sobota, 18 lutego 2017

Bourjois Healthy Balance, puder którego początkowo nie doceniłam

Hej Kochani! Jak Wam mija weekend? Mnie całkiem nieźle, gdyż wreszcie powoli zaczynam wychodzić z domu, a moja kwarantanna dobiega końca, więc cieszę się jak bocian na żabę, że już mi lepiej i pomału wracam do zdrowia, łiiii :D.

Puder o którym chciałam Wam dzisiaj opowiedzieć, zakupiłam na ostatniej promocji -49% w Rossmannie (cena regularna to ok. 50 zł). Pomyślałam, że może okazać się idealnym uzupełnieniem mojego ukochanego Healthy Mix tej samej marki, więc odcień, który postanowiłam zakupić, odpowiadał numerkowi i nazwie podkładu, czyli 52 Vanilla.

Zacznijmy jednak od początku, czyli od opakowania. Tutaj nie mam większych zastrzeżeń. Szata graficzna jest miła dla oka, czytelna, plastik z którego wykonano puzderko mogłoby być lepszej jakości, ale tragedii nie ma. Do tego w środku znajdziemy dobrej jakości lusterko, co jest dodatkowym atutem.




Kolor pudru jest jasno żółty, dla mnie idealny, choć dla mocniejszych bladzioszków może okazać się ciut za ciemny, a z tego co wyczytałam na Internecie niestety nie ma wersji jaśniejszej (jeśli jednak jest, to proszę mnie poprawić, abym nie żyła w błogiej nieświadomości ;)).

Zgodnie z obietnicami producenta, kosmetyk ma za zadanie matowić naszą cerę przez 10h, wyrównywać jej koloryt, nadawać blask oraz zapewniać naturalny wygląd.

To, co zauważyłam już po pierwszym swatchu, to przede wszystkim konsystencja pudru. Jest on bardzo drobno zmielony i niesamowicie aksamitny w dotyku, przez co bezproblemowo nabiera się na pędzel i następnie rozprowadza na twarzy. Czasem łatwo nabrać go za dużo, ale nawet wtedy nie stanowi to problemu, bo na szczęście jest lekki i nie tworzy efektu maski, ani też nie daje mocnego, płaskiego matu, jaki otrzymuję np. od Stay Matte marki Rimmel.




Zapewne ciekawe jesteście dlaczego nie od razu się z nim polubiłam. Otóż dlatego, że przy pierwszych kilku podejściach zauważyłam, że w połączeniu z niektórymi podkładami, np. wspomnianym Healthy Mixem z tej samej przecież rodzinki, jak również Royal Matt od Bell oraz korektorem Maybelline Instant Anti Age, lekko oksydował na mojej twarzy, powodując przyciemnienie pokrytych nim stref. Bardzo nie lubię, kiedy zachodzi taka reakcja, bo to znaczy, że kosmetyku nie można być w 100% pewnym, dlatego po paru próbach obraziłam się na niego i odłożyłam na kilkanaście tygodni do szuflady.

Pewnego dnia jednak postanowiłam dać mu kolejną szansę i wypróbowałam na innym podkładzie oraz innym korektorze, w rezultacie czego... jego działanie mnie powaliło! Nigdy dotąd po żadnym pudrze moja twarz nie wyglądała tak zdrowo i ładnie jak właśnie po nim. Pięknie utrwalił korektor pod oczami, nie podkreślając jednocześnie zmarszczek mimicznych oraz zmatowił moją mieszaną cerę na tyle dobrze, że przez kilka godzin (ok. 4-6h, w zależności od okoliczności) wyglądała jakby była kompletnie nie muśnięta pudrem, gdyż jego wygląd na mojej cerze okazał się być bardzo naturalny. Od tamtej pory przestałam sięgać po inne pudry, gdyż ten zapewnia mi wszystko, czego oczekuję od tego rodzaju kosmetyków. Ponad to dostrzegłam, że dzięki swojemu żółtemu zabarwieniu, pięknie redukuje delikatne różowawe tony w niektórych podkładach (np. True Match w odcieniu 2N Vanilla), za co ma u mnie dodatkowy plus.

To, co jeszcze mogę dodać na zakończenie to na pewno fakt, że świetnie współpracuje z innymi kosmetykami typu róż, czy brązer, nie podkreśla suchych skórek oraz posiada przyjemny, owocowy zapach, charakterystyczny dla produktów linii Healthy. Do tego nie zapchał mnie, nie uczulił, nie przesuszył, nie tworzył efektu "ciasta", ani też nie spowodował innego dyskomfortu, przez co na tą chwilę zostaje moim ulubieńcem w dziedzinie pudrów do twarzy, choć na nowych podkładach i korektorach radziłabym z nim uważać i pierwszą próbę przeprowadzać najlepiej w domu, co by nie sprawił niespodzianki.

Z miłą chęcią poczytam, czy miałyście już okazję go wypróbować, czy macie może innych faworytów, a jeśli tak to jakich? Udanego weekendu Robaczki :*.

środa, 15 lutego 2017

Lakier hybrydowy Semilac - 097 Indian Roses

Cześć Kochani! Jak minęły Wasze Walentynki? Mam nadzieję, że miło spędziliście czas ze swoimi połówkami, jak również liczę, że i single nie narzekały na nudę. Mnie w tym roku ominął walentynkowy szał, ponieważ przymusowo musiałam spędzić ten dzień w domu, gdyż wciąż mam poospową kwarantannę, choć na szczęście już ostatni tydzień i niebawem znowu będę mogła być na pełnych obrotach, uff!

Dzisiaj chciałabym Wam przedstawić kolejny kolorek lakieru hybrydowego marki Semilac, tym razem dość popularny 097, czyli Indian Roses.




Jest to odcień przybrudzonego, średnio ciemnego, pudrowego różu z wyraźnymi, beżowymi tonami, który jako pierwszy ze wszystkich Semilaków jakie posiadam, nie do końca przypadł mi do gustu.

Nie wiem, czy to wina mojego kolorytu skóry, czy konkretnie tego odcienia, ale mam wrażenie, że na moich dłoniach prezentuje się zdecydowanie zbyt poważnie, jak u "starej maleńkiej", przez co nie do końca się polubiliśmy. Znacznie bardziej widziałabym go u kobiet 45+, które myślę, że lepiej by się w nim odnalazły, niż młode dziewczyny, a już na pewno nastolatki.






Trwałość jak zwykle okazała się bez zarzutu, czyli u mnie standardowo tydzień od nałożenia do ściągnięcia. Do pełnego krycia potrzebowałam 2 cienkich warstw, ale mimo to nie czuję się w pełni usatysfakcjonowana tym manicurem, choć trzeba przyznać, że kolor sam w sobie jest całkiem ładny (choć wciąż mam wrażenie, że nieco "babciny"), stosunkowo neutralny i nie rzucający się w oczy, więc teoretycznie nie powinnam się czepiać, ale mimo to coś mi w nim nie gra. Najpewniej dam mu jeszcze szansę, ale wątpię, czy się przekonam, a Wy co myślicie? Też uważacie, że lepiej by się prezentował na dojrzałych dłoniach? Jak zwykle czekam na Wasze opinie pod wpisem :*

sobota, 11 lutego 2017

Body Boom peeling kawowy z mango, czy sprostał oczekiwaniom?

Witajcie! Pomimo, że moje ciało wciąż przyozdabiają czerwone kropy, czuję się już na tyle dobrze, że postanowiłam podzielić się z Wami moją opinią na temat jednego z bardzo popularnych ostatnio peelingów polskiej marki Body Boom, który to przypadkiem dorwałam miesiąc temu w jednej z drogerii w moim mieście. Peelingi te zdobyły popularność przede wszystkim dzięki naturalnym składnikom, które w połączeniu z obłędnymi zapachami mają zapewnić nam skuteczne oczyszczenie i odżywienie ciała. Czy tak się rzeczywiście stało?

Pierwsze na co zwróciłam uwagę to ekologiczne opakowanie, czyli tektura z zapięciem wielokrotnego użytku. Rozwiązanie fajne, choć nieco niepraktyczne, ponieważ podczas kąpieli, tektura lubi łapać wilgoć, więc po kilku użyciach nie wygląda już tak estetycznie jak na początku. Jednak nie jest to problem, gdyż peeling jako że jest w postaci sypkiej, zawsze możemy przesypać do opakowania zastępczego.



Skład, nawet jak na moje laickie oko wydaje się być bardzo ok.



Jak wspomniałam wyżej, peeling jest sypki, aczkolwiek lekko wilgotny. W zasadzie może się wydawać, że jest to słabiutko zbita kawa z jakimiś drobnymi dodatkami, jednak cała jego moc ujawnia się dopiero po zwilżeniu tej masy i rozprowadzeniu jej po ciele.



Już podczas pierwszych kilku ruchów, wyraźnie czuć peelingującą moc drobinek kawy, połączoną z natłuszczającymi olejkami, które mają za zadanie nawilżyć naszą skórę. Pod względem siły ścierania określiłabym go jako średnio mocny. Lubię mocniejsze, ale ten też fantastycznie daje radę i rzeczywiście skutecznie oczyszcza skórę. Po pozostawieniu go zgodnie z zaleceniami producenta przez 5-10 minut i później zmyciu, skóra jest bardzo ładnie nawilżona, a jednocześnie nie mam wrażenia oblepienia, jakie bardzo często potrafią dawać olejki, czy też parafina zawarta w innych peelingach, więc za to ogromny plus. Już po pierwszym użyciu moje ciało było przyjemnie wygładzone i miłe w dotyku na tyle, że nie musiałam nakładać dodatkowo balsamu. Ponad to intensywny zapach kawy w połączeniu z mango utrzymywał się przez kilka dobrych godzin, a trzeba nadmienić, że jest to zapach przyjemny, owocowy i nie ma w sobie ani grama sztuczności, jaką czasem można spotkać w innych tego typu produktach. Co do zwalczania cellulitu oraz rozstępów niestety nie jestem w stanie się wypowiedzieć, gdyż saszetka wystarczyła mi na zbyt małą liczbę użyć, abym mogła zauważyć efekty.

Czy polecam? Hmm, tutaj dochodzimy do kwestii spornej. Owszem, jestem co prawda bardzo zadowolona z działania, jednak cena 60 czy 65 zł za 200 gramowe opakowanie to przyznajmy - całkiem spory kawałek grosza. Moją małą saszetkę o pojemności 30 g kupiłam za 10 zł i starczyła mi na 3 razy, kiedy to standardowy peeling za 20 zł starcza mi na ok. 10 użyć, a efekt na skórze potrafi być bardzo zbliżony. Także tutaj decyzję co do celowości zakupu pozostawiam Wam. Ja raczej nie skuszę się na pełnowymiarową wersję, bo za tą samą cenę mogę mieć 3 inne peelingi, o różnych właściwościach i zapachach, także zapewne przy tej opcji pozostanę, gdyż lubię różnorodność.

Napiszcie mi proszę, czy miałyście już styczność z kosmetykami Body Boom, a jeśli tak, to jakie są Wasze odczucia. Ja tymczasem zmykam do łóżka dalej się wygrzewać i życzę Wam udanego weekendu! :*
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...