Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Róże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Róże. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 grudnia 2015

Catrice Defining Blush - 090 Mandy-rine i 020 Rose Royce

Cześć Dziewczyny! Ostatnio mam trochę kłopotów ze zdrowiem, dlatego też nie przygotowałam żadnych postów do przodu i nadaję do Was w czasie obecnym. Tak sobie pomyślałam, że po tym jak niedawno porównywałam dla Was róże marki Sleek, teraz przedstawię inne, choć myślę, że równie popularne, a przede wszystkim tanie i dobre jakościowo róże marki Catrice.

Z różami tymi spotkałam się podczas promocji w Naturze już kilka miesięcy temu. W praktyce okazały się być na prawdę przyjemnymi produktami, dlatego uznałam, że warto o nich wspomnieć i bliżej Wam je przedstawić.

Oba egzemplarze, które posiadam mieszczą się w plastikowym, bardzo schludnym, choć niestety podatnym na zarysowania opakowaniu, zamykanym na klik. Szata graficzna jest prosta, przejrzysta, nie mam jej nic do zarzucenia. Minimalizm przede wszystkim!




Kolory na jakie się zdecydowałam to Mandy-rine, czyli delikatny pomarańcz i Rose Royce, czyli lekko przydymiony, brudny róż.

Mandy-rine w moim odczuciu jest mocno zbliżony kolorystycznie do mojego ulubieńca Sleek Life's A Peach i równie podobnie wychodzi na licu. Pomimo, że pigmentacja jest dobra, nie musimy się obawiać, że nałożymy go za dużo. Oczywiście intensywność koloru jak najbardziej można budować, ale żeby wyglądać jak matrioszka, trzeba by go nałożyć na prawdę solidną ręką. Pomimo dość intensywnego odcienia w opakowaniu, na twarzy wychodzi bardzo naturalnie, dlatego też będzie pasował nie tylko brunetkom i szatynkom, ale także rudowłosym dziewczynom i blondynkom o ciepłym kolorycie cery.




Rose Royce jest już jednak bardziej podstępny, niż powyższy kolega. W opakowaniu wydaje się być spokojniejszy, natomiast podczas aplikacji trzeba na niego uważać, ponieważ zbyt mocne przyłożenie pędzla może skutkować nabraniem zbyt dużej ilości produktu i jeśli nie strzepniemy nadmiaru, tylko przeniesiemy do od razu na twarz, to plamy na policzkach a'la klaun, będziemy mieć niemal gwarantowane, także o tym trzeba pamiętać przede wszystkim.




Jeśli chodzi o właściwości, to oba róże poza kolorem i intensywnością, nie różnią się praktycznie wcale. Choć w opakowaniu wyglądają na całkowite maty, na twarzy, jak też i po naniesieniu na palec, wyraźnie widać, że są delikatnie satynowe, pomimo, że nie sposób dostrzec w nich jakichkolwiek drobinek.



Rozcierają się fantastycznie, nie tworzą plam (chyba, że nałożymy je w zdecydowanie zbyt dużej ilości) i pięknie trwają na twarzy w niezmienionym stanie ok. 3/4 dnia, aczkolwiek pod wieczór zauważyłam, że tracą nieco na intensywności, choć wtedy zawsze możemy je dołożyć.

Niestety oba róże nie pachną ładnie. Zamiast tego posiadają dość specyficzny, chemiczny, pudrowy smrodek, aczkolwiek wyczuwalny tylko po przytknięciu nosa do opakowania, co wiem, że mimo wszystko dla kosmetycznych estetek może okazać się minusem. Jednak myślę, że za cenę 15 zł za sztukę nie ma co wybrzydzać, bo to przecież nie Chanel (o różu Chanel pisałam TU).

Generalnie z obu kosmetyków jestem zadowolona i sięgam po nie dość często (choć ostatnio trochę rzadziej, ponieważ na okrągło używam sleekowych paletek - Lace i Pink Lemonade, o których wspominałam TU). Myślę jednak, że jak na tak niską cenę, jakość jest na bardzo przyzwoitym poziomie, dlatego też śmiało mogę Wam je polecić :).

Przyjemnego weekendu Kochane! Też już czujecie zbliżające się wielkimi krokami Święta? :D

czwartek, 5 listopada 2015

Porównanie potrójnych paletek róży Sleek - Lace i Pink Lemonade

Witajcie! Dla wielu osób, róż na policzkach jest oznaką zdrowia, subtelnym podkreśleniem atutów urody oraz przysłowiową kropką nad "i" w makijażu. Ja również uwielbiam muśnięte kolorem policzki, jak też bez wątpienia należę do grona różoholiczek, w związku z czym koniecznie chciałam się z Wami podzielić swoimi spostrzeżeniami na temat - moim zdaniem - jednych z najlepszych, dostępnych na rynku, potrójnych paletek róży Sleek, które otrzymałam w ramach współpracy ze sklepem Kosmetykomania.pl.

Oba produkty przywędrowały do mnie w kartonowym opakowaniu, w którym w matowej kasetce z połyskującą nazwą marki, znalazły się moje róże. Trzeba przyznać, że obie kasetki są na tyle niewielkich rozmiarów, że śmiało możemy zabierać je w podróż, choć w tym wypadku zalecałabym zadbać o ich odpowiednie zabezpieczenie, bo pomimo, że opakowanie wygląda na dość solidne, nie daję głowy, że bez dodatkowego wzmocnienia róże przetrwają dłuższą i bardziej skomplikowaną podróż.




W środku każdej z palet znajdziemy 3 róże o różnym wykończeniu. Ja zdecydowałam się na wersje kolorystyczne Lace i Pink Lemonade, które trafiają w absolutne sedno tego, jakie zazwyczaj kolory lubię nosić na swoim licu. Obie prezentują się fenomenalnie, choć jedna nadaje się bardziej do ciepłego, natomiast druga, do nieco chłodniejszego typu urody. Zdjęcia po kliknięciu, ulegają powiększeniu.





Paletka Lace jest w moim odczuciu kierowana bardziej do brunetek. Róże charakteryzują się mocną pigmentacją, a kolory można nadbudowywać, uzyskując efekt od delikatnego po naprawdę wyrazisty, podobnie jak w przypadku Pink Lemonade.



CROCHET- całkowicie matowy, zdrowo pomarańczowy odcień, bardzo zbliżony do mojego ulubieńca, czyli Life's A Peach, którego już praktycznie zdenkowałam do końca. Nałożony lekką ręką potrafi wyglądać przepięknie! Najbardziej nadaje się do cery lekko opalonej, nieco ciemniejszej, niż blada.

GUIPURE - niemal jednojajowy bliźniak różu Rose Gold, o którym pisałam TUTAJ i który podobnie jak Rose Gold przyrównałabym do NARSowego Orgasmu. Opalizuje na róż (będący podstawową "bazą"), brzoskwinię i złoto, zawierając przy tym złote, nienachalne drobinki (nie brokat!), cudownie rozświetlające policzki. Uwielbiam go, choć nie chciał współpracować na moich swatchach, ale spójrzcie tylko na zdjęcie poniżej, gdzie przyrównałam go do Rose Gold, są niemal identyko!

CHANTILLY - ponownie matowy róż, ceglasty, nasycony, będący przemieszaniem pomarańczu i czerwieni, którym obchodząc się mało ostrożnie, banalnie łatwo wyrządzić sobie krzywdę, uzyskując efekt klauna. Należy nakładać go na prawdę bardzo, ale to bardzo delikatnie, a wtedy on odwdzięczy się nam mega naturalnie wyglądającym rumieńcem, jakbyście przed momentem wróciły z mrozu do domu :).



(zdjęcie zapożyczone ze strony kosmetykomania.pl)



Druga z paletek, czyli "różowa lemioniada" jest już nieco chłodniejsza i widziałabym ją przede wszystkim na blondynkach o łagodnej, eterycznej urodzie, choć mnie jako brunetce, również myślę, że pasuje, aczkolwiek nieco mniej, niż Lace. Pigmentacja również jest powalająca i trzeba uważać przy nakładaniu, zwłaszcza w przypadku środkowego odcienia, którego konsystencja różni się od pozostałych.



ICING SUGAR - jasny "barbie pink", o bardzo suchej, mocno pudrowej formule, zawierający dużą ilość drobinek, które niestety są jednak mocno widoczne na skórze. Określiłabym je jako drobny brokat, przez co jest najrzadziej używanym przeze mnie różem, spośród wszystkich odcieni prezentowanych w tej notce. Dobra wiadomość jest jednak taka, że im dłużej machamy nim po policzkach, tym drobinki stają się mniej widoczne na skórze, gubiąc się gdzieś po drodze :).

MACAROON - piękny, intensywny odcień różu, mający mocno kremową konsystencję, przez co należy nakładać go w minimalnej ilości, aby uzyskać i tak widoczny rezultat. Przepięknie rozciera się na skórze, nie tworzy plam, ani nie daje "brudnego" wyglądu. Bardzo lubię go używać, zwłaszcza przy delikatniejszym makijażu, dla zrównoważenia całości.

PINK MINT - odcień zagadka. To taki brudny róż z odrobiną brązu, czerwieni, sama nie wiem jak go do końca określić. Dzięki drobinkom dającym efekt satyny, ładnie odbija światło i ciekawie prezentuje się na skórze.




Ogólnie jestem z jakości obu paletek bardzo zadowolona i to właśnie ich obecnie najczęściej używam w swoim makijażu. Duży wybór kolorów, wykończeń i do tego przystępna cena (49.90 zł za pojedynczy trójpak) sprawiają, że w moim odczuciu warto się w nie zaopatrzyć, jeśli chcecie poszerzyć Waszą "różaną" kolekcję. Każdy z odcieni utrzymuje się na mojej cerze nienagannie, o ile podczas dnia nie dotykam policzków dłońmi, bo w innym wypadku lekko się ścierają (bardzo równomiernie), choć nadal pozostają widoczne do końca dnia.



Dajcie mi znać w komentarzach co Wy myślicie o propozycjach Sleeka i czy róże tej marki trafiają w Wasze gusta, a jeśli nie, to jakich innych Waszych ulubieńców mogłybyście mi polecić :).

Miłego wieczoru :*.

czwartek, 3 września 2015

Nałóż róż i już - Sleek Rose Gold

Hello! Już jakiś czas temu pytałam Was na swoim facebooku, czy orientujecie się, gdzie można zakupić róż NARS w odcieniu Orgasm, w jakiejś ludzkiej cenie, gdyż wiadomo nie od dziś, że przebitka cenowa u niektórych sprzedawców w Polsce bywa nieraz zatrważająca. Odpowiedzi się co prawda doczekałam, ale po dobitnym przemyśleniu sprawy, ostatecznie postanowiłam wstrzymać się z zakupem, gdyż w tzw. międzyczasie trafił do mnie za pośrednictwem Kosmetykomanii róż marki Sleek, o wdzięcznej nazwie Rose Gold, który podobno jest wiernym odpowiednikiem Orgasmu. Porównania co prawda nie będzie, gdyż oryginału nie posiadam, ale z chęcią przybliżę Wam swoje spostrzeżenia na temat sleekowej propozycji, natomiast jeśli i tak jesteście zainteresowani porównaniem, odsyłam Was na kanał Ewy, czyli Red Lipstick Monster - TUTAJ.

Opakowanie mojego różu jest malutkie, plastikowe, ale jednocześnie eleganckie, choć niestety mocno podatne na zarysowania :( W środku znajduje się 8g produktu oraz lusterko, z którego niestety nie korzystam.




Sam kolor różu jest unikatowy, jak na tego typu kosmetyk. To idealnie wyważona mieszanka brzoskwini, różu, koralu i złota w równych proporcjach. Coś przepięknego! Kiedy tylko zobaczyłam swatche w Internecie wiedziałam, że zachwyci i nie ukrywam, że tak też się stało.



Pigmentacja kosmetyku jest bardzo mocna, zatem nakładając go zbyt dużo, bez trudu można sobie zrobić plamy na policzkach, dlatego też podczas aplikacji zalecałabym umiar. Zawsze lepiej jest dołożyć, niż później martwić się nadmiarem. Konsystencję określiłabym jako lekko mokrą. Na pewno nie jest to róż całkowicie suchy, gdyż nawet dotykając go palcem czuć, że jest podatny na potencjalne wgniecenie.

To, co niezwykle mi się w nim podoba, to fakt, że Rose Gold niesamowicie odbija światło, mieniąc się na wspomniane wyżej odcienie, w zależności od kąta padania. Jest albo bardziej różowy z domieszką złota, albo brzoskwiniowo - koralowy. I nie ma przy tym mowy o jakichkolwiek drobinkach! Cudo! Używając go, nie potrzebujemy nakładać dodatkowo rozświetlacza, gdyż sam róż załatwia nam tutaj sprawę. Za to go uwielbiam!



Wracając jeszcze do odcienia chciałabym wspomnieć, że jest on na tyle uniwersalny, że ładnie będzie wyglądał na większości typów urody, choć osobiście najbardziej polecałabym go do karnacji w ciepłej tonacji. Jeśli chodzi o trwałość na policzkach, jest ona bardzo dobra. U mnie wytrzymuje bez poprawek cały dzień, a niestety mam tendencje do podpierania się dłońmi, zatem tym bardziej wynik można uznać za zadowalający. Cena również jest przystępna, ponieważ aktualnie dostaniecie go na stronie Kosmetykomanii w cenie 22.99 zł, co jak na oferowaną jakość, jest ceną bardzo atrakcyjną.

(zdjęcie robione po ok 9h od nałożenia, nie zwracajcie uwagi na osypany cień pod oczami i śladowe ilości podkładu na mojej twarzy ;))


To co jeszcze mogę dodać na temat różu to to, że przepięknie pachnie różami :D. Nie jest to w żaden sposób babciny zapach, a po prostu ładny, mało chemiczny aromat ciętych róż, który bardzo odpowiada mojemu nosowi i szkoda, że jest wyczuwalny tylko w opakowaniu :(.

Mając na uwadze te wszystkie zalety, nie pozostaje mi nic innego, jak tylko Wam go polecić. Niedługo też wspomnę o nim ponownie, przy okazji porównania dwóch palet potrójnych róży Sleeka, czyli Pink Lemonade i Lace, gdzie okaże się, czy trójpaki są równie dobre, jak pojedyncze róże :).

Miłego dnia Robaczki! :*

czwartek, 28 maja 2015

Nowości od Kosmetykomanii

Witajcie! Już jakiś czas temu otrzymałam propozycję zostania jedną z ambasadorek sklepu internetowego Kosmetykomania.pl. Przeglądając cały asortyment, trudno nie westchnąć z wrażenia, ponieważ wybór nie tylko samej kolorówki, ale i akcesoriów jest ogromny, dzięki czemu znajdziemy tam praktycznie niemal wszystkie najgorętsze nowości oraz bestsellery najbardziej znanych i lubianych marek.

Domyślacie się więc zapewne, jaka była moja reakcja, gdy okazało się, że paczka z wybranymi przeze mnie rzeczami już czeka na odbiór ;). W te pędy udałam się w wyznaczone miejsce, gdzie po otwarciu przesyłki, w jedną chwilę moje oczy przybrały rozmiar spodków, a uczucie dziecka zamkniętego w sklepie z zabawkami, znów stało się bliskie.

W środku znalazłam te oto wspaniałości:



Zwróćcie uwagę, jak wszystko zostało ładnie zapakowane i przyozdobione uroczymi wstążkami. Do tego pyszne krówki mmm... co, jak co, ale trzeba przyznać, że sklep Kosmetykomania.pl wyjątkowo dopieszcza klienta.

W paczce znalazły się:
- 3 czekoladowe palety cieni Make Up Revolution (I Heart Chocolate, Death By Chocolate, Naked Chocolate)
- 2 paletki róży Sleek (Lace, Pink Lemonade)
- pojedynczy róż również od Sleek (Rose Gold)
- zestaw pędzli do makijażu oczu Real Techniques (Starter Set)
- 2 opakowania rzęs Ardel Demi Wispies (pełne i połówki)
- oraz jajeczko do czyszczenia pędzli, które od niedawna jest od niedawna absolutnym hitem na blogspocie, czyli Brushegg.



Niedługo z pewnością pojawią się nie tylko recenzje powyższych kosmetyków, wraz z akcesoriami, ale także wiele makijaży na różne okazje, dlatego zapraszam do śledzenia mojego bloga zarówno tu, na blogspocie, jak i na Facebooku, aby niczego nie przegapić i być wciąż na bieżąco ;).

Oczywiście serdecznie zapraszam Was również na stronę sklepu Kosmetykomania.pl, któremu ze swojej strony bardzo dziękuję za przepiękną przesyłkę :).

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Rossmann -49% na kosmetyki kolorowe / na które produkty warto zwrócić szczególną uwagę

Witajcie! Promocje na kosmetyki kolorowe ruszyły pełną parą. W tak gorącym okresie nietrudno jest wejść do drogerii i... wyjść albo z pustymi rękoma, albo kosmetykami kupionymi pod wpływem impulsu, z których koniec końców możemy nie być zadowoleni. Na czas tak dużych obniżek warto solidnie się przygotować przeglądając uprzednio swoje zapasy oraz tworząc listę rzeczy, które musimy kupić, bo np. akurat się kończą lub też są wynikiem naszych "chciejstw" i po prostu chcemy je mieć ot tak :).

Dzisiaj pokażę Wam moją listę kosmetyków, którym warto się przyjrzeć przemierzając rossmannowskie szlaki, ponieważ aktualnie ta promocja wzbudza największe zainteresowanie.


DO TWARZY



1. RIMMEL MATCH PERFECTION - podkład średnio kryjący w bogatej kolorystyce, pośród której większość osób powinna znaleźć odpowiedni dla siebie odcień. Jest bardzo wydajny, o przyjemnym zapachu, długo się utrzymuje i ładnie wygląda na twarzy nadając jej efekt lekkiego "glow". Wykończenie ma mokre, więc powinien dobrze wyglądać na cerze mającej tendencje do lekkich przesuszeń.

2. BOURJOIS HEALTHY MIX - podkład legenda, który albo się kocha, albo nienawidzi. Przepiękny, owocowy zapach jak żaden potrafi przyciągać jak magnez! Fajnie powinien sprawdzić się na cerze suchej/normalnej, a nawet po przypudrowaniu - mieszanej. Podobnie jak poprzednik delikatnie rozświetla, nawilża i pięknie wyrównuje koloryt cery.

3. BOURJOIS BLUSH ROSE D'OR - co prawda polecam wszystkie róże Bourjois, bo są przepiękne, jednak ten odcień jak dla mnie jest wyjątkowy. Mianowicie jest to różowy róż ze złotymi drobinkami, którym zachwycałam się w niedawnej recenzji do której Was odsyłam >>>KLIK<<<.

4. REVLON COLORSTAY - jego chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Mocno kryjący podkład, dość ciężki, kierowany przede wszystkim do osób mających cerę z niedoskonałościami. Tutaj kolorystyka również jest bardzo szeroka, więc bez problemu znajdziecie coś dla siebie. O odcieniach po zmianie składu wspominałam TUTAJ.

5. LOVELY MAKE-UP BRILLIANCE - był moim pierwszym podkładem w życiu (miałam jakieś 14 lat kiedy go kupiłam jeszcze za mamine pieniądze) i wciąż jest w sprzedaży! Pamiętam, że jako nastolatka go kochałam, i dosłownie parę dni temu postanowiłam do niego wrócić, chcąc się przekonać, czy nadal jest taki fajny, jak kiedyś :). Będzie o tym osobny post, na który już z góry zapraszam. Niestety wybór odcieni mamy bardzo mocno ograniczony (jest ich dokładnie 4), więc ciężko będzie dopasować najbardziej odpowiedni, ale póki mamy promocję można zaryzykować, bo w chwili obecnie panującego rabatu, dorwałam go za niecałe 5 zł!!! Jest to podkład mocno rozświetlający.

6. BOURJOIS HEALTHY MIX CONCEALER - bardzo fajny, średniokryjący korektor, do stosowania zarówno pod oczy, jak i na niedoskonałości skóry. To już moje 3 opakowanie. Zapach tak, jak w przypadku podkładu - obłędny, owocowy i soczysty! Pisałam o nim szerzej TUTAJ.


DO OCZU



1. WIBO EYELINER - mój ukochany, pierwszy w  życiu eyeliner, którego używałam jeszcze jako nastolatka i któremu jestem niezmiennie wierna do nadal. Kosztuje grosze, w promocji wyjdzie niecałe 4 zł, więc jest to śmieszna kwota, jak za tak dobry jakościowo produkt! Czerń jest na prawdę czarna, nie rozmazuje się w ciągu dnia, nie kruszy, nie blaknie - ideał!!!

2. MAYBELLINE COLOR TATTOO - cienie, które podbiły blogosferę, na moich tłustych powiekach trzymają się przez większą część dnia, co w przypadku standardowych cieni, jest mission impossible. Nałożone na bazę (zwłaszcza Urban Decay) są nie do ruszenia, aż do zmycia. Ich recenzja pojawiła się TUTAJ.

3. L'OREAL VOLUME MILLION LASHES SO COUTURE - mascara, której już co prawda nie posiadam, ale planuję ponownie zakupić. Zdecydowanie numer 1 pośród wszystkich tuszy ze stajni L'Oreal. Jej recenzja jest TUTAJ.


DO UST
(tutaj już polecę Wam konkretne odcienie)



1. RIMMEL APOCALIPS SOLSTICE - błyszczący (ale bez drobinek) lakier do ust, w odcieniu brudnego różu. Trzyma się na ustach w miarę przyzwoicie, nie wżerając się w nie i schodząc bardzo równomiernie. Pięknie podkreśli naturalną, ciemniejszą barwę ust. Szerzej pisałam o nim TUTAJ.

2. RIMMEL LASTING FINISH AIRY FAIRY - moja ukochana pod względem koloru pomadka, nie pozbawiona oczywiście wad, ale to, że prawie całkiem ją zdenkowałam świadczy tylko o tym, jak bardzo się polubiłyśmy :). Recenzja pojawiła się TUTAJ.

3. RIMMEL MOISTURE RENEW VINTAGE PINK - jak sama nazwa wskazuje, jest to nawilżająca pomadka w kolorze dość ciemnego, nieco oldskulowego różu wpadająca nieco w jagodowe tony. Bardzo ją lubię, ale dodaje lat i wygląda poważnie, więc z pewnością nie będzie pasować wszystkim, mimo to kocham ją bardzo i polecam serdecznie :D. Recka wkrótce! :)


Dotarliśmy do finishu (to jest mój 500 post od momentu rozpoczęcia prowadzenia bloga, jeeeeeej!!! :D). Dajcie mi koniecznie znać na co Wy się skusiłyście, co jest Waszym must have i jakie zakupy planujecie jeszcze poczynić. Buziaki i pięknej pogody dla wszystkich, bo od paru dni słoneczko na Śląsku rozpieszcza! :)

czwartek, 26 marca 2015

Nałóż róż, ale już! Bourjois - Rose D'or

Cześć! Różomaniaczką jestem od kilku dobrych lat i przez ten czas miałam już okazję wypróbować róże w chyba wszystkich możliwych formach, czyli kamieniu, postaci sypkiej, kremie, żelu itp. Pomimo, że róże Bourjois są bardzo lubiane i doceniane przez blogosferę oraz ogólnie konsumentów, do tej pory skutecznie im się opierałam, sama do końca nie wiedząc czemu. Jednak ostatnimi czasy, kiedy to napaliłam się na róż NARSa w odcieniu Orgasm, który niestety nie jest dostępny w PL, a następnie odkryłam na kanale Ewy (RedLipstickMonster), że burżujski Rose D'or jest całkiem ciekawym zamiennikiem Orgasmu, bez wahania uległam i postanowiłam go zakupić tym bardziej, że trafiłam na niego w promocji za 37.90 zł. Ciekawi jesteście jak się u mnie sprawdził? :)

Opakowanie to maleńkie pudełeczko z mini lusterkiem i równie małym pędzelkiem (który jest do niczego, ale od biedy podczas podróży się przyda), zamykane na magnes. Trzeba przyznać, że całość wygląda iście uroczo, choć zauważyłam, że napisy po kilku tygodniach trzymania w mojej kosmetycznej szufladzie zaczynają się delikatnie ścierać, co mnie trochę niepokoi, bo myślę, że za cenę ok. 50 zł bez promocji, tego typu sytuacja nie powinna mieć miejsca, zwłaszcza, że opakowanie nie jest narażone na jakiekolwiek większe otarcia. Hmm...




Dalej jest już jednak tylko lepiej :). Początkowo obawiałam się, że róż ten będzie dla mnie zbyt landrynkowy i kompletnie niepasujący do mojej karnacji, która zdecydowanie lubi się z odcieniami typowo brzoskwiniowymi, niemniej obecność złotych, drobniusieńkich i prawie niewidocznych, rozświetlających drobinek, całkowicie mnie do niego przekonała, bo lubię takie wykończenia w różach. Mając na myśli drobinki, nie mylcie ich broń Boże z tandetnym brokatem, którego tutaj nie uświadczycie. Jest to w zasadzie złoty pyłek, widoczny głównie pod konkretnym kątem padania światła. Pomimo, że ogromnie starałam się uchwycić je na zdjęciu, zarówno w świetle sztucznym, jak i dziennym, nie udało mi się to, bo aparat za nic w świecie nie chciał ich wychwycić, dlatego musicie mi wierzyć na słowo, że one tam na prawdę są! :) I do tego dają boski efekt na licu!



No i drobinki się zakamuflowały... :(



Róż perfekcyjnie nabiera się na pędzel, dając możliwość stopniowania efektu, jaki chcemy uzyskać na policzku. Wspomniane drobinki zapewniają bardzo elegancki efekt rozświetlenia, dlatego twarz nie wymaga już dodatkowego wspomagania rozświetlaczem. Kosmetyk ten nie pyli nadmiernie, nie tworzy plam i przepięknie się blenduje, nawet z trudniejszymi we współpracy podkładami. Rumieniec jest nieprzesadzony, dziewczęcy i chyba nie ma osoby, której by ten odcień nie odpowiadał. W moim odczuciu będzie doskonały zarówno dla eterycznych blondynek, jak i ognistych brunetek.



Tutaj swatch na dłoni (drobinki postanowiły ociupinkę wyjść na światło dzienne, ale to jeszcze nie to, co na żywo):



Generalnie żałuję, że tak długo opierałam się różom tej marki i teraz już jestem niemalże pewna, że gdy tylko nadarzy się okazja, będę chciała wypróbować również inne odcienie, które w międzyczasie zaczęły mnie kusić. Nie wspomniałam jeszcze o zapachu. Jest on dość intensywny, jak na tego rodzaju kosmetyk, pudrowy i  nieco retro, przez co średnio przypadł do gustu, ale wiem że ma wiele swoich zwolenniczek.

Podsumowując, jestem nim bardzo pozytywnie zaskoczona, dlatego zachęcam Was do przyjrzenia się poszczególnym odcieniom, ponieważ są na tyle zróżnicowane, że myślę, iż każdy bez problemu znajdzie ten najbardziej odpowiedni dla siebie.

Ja tymczasem wracam do pakowania, gdyż jutro z rana wyjeżdżam z koleżankami na trip do Warszawy i wracam dopiero w sobotę wieczorem, zatem kolejna notka pojawi się zapewne w okolicach poniedziałku. Wybieramy się m.in. na spektakl "Koncert Życzeń" w Teatrze Rozmaitości, który już miałam okazję oglądać będąc w Krakowie, ale mam nadzieję, że czas na małe zakupy także się znajdzie, a jeśli nie, to nadrobię to za 2 tygodnie, kiedy znów nawiedzę stolicę ;). 3majcie się i do następnej notki :*.

środa, 25 lutego 2015

Moje kosmetyczne hity!

Cześć! To, że jestem wielbicielką wszelkiego rodzaju kolorówki wiadomo nie od dziś. Kosmetyki do pielęgnacji nigdy specjalnie mnie nie fascynowały, choć oczywiście zdaję sobie sprawę, jak wielki wpływ mają na nasz finalny wygląd. W końcu nawet najlepszy i najdroższy podkład nie będzie ładnie wyglądał na zaniedbanej cerze. Mimo wszystko, to właśnie produkty do makijażu zdecydowanie zdominowały mój kosmetyczny świat, szafki w moim pokoju oraz oczywiście tego bloga, dlatego też w dzisiejszej notce to właśnie na nich postanowiłam się w głównej mierze skupić i przedstawić Wam swoich ulubieńców.

Poznajcie zatem złotą dziesiątkę (kolejność całkowicie przypadkowa):



1) Szampon BabyDream ułatwiający rozczesywanie włosów z ekstraktem z kiełków pszenicy.



Miała być sama kolorówka, ale jak widać zdarzył się wyjątek ;). Szampon ten jest nowszą wersją standardowego BabyDream, dostępnego w Rossmannie. Rzeczywiście, zgodnie z obietnicami producenta świetnie radzi sobie zarówno z rozczesywaniem włosów, ale też genialnie zmiękcza włosie pędzli, jeśli akurat zamierzamy używać go do ich mycia. Do tego nie szczypie w oczy i bez problemu nada się dla także dla delikatnych włosków dzieci, którym w założeniu jest dedykowany. Na razie mój niekwestionowany hit z racji swojej wielofunkcyjności.

2) Rozświetlacz Mary Lou Manizer (pisałam o nim: TU i TU)



Już dwa razy zachwycałam się nim na blogu, pozachwycam i trzeci ;). Jest to zdecydowanie najlepszy rozświetlacz z jakim w życiu miałam do czynienia, tworzący piękną, jednolitą taflę błysku, bez paskudnych drobin brokatu. Polecam go każdemu, bez względu na rodzaj cery i jej koloryt, gdyż nie spotkałam dotychczas osoby której by on nie pasował. Jeśli jednak jakimś cudem dana osoba źle czułaby się z nim w roli rozświetlacza, bez problemu może posłużyć także jako cień do powiek. Ideał i ulubieniec w jednym!

3) Podkład Lancome Miracle Air de Teint




Moje niedawne odkrycie, zgodnie z obietnicami producenta - 25 razy lżejszy od standardowego podkładu. Ma bardzo leistą konsystencję, jest w zasadzie jak woda, a przy tym zaskakuje w miarę niezłym kryciem od lekkiego w stronę średniego. Zachwycił mnie przede wszystkim tym, jak wygląda na mojej twarzy (a wygląda przepięknie!), trwałością i meeega wydajnością. Czas na osobną recenzję przyjdzie niebawem, ale na razie mogę powiedzieć tyle, że póki co jestem nim zafascynowana i coś czuję, że nie prędko ta fascynacja minie.

4) Farbka do brwi Make Up For Ever Aqua Brow (pisałam o niej TU i TU)



Kosmetyk, którego początkowo w ogóle nie byłam pewna z uwagi na obawy dotyczące wysychania. Jak wiecie, miałam kilka sporej wielkości odlewek, które w próbnikach wytrzymywały ok 2 tygodni, po czym zasychały na wiór, przez co obawiałam się, że w oryginalnym opakowaniu sytuacja może mieć się podobnie, ale na szczęście były to tylko płonne obawy. Po zużyciu kilku próbek, tak mocno przyzwyczaiłam się do używania tej farbki, że kupiłam w końcu pełnowymiarówkę i dziś nie wyobrażam sobie jej nie mieć. Cudownie podkreśla brwi i możemy dzięki niej uzyskać efekt zarówno delikatny, dzienny, jak i zdecydowanie bardziej wyrazisty. W swojej dziedzinie nie ma równych, a to że posiada parę wad, jestem w stanie jej wybaczyć ;).

5) Róż Sleek Blush Life's A Peach (pisałam o nim TU)



Mocno wyeksploatowany i pomału dobijający końca, mój ukochany od pierwszego użycia róż, o którym wyśpiewałam już tyle pieśni pochwalnych (głównie na Waszych blogach), że wystarczy. Nie wiem dlaczego nie doczekał się osobnej recenzji, ale koniecznie muszę to nadrobić, póki jeszcze jestem w stanie go używać. Bez wątpienia zakupię kolejną sztukę, gdyż efekt, jaki daje na moim licu jest nie do podrobienia. Na ogromny plus kolor, trwałość i genialna z nim współpraca bez zacieków i plam. Jest po prostu cudowny!!!

6) Bronzer W7 Honolulu (pisałam o nim TU)



Początkowo nie byłam do niego przekonana, co możecie przeczytać w recenzji na jego temat, jednak po półtora roku od pierwszego użycia stwierdzam, że tak - nauczyłam się z nim współpracować i teraz uważam, że jest to na prawdę dobry produkt za niewielkie pieniądze. Nauczyłam się go rozcierać, tworząc ładny, zadowalający efekt na policzku, choć nadal uważam, że gdyby był nieco jaśniejszy i trochę łatwiejszy w obsłudze, z pewnością zyskałby jeszcze większą liczbę zwolenników. Z pewnością do ideału mu sporo brakuje, ale generalnie jest fajny i spokojnie mogę go polecić bardziej wprawnym rękom :).

7) Baza pod makijaż Max Factor Face Finity (pisałam o niej TU)



Ukochana baza, jak dla mnie bez żadnych wad! Jeśli kiedyś ją wycofają - depresja pewna ;) Więcej rozpisałam się w recenzji do której Was odsyłam, gdyż tam zostało powiedziane już wszystko na jej temat.

8) Pomadka Rimmel Airy Fairy (pisałam o niej TU)



Nie do końca doskonała szminka, ale za to posiadająca wyjątkowy kolor, który w 100% pokochałam. To on mnie zachwycił i absolutnie do niej przekonał, ponieważ sama szminka jest dość sucha i tępawa, więc z pewnością nie zdobyłaby mojego uznania gdyby nie sam odcień, który dla mnie jest wprost idealny!!!

9) Pomadka Catrice 240 Hey Nude



Mój nowy nabytek. Bardzo kremowa i pięknie kryjąca szminka w kolorze jasnego (nie trupiego) różu, wspaniale pasująca do większości typów urody. Niedługo pojawi się jej osobna recenzja, ale już dziś zachęcam Was do przyjrzenia jej się z bliska w drogeriach, gdzie znajdują się szafy Catrice. Uwielbiam ją!

10) Eyeliner Wibo



Tani i bardzo, ale to bardzo dobrej jakości produkt, który podobnie jak brzoskwiniowy róż Sleek'a nie doczekał się osobnej recenzji na moim blogu :(. Kosztuje ok 7 zł, ale jego jakość spokojnie wyceniłabym na 3 razy tyle. Precyzyjny pędzelek, głęboka czerń, trwałość oraz przystępna cena sprawiają, że jestem mu wierna od lat (był to mój pierwszy eyeliner w życiu!) i jeśli kiedykolwiek chciano by go wycofać, pierwsza będę protestować :D. Bez wątpienia najlepszy w swojej dziedzinie i nie mający sobie równych!!!


Uff, dobrnęliśmy do końca :). Jestem ciekawa, czy na Waszych prywatnych listach ulubieńców znalazł się któryś z kosmetyków, które dzisiaj pokrótce opisałam. Jeśli nie, to bez dwóch zdań , koniecznie musicie przyjrzeć się im z bliska, bo są zdecydowanie warte uwagi i kto wie, może dzięki nim Wasz świat makijażu ulegnie małej rewolucji?  Koniecznie dajcie znać w komentarzach :).

sobota, 24 stycznia 2015

Chanel Joues Contraste Powder Blush - 55 In Love

Cześć! Wiem, że ta recenzja była mocno wyczekiwana, dlatego też dziś postaram się w jak najszerszy sposób opowiedzieć Wam o moich wrażeniach odnośnie stosowania najlepszego (i zarazem najdroższego) różu w mojej wielobarwnej kolekcji.

Róże uwielbiam głównie ze względu na fakt, że jako jedyny kosmetyk poza szminką, potrafią kilkoma pociągnięciami zmienić cały makijaż, nadając mu indywidualnego charakteru. Możemy wybierać pośród całej palety przeróżnych odcieni, oferowanych przez chyba wszystkie marki, posiadające w swojej ofercie kolorówkę, różowych - dających głównie dziewczęcy efekt, brzoskwiniowych - podkreślających przede wszystkim ciepły typ urody, albo nawet czerwonych - imitujących naturalny rumieniec. Mnogość wyboru odcieni i wykończeń sprawia, że codziennie możemy wyglądać inaczej i tylko od nas zależy na jaki wariant w danym dniu postawimy - romantyczny, a może charakterny?

Do tej pory moim niekwestionowanym faworytem w kwestii róży był Sleek Life's A Peach, który przepięknie podkreśla mój typ urody, idealnie z nim współgrając, a do tego utrzymując się niemal cały dzień w niezmienionym stanie. Wspominałam o nim w TYM POŚCIE i swoją drogą nie wiem, dlaczego nie doczekał się osobnej recenzji, ale o tym kiedy indziej.

Dzisiaj natomiast będzie parę słów o konkurencie mojego ukochanego sleekowego przyjaciela, który okazał się być również niemalże ideałem w swojej dziedzinie i bezsprzecznie stanął na pierwszym miejscu podium ex aequo z Life's A Peach :).

Cudo to zostało opakowane w błyszczący kartonik z informacjami od producenta odnośnie marki, wybranego koloru oraz z tyłu - składu. Już na pierwszy rzut oka widać, że mamy do czynienia z nie byle jakim produktem.



W środku znalazłam welurowe etui (zapomniałam sfotografować :(((), w którym znajdowała się przepiękna, czarna, plastikowa kasetka z logo producenta, skrywająca właściwy kosmetyk.



Trzeba przyznać, że sam sposób "podania" jest wspaniały! Elegancka kasetka skrywa nie tylko róż, ale także pędzelek i lusterko. Tak, jak pędzelków dołączonych do wszelakich kosmetyków zazwyczaj nie używam, tak ten muszę przyznać, że jest wykonany bardzo porządnie i w taki sposób, że zarówno bardzo dobrze nakłada, jak i rozciera róż, nie pozostawiając przy tym plam.

Kolor różu jaki wybrałam to 55 In Love, czyli brzoskwinka ze złotymi drobinkami. Na początku nieco obawiałam się, że drobinki będą za nadto widoczne i będą migrowały po twarzy tworząc efekt bombki, ale na szczęście nic takiego nie ma miejsca.





Róż jest mocno napigmentowany i aby uzyskać efekt, jaki zobaczycie poniżej na zdjęciu mojej twarzy, wystarczyło zaledwie 1,5 pociągnięcia pędzla. Efekt oczywiście można stopniować. Świetne jest to, że jak wspomniałam wyżej, pomimo obecności drobinek, nie są one mocno widoczne, a po roztarciu kosmetyku, tworzą subtelny efekt rozświetlenia. Ja jednak i tak używam dodatkowo Mary Lou Manizer na szczyty kości policzkowych, aby błysk był większy, bo tak po prostu lubię :). Nie sposób również nie zauważyć podobieństwa chanelowego różu, do róży z Bourjois, albo może to Bourjois jest podobne do Chanel, hmm... ;).

In Love nie tworzy plam i sprawdza się nawet na słabym jakościowo podkładzie. W ciągu dnia trzyma się ładnie, jednak po ok. 8h zauważyłam, że jego intensywność blednie, niemniej ja mam duża tendencję do podpierania twarzy rękoma, a ponad to w pracy odbieram mnóstwo telefonów, w związku z czym jego żywotność może być w moim przypadku słabsza.

Pasuje niemal do każdego rodzaju makijażu, zarówno wieczorowego, jak i dziennego, a uniwersalny odcień powinien być dobry zarówno dla blondynek (nakładany w niewielkiej ilości) jak i oczywiście brunetek do których się zaliczam.

Tak prezentuje się w całej okazałości, bez użycia rozświetlacza:



Osobiście jestem nim zachwycona i używam prawie codziennie! Jest piekielnie wydajny, dlatego powinien starczyć na lata mimo, że data przydatności wynosi 18 miesięcy od otwarcia.  Nie sądzę, że zużyję go do tego czasu. Zapomniałabym wspomnieć, że mimo pięknego wyglądu i cudownego efektu jaki daje, dodatkowo jeszcze pachnie delikatnie różami, zatem Chanel o wszystkim pomyślało! :).

Chyba nie muszę Was dodatkowo zachęcać. Pomimo, że cena jest wysoka, to jednak jakość, sposób wykonania i efekty wizualne wynagradzają wszystko. Ja swój egzemplarz zakupiłam w Sephorze w cenie bodajże 180 zł i pomału przymierzam się do innych odcieni :P.

A Wy o nim myślicie? :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...