarnie, w sklepie fryzjerskim Jean Louis David płaciłam bodajże 120 lub 130 zł w promocji ze 145 zł o ile mnie pamięć nie zawodzi. Czy warto wydać tyle kasy? Hmm... chociaż nektar spełnia swoją funkcję, jest mega wydajny, bosko pachnie i bardzo dobrze się u mnie sprawdza, to najpewniej kiedy go wykończę, postaram się znaleźć jakąś tańszą alternatywę ;).



Używacie produktów nawilżających i termoochronnych do Waszych włosów? Które z nich uważacie za najlepsze? Dajcie mi koniecznie znać i nie zapomnijcie o oglądaniu dzisiejszego meczu z Portugalią oraz wspieraniu naszych zawodników! :D Buziaki! :*

wtorek, 24 maja 2016

Jak pachnie żółty diament? / Zestaw Versace Yellow Diamond Intense

Hej Kochani! Mówi się, że diamenty/brylanty są najlepszym przyjacielem kobiety. Nie sposób się z tą tezą nie zgodzić, gdyż chyba nie ma na świecie kobiety, która nie chciałaby mieć ich w swoim posiadaniu, chociażby w formie dodatku, jak np. oczko w pierścionku, czy kolczykach, już nie wspominając o diamentowej kolii. Nie od dzisiaj bowiem wiadomo, że diamenty są synonimem luksusu, na który stać jedynie najbogatszych, jak też niejednokrotnie potrafią stanowić o przynależności do wyższej kasty społecznej. Co ciekawe, jeden z największych diamentów na świecie, o nazwie Sun-Drop, czyli kropla słońca (z uwagi na jego żółte zabarwienie) został sprzedany za ponad 40 mln zł!!! Cena dosłownie zwala z nóg, dlatego też kiedy otrzymałam zestaw trzech miniatur Versace o nazwie Yellow Diamond Intense od sklepu Perfumesco, chyba nie muszę wspominać jak bardzo byłam ciekawa tego zapachu, który przynajmniej w teorii wart jest miliony!

To, co szczególnie urzekło mnie w tych miniaturkach, to ich opakowania. Uważam, że dając je komuś w formie drobnego upominku (ponieważ na prezent w pełnym tego słowa znaczeniu myślę, że pojemności są jednak trochę zbyt małe) nikt by się nie powstydził, bo na prawdę robią wrażenie i mimo, że jest to format podróżny, opakowania wyglądają tak elegancko i filigranowo, a już zwłaszcza flakonik perfum, że aż żal używać. Uwielbiam takie maleństwa!!! :D




W środku znajdziemy żel pod prysznic (25 ml), balsam do ciała (25 ml) oraz oczywiście perfumy (5 ml eau de parfum), które wzajemnie idealnie się uzupełniają. Jako, że pojemności są niewielkie, spokojnie możemy zabrać je na weekendowy wyjazd, lub nosić w torebce w razie potrzeby. Zapach określiłabym, jako nawiązujący pośrednio do Bright Crystal, którego miałam przyjemność mieć już kilka buteleczek (ewidentnie wyczuwam w nich wspólny mianownik), jednak zarazem bardziej słoneczny, spontaniczny i radosny. Jest z pewnością świeży, kwiatowo-cytrusowy i nieco świdrujący, aczkolwiek w pozytywny sposób, podobnie zresztą jak Bright Crystal. Mimo obecności cytrusów, których nie cierpię muszę przyznać, że chociaż nie jest to zapach, który widziałabym u siebie na stałe, to podoba mi się i bardzo chętnie go używam, ponieważ lubię intensywne, nieoczywiste aromaty, a ten do takich z pewnością należy. Poza tym bardzo długo utrzymuje się na skórze i pięknie rozwija, dzięki czemu tuż po aplikacji możemy cieszyć się nim przez minimum kilka godzin, zanim zacznie tracić na intensywności, choć na ubraniach, czy szalu wyczuwalny jest nawet kilka dni.



Nuta głowy:
neroli, bergamotka, cytryna amalfi, gruszka
Nuty serca:
kwiat afrykańskiej pomarańczy, lilia wodna, frezja, mimoza
Nuta bazy:
piżmo, drzewo gwajakowe, ambra

Osobiście kierowałabym go głównie do kobiety młodej (ok. 20-40 lat), energicznej i o pogodnym usposobieniu. Takiej, która czerpie z życia garściami, żyjąc tu i teraz. Kobiety, która wie, czego chce i takiej, która ma w sobie również dozę szaleństwa. Tak, zdecydowanie widzę go u większości z nas! :).



Jestem bardzo ciekawa, czy znacie ten zapach i czy go lubicie? Dajcie znać! Miłego wieczoru życzę! :*

czwartek, 4 lutego 2016

Marc Jacobs - #Instamarc Mirage Filter

Hej! Zapewne zauważyłyście wchodząc na mój blog, że postanowiłam troszkę odświeżyć jego wygląd. Tak, tak, w końcu mnie naszło :D. Nie są to duże zmiany, bardziej nazwałabym je kosmetycznymi, gdyż przyzwyczaiłam się zarówno do samego rozmieszczenia poszczególnych części bloga, jak i rodzaju czcionek, ale za to postanowiłam wymienić banner na nowy i nieco zmienić kolorystykę, co mam nadzieję, trafia w Wasz gust, podobnie jak mój. Za całą zabawę zabrałam się już wczoraj wieczorem, zapominając przy okazji zablokować tymczasowo dostęp do strony, więc być może część z Was miała okazję widzieć tu totalny bałagan, podobnie jak kompletnie inną kolorystykę (początkowo chciałam iść w odcienie mięty), niż ta, która jest obecnie za co Was przepraszam, ale wiadomo jak to przy "remoncie" bywa ;).

Jednak do rzeczy. Jakiś czas temu oglądając kanał Maxineczki, moją uwagę przykuł puder do konturowania od Marca Jacobsa, który bardzo zaciekawił mnie nie tylko samym efektem, jaki daje na twarzy, ale również niesamowitą pigmentacją oraz jedwabistością (nabierał się na palec po ledwie muśnięciu), a jako że nie znoszę kosmetyków o twardej konsystencji, trudnej do okiełznania, postanowiłam przyjrzeć mu się z bliska i sprawdzić, czy a nuż przypadnie mi do gustu. Tak jak poszłam do Sephory tylko po to, żeby go obejrzeć, tak już wróciłam z nim do domu :).

Zanim przejdę do zdjęć, wybaczcie odbicie lampy wyzierające z pierwszej fotki, ale ten kartonik próbowałam fotografować pod chyba każdym kątem i w każdym oświetleniu tak, aby nie było widać odbić i niestety bez skutku, więc zostawiłam jak jest (chyba czas najwyższy kupić blendę).

Opakowanie, jak na markę przystało, jest bardzo minimalistyczne i eleganckie, zamykane na klik, choć plastik z którego jest wykonane nie tylko mocno trzyma ślady paluchów na sobie (wrrr), ale też nie sprawia wrażenia specjalnie wytrzymałego, zatem można mieć obawy, że podczas upadku zawartość bez oporów mogłaby rozsypać się w proch.





W środku mamy 2 pudry w 2 odcieniach, o pojemności 9g każdy. Wariantów kolorystycznych do wyboru są 3, ja postawiłam na Mirage Filter, czyli środkowy, idealny dla mojego średniojasnego kolorytu cery, o żółtych podtonach. Zasada działania jest prosta - jasny puder w odcieniu bananowym ma za zadanie podkreślić wybrane partie twarzy, natomiast ciemniejszy, to już typowy brązer przeznaczony do konturowania (tak, brązer to poprawna nazwa ;)).




Oba pudry są niesamowicie drobno zmielone, przez co wystarczy delikatnie tyknąć je pędzlem, by nabrać aż za nadto. W swoim filmiku Maxi pokazywała, że oba pudry bardzo pylą, ale u mnie na szczęście nie ma takiego problemu, tylko nie można po prostu za nadto machać po nich pędzlami, bo wtedy faktycznie dużo produktu się marnuje. Pigmentacja jest fantastyczna! Wystarczą dosłownie dwa ruchy, by pięknie wymodelować sobie buzię, a jeśli uznamy, że to za mało, w każdej chwili możemy dołożyć więcej kosmetyku, tym samym budując stopień brązowienia. Produkt rozprowadza się na cerze wprost bajecznie! Brązer daje bardzo naturalny efekt, a przy tym nie plami, nie ściera podkładu, nie pozostawia smug, a umiejętnie roztarty nie odcina się i dzielnie trzyma się twarzy od rana do wieczora (najdłużej testowałam go od 7.00 rano do okolic 2 w nocy, gdzie wciąż niezmiennie trwał na posterunku). Jasny puder natomiast doskonale stapia się z moją cerą, optycznie ujednolicając ją i sprawiając wrażenie aksamitnie gładkiej. Uwielbiam stosować go pod zarówno pod linię wytyczoną przez brązer, jak i na same policzki, ponieważ mam wrażenie, że nakładając później jakikolwiek róż, zdecydowanie przyjemniej się go rozciera. #Instamarc używam już ponad miesiąc i przez ten czas nawet w minimalnym stopniu nie spowodował pogorszenia stanu mojej cery. To chyba jedyny kosmetyk tej kategorii, któremu nie mam absolutnie nic do zarzucenia, choć niestety i cena jak na luksusowy produkt jest odpowiednia, gdyż puder kosztuje aż 189 zł., co jest kwotą niemałą, ale zapewniam, że w moim odczuciu wart jest każdej wydanej złotówki!

Dla porównania postanowiłam zestawić Wam kolory #Instamarc Mirage Filter, wraz z popularnym brązerem Kobo w odcieniu Nubian Desert. Jak można zauważyć, #Instamarc jest delikatnie cieplejszy, ale przez to też, o wiele lepiej będzie pasował do ciepłych typów urody, bo pomimo na prawdę zbliżonych odcieni, Kobo u mnie wypada jednak trochę zbyt zimno. Pod względem pracy i efektu jaki oba tworzą na skórze, jak dla mnie tu również wygrywa Instamarc, ponieważ brązer Kobo jest o wiele bardziej zbity i twardy, przez co o wiele trudniej nabrać go na pędzel i następnie rozprowadzić na twarzy, a do tego już kilkunastokrotnie zdarzyło się, że zamiast ładnego, rozblendowanego "załamania cienia", utworzył mi plamę i narobił przez to dodatkowej roboty, choć z drugiej strony patrząc na jego cenę, jest ona bezdyskusyjna, gdyż za brązer Kobo płacimy 20 zł, co w porównaniu z #Instamarc jest kwotą niemal 10-krotnie niższą.



Dajcie mi proszę znać czy miałyście okazję używać #Instamarc i jeśli tak, to czy tak samo mocno zaskarbił sobie Waszą uwagę jak moją. Na dzień dzisiejszy nie wyobrażam sobie lepszego, bardziej doskonałego pudru w tej kategorii, choć czasem mimo wszystko staram się używać również brązera Kobo. Jednak kiedy chcę wyglądać na prawdę ładnie, zawsze stawiam na #Instamarc, który od momentu zakupu jest dla mnie bezkonkurencyjny! Jak zawsze czekam na Wasze komentarze, nie zapomnijcie napisać też jak Wam się podoba nowy wygląd bloga ;). Buziaki :*.

środa, 27 stycznia 2016

Zawiedzione nadzieje - pomadka MAC Cream Cup

Witajcie! Są kolory, o których mówi się, że pasują każdemu. Jednym z nich jest np. popularna Airy Fairy marki Rimmel. Brudnoróżowa, z brzoskwiniowymi podtonami wygląda na mnie wprost fenomenalnie i mimo, że nie jest pozbawiona kilku wad, o czym pisałam w TYM poście, dzięki swojemu wyjątkowemu, niepowtarzalnemu odcieniowi, jest zdecydowanie jedną z moich ukochanych pomadek ever.

Ostatnio jednak naszła mnie ochota na wypróbowanie jednej ze szminkowych propozycji od MAC Cosmetics. Tyle naczytałam się w Internecie opinii, że wybór kolorów jest ogromny (to fakt), wykończenia piękne (też prawda), że podczas poświątecznych wyprzedaży, korzystając z 30% promocji w Douglasie, wrzuciłam do swojego koszyczka odcień Cream Cup, który przez wiele blogerek zarówno polskich, jak i anglojęzycznych, był opisywany jako uniwersalny, pasujący do osób zarówno o zimnym, jak i ciepłym typie urody. Swatchując ją na ręce w drogerii i mając na uwadze sztuczne światło, faktycznie wydawała się być ładnym, różowym nudziakiem, dlatego mając chrapkę na coś subtelnego, dzielnie podreptałam do kasy płacąc za nią coś w okolicach 60 zł.

Opakowanie pomadki jest ładne, dość fikuśne i bardzo w moim guście :D. Szminka wygląda po prostu jak... nabój i to o dużym kalibrze. Myślę, że jest to najtrafniejsze dla niej określenie. Opakowanie zostało wykonane z porządnego, w miarę ciężkiego plastiku, pewnie leżącego w dłoni, które jest zamykane na klik. Pod względem wizualnym nie ma się do czego przyczepić.





I teraz czas na kolor. Rano, nie mogąc już  wytrzymać, jeszcze zanim upiłam pierwszy łyk porannej kawy, sięgnęłam po maczka, żeby sprawdzić odcień w świetle dziennym. Bo przecież miał być taki piękny, miał podkreślać urodę, pasować niemal każdemu, no właśnie... miał. W opakowaniu rzeczywiście wyglądał ślicznie, ale kiedy nałożyłam na usta... :(.



Porażka to może trochę za mocne słowo, ale okazało się, że kolor jest po prostu dla mnie za zimny i nie wygląda zbyt dobrze, gdyż chwilami wydaje się, że ma lekko niebieski poblask (?), a do tego mimo że mam jasne zęby, bez przebarwień, uwidacznia ich żółtawy odcień, który przy innych pomadkach jest niemal niezauważalny. Wkurzyłam się nieziemsko. Uznałam jednak, że trudno, moja wina i za głupotę trzeba płacić, bo posłuchałam innych, zamiast swojego rozumu. Jednak na drugi dzień postanowiłam dać jej jeszcze jedną szansę (szkoda mi było wydanej kasy, sic!) i postanowiłam wykonać chłodniejszy makijaż, używając na oczach rozbielonej szarości i subtelnego fioletu oraz jasnoróżowego różu na policzkach. Nałożyłam szminkę i... efekt był już o wiele lepszy, niż dnia poprzedniego. Jaki  tego wniosek? Aby nie wyglądać w niej źle, trzeba mieć albo dany przez naturę chłodny typ urody i wtedy jakby z góry problem nie istnieje, albo mając ciepły tak jak ja, używać zimniejszych barw w makijażu, niż zazwyczaj.



Mimo to i tak najczęściej używam jej nakładając np. na konturówki z Essence (będzie o nich osobny post), a konkretnie odcienie Cute Pink oraz Honey Berry i wtedy efekt jest CUDOWNY, ponieważ Cream Cup łagodzi kolor bazowy i nadaje kremowość, gdyż jest w wykończeniu creamsheen.

Czy jestem zadowolona, że ją kupiłam? I tak i nie. Solo używam jej raczej rzadko, ale to jaki rezultat daje w połączeniu z innymi pomadkami poza wspomnianymi Essence, (np. kredkami Golden Rose nr. 13, 10, czy Rimmel np. Vintage Pink) jest genialny! Jednak twierdzę, że z pewnością nie jest warta 60 zł, gdyż akurat za ten odcień, w tym konkretnym wykończeniu, byłabym w stanie zapłacić max. w okolicach 30 zł. Solo trzyma się na ustach ok 2h bez jedzenia i picia, czyli standardowo na tak mocno kremową, wręcz masełkową konsystencję. Nie podkreśla mankamentów ust, równo się "zjada", nie warzy, nie zbiera w załamaniach, a dodatkowo nawilża, więc pod względem właściwości jest ok.

Ten wpis to taka moja przestroga, by nie ufać ślepo opiniom w Internecie. To, że ktoś twierdzi, że dany kolor kolor na pewno będzie pasował i będzie w porządku, jest jego subiektywną opinią, którą dwa razy trzeba rozważyć decydując się na kupno, wydając przy tym sporo pieniędzy. Czy zniechęciło mnie to do dalszego poznawania pomadek MAC? Nie, ale raczej już nie sięgnę po wykończenie creamsheen (chyba jest nie dla mnie), ale może spróbuję tym razem matowej propozycji - zobaczymy :).

A Wy co myślicie o Cream Cup, przemawia do Was ten kolor, czy raczej nie? Napiszcie mi koniecznie Wasze opinie w komentarzach, buziaki :*
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...