Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podkłady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podkłady. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 grudnia 2016

Podkład Catrice HD Liquid Coverage 010 Light Beige + sylwestrowe życzenia na 2017 rok

Witajcie! Jak po Świętach? Mam nadzieję, że wszystko u Was w porządku i jesteście gotowi do jutrzejszych, sylwestrowych szaleństw :). A'propos sylwestrowej nocy - w tym wyjątkowym czasie warto pamiętać o kilku zasadach, którymi rządzi się karnawałowy makijaż i które tym samym pozwolą nam zachować nienaganny, świeży wygląd do samego rana. Jedną z nich jest ta, która mówi, aby stawiać przede wszystkim na produkty sprawdzone i trwałe. Do podkładów spełniających owo kryterium, myślę że spore grono osób będzie mogło zaliczyć ostatnio ogromnie pożądany podkład Catrice HD Liquid Coverage, który nie dość, że wytrzymuje na mojej mieszanej cerze nieprzerwanie od rana do wieczora, to do tego wygląda jak druga skóra, nie tworząc maski, przez co śmiało może konkurować z podkładami marek luksusowych jak np. Estee Lauder Double Wear.

Podkład zamknięty został w eleganckiej, szklanej buteleczce wykonanej z matowego szkła, o pojemności 30 ml z dołączoną pipetką do jego dozowania, co od razu przywodzi mi na myśl mój ukochany podkład Lancome Miracle Air de Teint, o którym opowiadałam w TYM wpisie.



Konsystencja jest dość mocno leista, a sam podkład świetnie napigmentowany, przez co jego krycie określiłabym na poziomie od średniego po mocne. U mnie wystarcza jedna cieniutka warstwa, aby zakryć drobne niedoskonałości na tyle, aby nie rzucały się za nadto w oczy.



Odcień, który wybrałam to 010 Light Beige, czyli jasny beż, najjaśniejszy kolor spośród wszystkich dostępnych. Tutaj nazwa została trafiona w sedno ponieważ, mimo że odcień ten zawiera w sobie delikatnie żółte tony, to jednak w moim odczuciu sprawdzi się głównie w przypadku cer neutralnych. Moja skóra z natury zawiera w sobie dużo żółtego pigmentu, przez co większość roku jestem na poziomie Bourjois Healthy Mix 52 Vanilla, dlatego niestety catrice'owy Light Beige nie do końca był w stanie się do mnie dopasować, ponieważ okazał się nie dość, że nieco za jasny, to przede wszystkim zbyt mało żółty. Kolejne numery z gamy również są dla mnie nietrafione, ponieważ 020 jest zbyt różowy, a następne znowuż za ciemne :(.




Jeśli jednak chodzi o sam wygląd i zachowanie podkładu na twarzy, to efekt na prawdę zadowala. Na poniższym zdjęciu, po prawej stronie mam nałożony jedynie sam podkład i chociaż odcień jak wspomniałam, nie jest do końca dobrze dobrany (nie widać kolorytu szyi, ale musicie mi uwierzyć na słowo, że różnica jest dość widoczna), to po wykończeniu makijażu (konturowanie, brązer, róż) jestem w stanie wyjść w nim do ludzi. A lubię go, bo pomimo nieprzyjemnego dla mojego nosa, perfumowanego, pudrowego zapachu, utrzymuje się na twarzy świetnie, wieczorem wymagając niewielkich poprawek jedynie w strefie T. Wygląda bardzo naturalnie i nie daje efektu płaskiego matu, sprawiając wrażenie ładniejszej skóry. Z biegiem czasu nie zapchał mnie, nie podrażnił i nie uczulił, a do jego zmywania każdorazowo używam płynu dwufazowego, gdyż zwykły micel nie do końca sobie z nim radzi, tak mocno jest trwały!



Pomimo braku idealnego dla mnie odcienia nie mogę nie polecić tego podkładu, gdyż jest to na prawdę świetny kosmetyk w super cenie (ja płaciłam 27.99 zł w Drogeriach Polskich). Jestem przekonana, że bardzo dobrze sprawdzi się na cerach mieszanych, aczkolwiek jeśli chodzi o mocno tłuste i suche nie jestem pewna - może być różnie. Niemniej jak na drogeryjny, przyzwoicie kryjący podkład, z pewnością jest to numer jeden, który warto wypróbować, chociażby po to, by wyrobić sobie własne zdanie :).

Dajcie mi znać czy miałyście z nim styczność i jakie są Wasze odczucia względem niego.

Z TEGO MIEJSCA CHCIAŁAM ŻYCZYĆ WAM NIEZAPOMNIANEJ SYLWESTROWEJ NOCY I WIELU BĄBELKÓW W SZAMPANIE! ;) ABY NOWY ROK 2017 BYŁ DLA WAS PRZEŁOMOWYM, WYJĄTKOWYM I RADOSNYM CZASEM! HAPPY NEW YEAR!!! :***

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Rossmann -49% na kosmetyki kolorowe / na które produkty warto zwrócić szczególną uwagę

Witajcie! Promocje na kosmetyki kolorowe ruszyły pełną parą. W tak gorącym okresie nietrudno jest wejść do drogerii i... wyjść albo z pustymi rękoma, albo kosmetykami kupionymi pod wpływem impulsu, z których koniec końców możemy nie być zadowoleni. Na czas tak dużych obniżek warto solidnie się przygotować przeglądając uprzednio swoje zapasy oraz tworząc listę rzeczy, które musimy kupić, bo np. akurat się kończą lub też są wynikiem naszych "chciejstw" i po prostu chcemy je mieć ot tak :).

Dzisiaj pokażę Wam moją listę kosmetyków, którym warto się przyjrzeć przemierzając rossmannowskie szlaki, ponieważ aktualnie ta promocja wzbudza największe zainteresowanie.


DO TWARZY



1. RIMMEL MATCH PERFECTION - podkład średnio kryjący w bogatej kolorystyce, pośród której większość osób powinna znaleźć odpowiedni dla siebie odcień. Jest bardzo wydajny, o przyjemnym zapachu, długo się utrzymuje i ładnie wygląda na twarzy nadając jej efekt lekkiego "glow". Wykończenie ma mokre, więc powinien dobrze wyglądać na cerze mającej tendencje do lekkich przesuszeń.

2. BOURJOIS HEALTHY MIX - podkład legenda, który albo się kocha, albo nienawidzi. Przepiękny, owocowy zapach jak żaden potrafi przyciągać jak magnez! Fajnie powinien sprawdzić się na cerze suchej/normalnej, a nawet po przypudrowaniu - mieszanej. Podobnie jak poprzednik delikatnie rozświetla, nawilża i pięknie wyrównuje koloryt cery.

3. BOURJOIS BLUSH ROSE D'OR - co prawda polecam wszystkie róże Bourjois, bo są przepiękne, jednak ten odcień jak dla mnie jest wyjątkowy. Mianowicie jest to różowy róż ze złotymi drobinkami, którym zachwycałam się w niedawnej recenzji do której Was odsyłam >>>KLIK<<<.

4. REVLON COLORSTAY - jego chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Mocno kryjący podkład, dość ciężki, kierowany przede wszystkim do osób mających cerę z niedoskonałościami. Tutaj kolorystyka również jest bardzo szeroka, więc bez problemu znajdziecie coś dla siebie. O odcieniach po zmianie składu wspominałam TUTAJ.

5. LOVELY MAKE-UP BRILLIANCE - był moim pierwszym podkładem w życiu (miałam jakieś 14 lat kiedy go kupiłam jeszcze za mamine pieniądze) i wciąż jest w sprzedaży! Pamiętam, że jako nastolatka go kochałam, i dosłownie parę dni temu postanowiłam do niego wrócić, chcąc się przekonać, czy nadal jest taki fajny, jak kiedyś :). Będzie o tym osobny post, na który już z góry zapraszam. Niestety wybór odcieni mamy bardzo mocno ograniczony (jest ich dokładnie 4), więc ciężko będzie dopasować najbardziej odpowiedni, ale póki mamy promocję można zaryzykować, bo w chwili obecnie panującego rabatu, dorwałam go za niecałe 5 zł!!! Jest to podkład mocno rozświetlający.

6. BOURJOIS HEALTHY MIX CONCEALER - bardzo fajny, średniokryjący korektor, do stosowania zarówno pod oczy, jak i na niedoskonałości skóry. To już moje 3 opakowanie. Zapach tak, jak w przypadku podkładu - obłędny, owocowy i soczysty! Pisałam o nim szerzej TUTAJ.


DO OCZU



1. WIBO EYELINER - mój ukochany, pierwszy w  życiu eyeliner, którego używałam jeszcze jako nastolatka i któremu jestem niezmiennie wierna do nadal. Kosztuje grosze, w promocji wyjdzie niecałe 4 zł, więc jest to śmieszna kwota, jak za tak dobry jakościowo produkt! Czerń jest na prawdę czarna, nie rozmazuje się w ciągu dnia, nie kruszy, nie blaknie - ideał!!!

2. MAYBELLINE COLOR TATTOO - cienie, które podbiły blogosferę, na moich tłustych powiekach trzymają się przez większą część dnia, co w przypadku standardowych cieni, jest mission impossible. Nałożone na bazę (zwłaszcza Urban Decay) są nie do ruszenia, aż do zmycia. Ich recenzja pojawiła się TUTAJ.

3. L'OREAL VOLUME MILLION LASHES SO COUTURE - mascara, której już co prawda nie posiadam, ale planuję ponownie zakupić. Zdecydowanie numer 1 pośród wszystkich tuszy ze stajni L'Oreal. Jej recenzja jest TUTAJ.


DO UST
(tutaj już polecę Wam konkretne odcienie)



1. RIMMEL APOCALIPS SOLSTICE - błyszczący (ale bez drobinek) lakier do ust, w odcieniu brudnego różu. Trzyma się na ustach w miarę przyzwoicie, nie wżerając się w nie i schodząc bardzo równomiernie. Pięknie podkreśli naturalną, ciemniejszą barwę ust. Szerzej pisałam o nim TUTAJ.

2. RIMMEL LASTING FINISH AIRY FAIRY - moja ukochana pod względem koloru pomadka, nie pozbawiona oczywiście wad, ale to, że prawie całkiem ją zdenkowałam świadczy tylko o tym, jak bardzo się polubiłyśmy :). Recenzja pojawiła się TUTAJ.

3. RIMMEL MOISTURE RENEW VINTAGE PINK - jak sama nazwa wskazuje, jest to nawilżająca pomadka w kolorze dość ciemnego, nieco oldskulowego różu wpadająca nieco w jagodowe tony. Bardzo ją lubię, ale dodaje lat i wygląda poważnie, więc z pewnością nie będzie pasować wszystkim, mimo to kocham ją bardzo i polecam serdecznie :D. Recka wkrótce! :)


Dotarliśmy do finishu (to jest mój 500 post od momentu rozpoczęcia prowadzenia bloga, jeeeeeej!!! :D). Dajcie mi koniecznie znać na co Wy się skusiłyście, co jest Waszym must have i jakie zakupy planujecie jeszcze poczynić. Buziaki i pięknej pogody dla wszystkich, bo od paru dni słoneczko na Śląsku rozpieszcza! :)

czwartek, 23 kwietnia 2015

Podkład Lancome Miracle Air De Teint

Cześć! Patrząc na nowości, jakie proponują nam marki w kwestii podkładów, nie trudno zostać przyprawionym o zawrót głowy. Mieliśmy już erę kremów BB, CC, DD, EE, mamy podkłady do wszystkich typów i rodzajów skóry, tonujące, rozświetlające, kryjące matujące i wiele, wiele innych, dlatego już nawet całkiem przeciętnego konsumenta robiącego zakupy kosmetyczne raz w roku ciężko jest czymkolwiek zaskoczyć, a co dopiero blogerkę urodową ;).

Mimo to, podkład Lancome Miracle Air De Teint potrafił mnie do siebie przyciągnąć jak magnes, głównie dzięki obietnicy 25 razy lżejszej formuły, niż ta którą posiadają standardowe fluidy oraz swoją niesamowicie wodnistą konsystencją, dawkowaną na cerę za pomocą dołączonej pipetki.






Obietnice producenta (zaczerpnięte ze strony wizaz.pl):
"Podkład Air de Teint jest tak lekki, że nie poczujesz go na skórze. Rewolucyjna formuła, 25 razy lżejsza niż w przypadku klasycznego podkładu, swobodnie przepuszcza światło i powietrze.
Formuła oparta na technologii Blur tuszuje niedoskonałości dając lekko rozmyty efekt. Dzięki precyzyjnemu kroplomierzowi uzyskasz odpowiednią ilość podkładu do pokrycia twarzy, szyi i dekoltu. Efekt makijażu bez efektu maski: cera jest transparentna, o jednolitym kolorycie, matowa i pełna blasku.
Podkład dostępny w 8 odcieniach dostosowanych do każdej karnacji. Krycie 2/4."

Moja cera obecnie przechodzi fazy, począwszy od gładkiej i idealnej jak pupka niemowlaczka, do momentalnego wysypu z dnia na dzień, dzięki któremu potrafię wyglądać jak pizza, zwłaszcza przed "tymi dniami". Coś musiało się rozregulować w moim organizmie, ponieważ wcześniej etapy te przechodziłam w miarę bezobjawowo, a teraz sinusoida jak się patrzy :(. W każdym razie podkład zakupiłam, kiedy moja buźka kondycyjnie prezentowała się dobrze nawet bez jakiegokolwiek makijażu, przez co oczekiwałam jedynie wyrównania kolorytu i nadania cerze zdrowego wyglądu.

Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że podkład przy całej swojej lekkości rzeczywiście kryje! I to krycie jest o tyle niezłe, że nawet posiadając delikatne wypryski, czy wykwity, dzięki optycznemu rozproszeniu światła, buzia wygląda niemalże doskonale nawet z bliskiej odległości! Powiem Wam, że kupił mnie tym całkowicie, ponieważ nigdy dotąd nie miałam tak wodnistego podkładu, który już w samej teorii nie ma prawa niczego przykrywać, a jednak robi to, do tego w sposób nie obciążający dodatkowo cery.

Konsystencja jak wspomniałam wyżej jest bardzo leista, dosłownie niemal jak woda, dlatego ja aplikuję go tak, że dołączoną pipetą nakładam 3-4 krople na każdy policzek, a następnie rozprowadzam pędzlem Zoeva 125 Stippling po reszcie twarzy. Kolor, który wybrałam, czyli 01 Beige Albatre może się wydawać początkowo dość ciemny, ale po dokładnym roztarciu pięknie stapia z moim naturalnym kolorytem, nadając buzi "życia" i bardzo delikatnie ją opalając, nie odcinając się przy tym w żaden sposób od szyi. Na obecnie panującą wiosnę i już niedługo lato będzie doskonały. Wykończenie określiłabym jako welwetowe, gdyż z pewnością nie jest to płaski mat. Buzia nawet bez przypudrowania jest matowa ok 5-6 h w normalnej temperaturze i wygląda bardzo świeżo. Po nałożeniu bazy pod makijaż, efekt ten przedłuża się nawet do 8 h, po czym wystarczą niewielkie poprawki, by cera dalej wyglądała jakbyśmy dopiero co wykonały makijaż.





Zdaję sobie sprawę, że koszt tego podkładu jest wysoki, gdyż w Sephorze kosztuje 179 zł, jednak efekt jaki daje jest wart każdej złotówki! Fluid ten nie obciąża cery, nie zapycha (używam go prawie codziennie od kilku dobrych tygodni), znakomicie się rozprowadza na twarzy i cudownie "lancome'owo" pachnie. Oczywiście wygląd i funkcjonalność opakowania również jest na ogromny plus, ponieważ wszystko jest tak szczelnie zrobione, że podkład nawet na leżąco nie ma prawa się rozlać, a położony na toaletce z pewnością stanie się jej wielką ozdobą, ponieważ buteleczka wykonana jest z eleganckiego, matowego szkła, przez co od razu po samym designie widać, że mamy do czynienia z kosmetykiem luksusowym.

Na koniec pokażę Wam jak wygląda na mojej twarzy.

Cera solo:



I z Lancome Miracle Air De Teint:



Skład:
Cyclohexasiloxane, Dimethicone, Isododecane, Alcohol Denat., Vinyl Dimethicone/Methicone Silsesquioxane Crosspolymer, Phenyl Trimethicone, Ethylhexyl Methoxycinnamate, PEG-10 Dimethicone, Disteardimonium Hectorite, Rosa Canina Fruit Oil, Tin Oxide, Aqua, Ruscus Aculeatus Extract/Ruscus Aculeatus Root Extract, Silica Silylate, Aluminium Hydroxide, Magnesium Silicate, Disodium Stearoyl Glutamate, Propylene Carbonate, Synthetic Fluorphlogopite, Tocopheryl Acetate, Fragrance, Linalool, Limonene, Hydroxyisohexyl 3-Cyclohexene Carboxaldehyde, Butylphenyl Methylpropional, Hexyl Cinnamal; [+/- may contain: CI 77491, CI 77492, CI 77499/Iron Oxides, CI 77891/Titanium Dioxide].

Miłego popołudnia Żuczki :*.

środa, 25 lutego 2015

Moje kosmetyczne hity!

Cześć! To, że jestem wielbicielką wszelkiego rodzaju kolorówki wiadomo nie od dziś. Kosmetyki do pielęgnacji nigdy specjalnie mnie nie fascynowały, choć oczywiście zdaję sobie sprawę, jak wielki wpływ mają na nasz finalny wygląd. W końcu nawet najlepszy i najdroższy podkład nie będzie ładnie wyglądał na zaniedbanej cerze. Mimo wszystko, to właśnie produkty do makijażu zdecydowanie zdominowały mój kosmetyczny świat, szafki w moim pokoju oraz oczywiście tego bloga, dlatego też w dzisiejszej notce to właśnie na nich postanowiłam się w głównej mierze skupić i przedstawić Wam swoich ulubieńców.

Poznajcie zatem złotą dziesiątkę (kolejność całkowicie przypadkowa):



1) Szampon BabyDream ułatwiający rozczesywanie włosów z ekstraktem z kiełków pszenicy.



Miała być sama kolorówka, ale jak widać zdarzył się wyjątek ;). Szampon ten jest nowszą wersją standardowego BabyDream, dostępnego w Rossmannie. Rzeczywiście, zgodnie z obietnicami producenta świetnie radzi sobie zarówno z rozczesywaniem włosów, ale też genialnie zmiękcza włosie pędzli, jeśli akurat zamierzamy używać go do ich mycia. Do tego nie szczypie w oczy i bez problemu nada się dla także dla delikatnych włosków dzieci, którym w założeniu jest dedykowany. Na razie mój niekwestionowany hit z racji swojej wielofunkcyjności.

2) Rozświetlacz Mary Lou Manizer (pisałam o nim: TU i TU)



Już dwa razy zachwycałam się nim na blogu, pozachwycam i trzeci ;). Jest to zdecydowanie najlepszy rozświetlacz z jakim w życiu miałam do czynienia, tworzący piękną, jednolitą taflę błysku, bez paskudnych drobin brokatu. Polecam go każdemu, bez względu na rodzaj cery i jej koloryt, gdyż nie spotkałam dotychczas osoby której by on nie pasował. Jeśli jednak jakimś cudem dana osoba źle czułaby się z nim w roli rozświetlacza, bez problemu może posłużyć także jako cień do powiek. Ideał i ulubieniec w jednym!

3) Podkład Lancome Miracle Air de Teint




Moje niedawne odkrycie, zgodnie z obietnicami producenta - 25 razy lżejszy od standardowego podkładu. Ma bardzo leistą konsystencję, jest w zasadzie jak woda, a przy tym zaskakuje w miarę niezłym kryciem od lekkiego w stronę średniego. Zachwycił mnie przede wszystkim tym, jak wygląda na mojej twarzy (a wygląda przepięknie!), trwałością i meeega wydajnością. Czas na osobną recenzję przyjdzie niebawem, ale na razie mogę powiedzieć tyle, że póki co jestem nim zafascynowana i coś czuję, że nie prędko ta fascynacja minie.

4) Farbka do brwi Make Up For Ever Aqua Brow (pisałam o niej TU i TU)



Kosmetyk, którego początkowo w ogóle nie byłam pewna z uwagi na obawy dotyczące wysychania. Jak wiecie, miałam kilka sporej wielkości odlewek, które w próbnikach wytrzymywały ok 2 tygodni, po czym zasychały na wiór, przez co obawiałam się, że w oryginalnym opakowaniu sytuacja może mieć się podobnie, ale na szczęście były to tylko płonne obawy. Po zużyciu kilku próbek, tak mocno przyzwyczaiłam się do używania tej farbki, że kupiłam w końcu pełnowymiarówkę i dziś nie wyobrażam sobie jej nie mieć. Cudownie podkreśla brwi i możemy dzięki niej uzyskać efekt zarówno delikatny, dzienny, jak i zdecydowanie bardziej wyrazisty. W swojej dziedzinie nie ma równych, a to że posiada parę wad, jestem w stanie jej wybaczyć ;).

5) Róż Sleek Blush Life's A Peach (pisałam o nim TU)



Mocno wyeksploatowany i pomału dobijający końca, mój ukochany od pierwszego użycia róż, o którym wyśpiewałam już tyle pieśni pochwalnych (głównie na Waszych blogach), że wystarczy. Nie wiem dlaczego nie doczekał się osobnej recenzji, ale koniecznie muszę to nadrobić, póki jeszcze jestem w stanie go używać. Bez wątpienia zakupię kolejną sztukę, gdyż efekt, jaki daje na moim licu jest nie do podrobienia. Na ogromny plus kolor, trwałość i genialna z nim współpraca bez zacieków i plam. Jest po prostu cudowny!!!

6) Bronzer W7 Honolulu (pisałam o nim TU)



Początkowo nie byłam do niego przekonana, co możecie przeczytać w recenzji na jego temat, jednak po półtora roku od pierwszego użycia stwierdzam, że tak - nauczyłam się z nim współpracować i teraz uważam, że jest to na prawdę dobry produkt za niewielkie pieniądze. Nauczyłam się go rozcierać, tworząc ładny, zadowalający efekt na policzku, choć nadal uważam, że gdyby był nieco jaśniejszy i trochę łatwiejszy w obsłudze, z pewnością zyskałby jeszcze większą liczbę zwolenników. Z pewnością do ideału mu sporo brakuje, ale generalnie jest fajny i spokojnie mogę go polecić bardziej wprawnym rękom :).

7) Baza pod makijaż Max Factor Face Finity (pisałam o niej TU)



Ukochana baza, jak dla mnie bez żadnych wad! Jeśli kiedyś ją wycofają - depresja pewna ;) Więcej rozpisałam się w recenzji do której Was odsyłam, gdyż tam zostało powiedziane już wszystko na jej temat.

8) Pomadka Rimmel Airy Fairy (pisałam o niej TU)



Nie do końca doskonała szminka, ale za to posiadająca wyjątkowy kolor, który w 100% pokochałam. To on mnie zachwycił i absolutnie do niej przekonał, ponieważ sama szminka jest dość sucha i tępawa, więc z pewnością nie zdobyłaby mojego uznania gdyby nie sam odcień, który dla mnie jest wprost idealny!!!

9) Pomadka Catrice 240 Hey Nude



Mój nowy nabytek. Bardzo kremowa i pięknie kryjąca szminka w kolorze jasnego (nie trupiego) różu, wspaniale pasująca do większości typów urody. Niedługo pojawi się jej osobna recenzja, ale już dziś zachęcam Was do przyjrzenia jej się z bliska w drogeriach, gdzie znajdują się szafy Catrice. Uwielbiam ją!

10) Eyeliner Wibo



Tani i bardzo, ale to bardzo dobrej jakości produkt, który podobnie jak brzoskwiniowy róż Sleek'a nie doczekał się osobnej recenzji na moim blogu :(. Kosztuje ok 7 zł, ale jego jakość spokojnie wyceniłabym na 3 razy tyle. Precyzyjny pędzelek, głęboka czerń, trwałość oraz przystępna cena sprawiają, że jestem mu wierna od lat (był to mój pierwszy eyeliner w życiu!) i jeśli kiedykolwiek chciano by go wycofać, pierwsza będę protestować :D. Bez wątpienia najlepszy w swojej dziedzinie i nie mający sobie równych!!!


Uff, dobrnęliśmy do końca :). Jestem ciekawa, czy na Waszych prywatnych listach ulubieńców znalazł się któryś z kosmetyków, które dzisiaj pokrótce opisałam. Jeśli nie, to bez dwóch zdań , koniecznie musicie przyjrzeć się im z bliska, bo są zdecydowanie warte uwagi i kto wie, może dzięki nim Wasz świat makijażu ulegnie małej rewolucji?  Koniecznie dajcie znać w komentarzach :).

niedziela, 7 grudnia 2014

Weekend z Vichy: Teint Ideal (test - pierwsze wrażenie)

Hej! Będąc na wpół żywa po wczorajszym, krakowskim weekendzie i tuż przed pójściem spać, postanowiłam skrobnąć Wam ostatnią z notek pod hasłem "Weekend z Vichy". Dzisiaj na tapetę bierzemy podkład Teint Ideal, który ma nadawać cerze idealny koloryt, korygować ją i rozświetlać. Czy spełnił pokładane w nim nadzieje?

Na temat opakowania nie będę się rozwodzić, ponieważ jest bliźniaczo podobne do opakowania serum. Ponownie kartonowe opakowanie z informacjami od producenta, a w środku tym razem szklana, a nie metalowa butelka i podobnie, jak w przypadku poprzednika - wygodna pompka.




Kilka słów od producenta:
"Technologia płynnego światła, aby idealnie rozpraszać światło -  każdy milimetr Twojej skóry jest rozświetlony. Kompleks korygujący , aby dzień po dniu poprawiać jakość skóry, zawiera witaminę C i E oraz składnik witalizujący dla skóry ujednoliconej, zdrowszej i lepiej chronionej przed czynnikami zewnętrznymi. Lekka konsystencja fluidu idealna dla skóry normalnej i mieszanej.
Hipoalergiczna formuła fluidu rozświetlającego zawiera Wodę Termalną z Vichy. Testowane na skórze wrażliwej. Nie zawiera parabenu.
Lekka, przyjemna konsystencja. Łatwa aplikacja."

Ucieszyłam się, że dostałam drugi kolor w kolejności, ponieważ w buteleczce wyglądał ładnie i byłam przekonana, że będzie mi odpowiadał, ze względu na wyraźnie widoczne żółte tony, ale niestety :(. Już podczas aplikacji Beauty Blenderem zauważyłam, że podkład bardzo szybko zmienia kolor, stając się intensywną pomarańczką. Próbowałam natychmiast rozjaśnić ten efekt białym pudrem, ale jak zapewne podejrzewacie, nic to nie dało. Efekt na mojej cerze był po prostu brzydki, dlatego postanowiłam zmyć wszystko i nałożyć jeszcze raz od nowa, tym razem pędzlem. Dobrze, że jest niedziela i miałam na to czas. Po mocniejszym roztarciu było już lepiej, ale wciąż nie idealnie, bo podkład po prostu się utlenia i przez to mocno odznacza od szyi. Niby troszkę próbuje się wpasować w cerę, ale starania te nie są na tyle satysfakcjonujące, żebym mogła stwierdzić, że kolor mi odpowiada.

Ok, przejdźmy do konsystencji. Jest dość rzadka, leista, przez co należy nałożyć trochę więcej produktu, by podkład zaczął cokolwiek kryć, choć samo krycie określiłabym mianem słabego. Jest to kosmetyk dedykowany raczej osobom nie mającym większych problemów z cerą, gdyż dla cer problematycznych absolutnie odpada, właśnie przez znikome krycie.

Na poniższym zdjęciu widzicie zarówno konsystencję, kolor oraz moment rozpoczęcia utleniania.




Jeśli chodzi o zapach, podkład pachnie jedynie alkoholem, przez co mam przeczucie, że po dłuższym czasie stosowania może wysuszać cerę. Co prawda jest przeznaczony jest dla skóry normalnej i mieszanej, ale nie zmienia to faktu, że taki typ cery również może z czasem ulec przesuszeniu. Mimo tych wszystkich minusów, przemogłam się i nosiłam go dzisiaj ok 6 godzin, ale niestety mimo jak najdokładniejszego roztarcia podkład i tak ściemniał niesamowicie. Nie wiem, może mam taki odczyn PH i stąd nie jest on przeznaczony po prostu dla mnie? To co zauważyłam oprócz ciemnienia, żeby nie było tak całkiem pesymistycznie to fakt, że rzeczywiście ładnie rozświetlił skórę, ale co z tego skoro niedługo później zaczął nierówno schodzić z mojej twarzy. Ścierał się podczas rozmowy, zostając na telefonie, na rękach podczas podpierania głowy, na ubraniach, kiedy zbyt wysoko zapięłam kurtkę itd... Z lepszych wiadomości jest jeszcze taka, że po połączeniu go z najjaśniejszym Healthy Mixem dawał o wiele ładniejszy odcień, niż solo i dłużej utrzymywał się na twarzy, choć wiadomo, że jest to zasługa połączenia, a nie podkładu samego w sobie.

A tutaj wrzucam skład:



Podsumowując: Przykro mi, ale po pierwszym wrażeniu jestem całkowicie na nie. Słabe krycie, koszmarny zapach i przede wszystkim bardzo ciemniejący kolor sprawiły, że podkład ten absolutnie mnie nie zachwycił. Hmm... w zasadzie nawet nie wiem dla kogo mógłby się tak naprawdę nadać. Może dla mocno opalonych dziewczyn, nie mających żadnych problemów z cerą? Ciężko stwierdzić. Obecnie raczej nie będę go używać, tylko poczekam do lata, kiedy moja cera nabierze kolorytu (a szybko i mocno się opalam), bo wtedy może okaże się, że nie taki diabeł straszny jak go malują.

Znacie kolorówkę Vichy? Jakie są Wasze doświadczenia?

Życzę wszystkim spokojnej nocy, buziaki :*

wtorek, 2 grudnia 2014

O tym, jak zostałam wykolegowana przez azjatycki krem BB / recenzja Holika Holika - Clearing Petit BB

Hej! Jak w tytule, dzisiaj przychodzę do Was z kilkoma słowy o kolejnym kremie BB, tym razem tzw. oryginalnym, bo pochodzącym prosto z Korei. Skusiłam się na niego dzięki niskiej cenie oraz przeczytaniu dość dobrych opinii na Wizażu. Zależało mi na kremie nie wybielającym cery (niestety wśród azjatyckich propozycji, ciężko znaleźć krem BB, który by nie wybielał) i jednocześnie nie na tyle jasnym, aby dawać efekt trupiej twarzy. Po obejrzeniu swatchy w necie, wybór ostatecznie padł na Clearing Petit BB marki Holika Holika.

Zacznijmy od opakowania. Jak dla mnie jest ono urocze, słodkie i nie ukrywam, że znajdujący się na nim kotek sprawia, że ilekroć po niego sięgam uśmiech od razu gości na mojej twarzy :D. Krem znajduje się w miękkiej, plastikowej tubce, którą po zużyciu zawartości z łatwością będziemy mogli przeciąć nożyczkami, by wydostać resztki zostające na ściankach. Na opakowaniu widnieje marka, nazwa oraz rodzaj kremu (w moim przypadku Clearing, czyli wersja wspomagająca walkę z niedoskonałościami), a także informacja, że zawiera on filtr SPF 30. Reszta niestety nie do rozszyfrowania przez moją skromną osóbkę ;).



Konsystencja kremu jest w sam raz, dość rzadka, ale nie na tyle, by spływać. Zapach jest raczej mocny, ale bardzo ładny - mydlany, świeży i długo wyczuwalny na twarzy. A teraz przechodzimy do sedna, czyli koloru. Początkowo gdy go zobaczyłam, byłam przerażona, bo wydał mi się być mocno za ciemny mimo, że jak niejednokrotnie wspominałam, moja cera do najjaśniejszych nie należy i zawsze wybieram 2, czasem 3 w kolejności odcień podkładów/kremów tonujących. Same zobaczcie jak ciemny wydaje się być w opakowaniu (a zielonkawo-turkusowy kolor tubki dodatkowo podbił to wrażenie):



Na szczęście po wyciśnięciu na rękę odetchnęłam z ulgą, ale niestety tylko na chwilę. Nie okazał się być aż tak ciemny, by nie móc go używać, ale po roztarciu wyszła pierwsza z jego wad, czyli różowe podtony, co dla osoby o żółtym kolorycie cery jest niestety nie do przejścia.




Będąc niemal całkowicie zniechęcona i w duchu przeklinając wyrzucone pieniądze, postanowiłam zaaplikować go na twarz, mając na uwadze, że azjatyckie kremy BB w większości bardzo ładnie dopasowują się do cery i licząc, że w tym przypadku będzie podobnie. No i cóż... krem początkowo dość mocno odznaczał się od szyi, dawał szarawo-różowy, niezdrowo wyglądający koloryt, ale po ok. pół godziny jakby zbalansował i dopasował się do odcienia mojej cery, choć i tak nie w 100%. Mimo to można już było bez wstydu wyjść w nim do ludzi.



Jak widać powyżej, nadał on mojej cerze chłodniejszy odcień, niż jej naturalny i mimo, iż nie wygląda to źle, to nie lubię takiego efektu, ponieważ lubię podkreślać swoją ciepłą karnację, a nie ją przytłumiać. Krycie jest na wysokim poziomie, radzi sobie ze średniego rodzaju nieprzyjaciółmi, ale wielkich, czerwonych wulkanów nie przykryje, zatem w takich wypadkach niezbędny będzie korektor. Plus za to, że krycie można budować, dokładając kolejne warstwy. Na powyższym zdjęciu mam nałożoną jedną cienką warstwę, ale i tak wyraźnie widać, jak ładnie wyrównał koloryt. Z innych plusów można dodać, że kosmetyki takie jak bronzer, czy róż bardzo ładnie się na nim rozcierają nie tworząc plam oraz, że całkiem nieźle matuje cerę, chociaż mimo to w ciągu dnia moja mieszana buźka wymaga przynajmniej jednokrotnego przypudrowania. Natomiast kolejna zagadkowa cecha tego kremu, poza kolorem, to jego trwałość. Bywają dni, że przez cały czas od rana do wieczora wygląda fantastycznie i się nie ściera, a czasem jest tak, że po paru godzinach staje się praktycznie niewidoczny na twarzy ;/. Nie mam pojęcia od czego to zależy, ponieważ już kilkukrotnie zwracałam na to uwagę, ale nieważne ile razy rozmawiałam w pracy przez telefon, podpierałam twarz rękoma itd., raz wyglądał super, a innym beznadziejnie. O co kaman?!

Podsumowując: Powiem tak, nie jest to krem zły, nie jest też średni. W skali 0 - 10 przyznałabym mu 4, ponieważ nigdy nie jestem w stanie przewidzieć, jak się w danym dniu zachowa. Mimo, że bardzo łatwo się go rozprowadza, pięknie pachnie, dobrze współpracuje z innymi kosmetykami, tak mimo wszystko nie jestem do niego przekonana, głównie z powodu koloru i trwałości, czyli najważniejszych cech podkładu idealnego. Co do obietnicy poprawiającej stan cery oraz wspomagającej walkę z niedoskonałościami, tutaj nie jestem w stanie się wypowiedzieć, ponieważ nie używam go na tyle regularnie, by mógł w tej kwestii coś zdziałać. Niemniej podczas używania nie zauważyłam zapchania, przesuszenia lub podrażnienia mojej twarzy. Generalnie można go wypróbować, krzywdy nie powinien zrobić i może akurat komuś będzie odpowiadał, ale ja z pewnością nie kupię go ponownie i z pokorą wrócę do mojego ukochanego Peach Sake Pore od Skinfood (mój pierwszy, koreański krem BB, który od razu okazał się być strzałem w dyszkę, recenzja TUTAJ). Na koniec, jako ciekawostkę powiem Wam, że pytałam o Petitka moją koleżankę, która swojego czasu mieszkała w Korei, bo byłam ciekawa, czy akurat kremy tej marki są lubiane i chętnie kupowane przez Azjatki. Koleżanka powiedziała mi, że mimo usilnych reklam, niestety miały one małe poparcie wśród konsumentów. Hmm, czyżby z tych samych powodów, o których pisałam?

Znacie produkty Holika Holika? Jakie inne azjatyckie kosmetyki, niekoniecznie kremy BB możecie mi polecić? Pozdrawiam Was ciepło :)

wtorek, 30 września 2014

Haul ubraniowo - kosmetyczny

Hej Słonka moje! Dzisiaj na szybciutko :) Tak, jak podejrzewałam, mój weekend mimo, iż 3-dniowy okazał się być wyjątkowo intensywny, więc pomijając fakt, że teoretycznie miałam wolne, znowu zasuwałam niczym chomik w kołowrotku, ale i tak było suuuper, bo chociaż plan był mocno napięty, znalazłam też czas na przyjemności :).

Dzisiaj przychodzę do Was z haulem z ostatnich kilku dni. Oczywiście nie obyło się bez zakupu ciuchów i rzecz jasna paru kosmetyków, z których posiadania nie ukrywam, jestem bardzo zadowolona :D. 



KOSMETYKI

Sama nie wiem co mi odbiło, ale ostatnio coraz częściej zaczynam stawiać na produkty marek selektywnych, tym samym sukcesywnie zmniejszając liczbę drogeryjnych (bynajmniej nie z racji tego, że uważam, że są gorsze, ale ot tak po prostu).

Będąc w Sephorze, nie mogłam oprzeć się przepięknej, malinowo-czerwonej pomadce Estee Lauder w odcieniu nr 304 Envious, która zachwyciła mnie sobą od pierwszego wejrzenia. Czyż nie jest przepiękna?! Niebawem napiszę o niej więcej w osobnym poście, ale już teraz zdradzę, że jest to zdecydowanie najtrwalsza pomadka z jaką miałam kiedykolwiek do czynienia :D.



Zapewne nieco się zdziwicie, ale zdecydowałam się także na zakup pełnowymiarowej wersji Aqua Brow marki Make Up Forever, bo chociaż do samego produktu nie byłam w 100% przekonana, o czym mogliście poczytać TUTAJ, to jednak dzięki kilku solidnym próbkom otrzymanym od koleżanki, tak bardzo przyzwyczaiłam się do podkreślania brwi za jego pomocą, że teraz nie wyobrażam sobie używać w tym celu innego kosmetyku. Postanowiłam zainwestować i nie żałuję, bo ten krem do brwi (jak go określa producent) jest piekielnie wydajny i z pewnością wystarczy mi na długi czas! Mój odcień to 40, czyli najciemniejszy z dostępnych ;).



Jako, że już dawno nie używałam typowego, koreańskiego BB, a liczebność moich bebików spadła z uwagi na fakt, że od wiosny używam ich niemal non stop, tym razem postanowiłam wypróbować propozycję marki Holika Holika, czyli Petit Cream BB w wersji Clearing. Niebawem również pojawi się recenzja owego produktu na blogu.



Na koniec kredka Catrice, która zachwyciła mnie swoim odcieniem. Głęboki kobalt, to jest kolor, który kocham!



UBRANIA

Tym razem prym wiodą buty. Tutaj zdecydowanie warto stawiać na jakość, a że moje wychodzone już Reeboki wypadało zmienić na lepszy model, stąd pokusiłam się na propozycję marki Nike decydując się na Air Max 90. Są cudowne!




Jak już przy Nike jesteśmy, ich skarpetki uwielbiam, bo są mega ciepłe, idealne na chłodne wieczory, więc jak dla mnie niezastąpione! :)



Drugie butki na jakie postawiłam, to już typowo jesienne, a nawet wczesnozimowe krótkie kozaki z grubym puchaczem w środku, co by nóżki nie zmarzły. Kto mnie zna, ten wie, że zmarzluch jestem okropny :P.




Kolejnym moim zakupem były ocieplane (a jak!) leginsy z printem norweskim. Renifery mnie urzekły, chociaż jak to określiła moja siostra - "te gacie wyglądają jak śpiochy" :D Ale mnie się kurcze podobają! ;))) I nie śmiejcie się! :P



Na koniec sweterek, ciepły, miękki, do połowy uda i w pozytywnym kolorze. Czego chcieć więcej :)



Uff, to by było na tyle :). Trochę poszalałam, ale przynajmniej uzupełniłam swoją kosmetyczkę i szafę o rzeczy, które mam nadzieję jakiś czas mi posłużą :).

Buziaki :*
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...