Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bazy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bazy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 czerwca 2017

"Meteorytowa" baza rozświetlająca - Catrice Pure Radiance Glowrizer

Cześć Słoneczka! Na Śląsku wspaniała aura wprost zachęca do wyjścia na dwór. Z tego też powodu dość mało mnie ostatnio w domu, bo aż żal nie wykorzystywać pięknych, słonecznych chwil i ciepłej pogody. A jako, że z małymi wyjątkami w ostatnich dniach słońca mamy pod dostatkiem, warto postawić również na subtelne rozświetlenie naszej skóry.

Jako posiadaczka cery mieszanej, nigdy nie przepadałam zarówno za bazami jak i podkładami rozświetlającymi, obawiając się, że osiągnę efekt odwrotny od zamierzonego, czyli jeszcze bardziej podkreślę świecenie i to niekoniecznie to eleganckie, na którym każdej z nas zależy. Przyjęło się bowiem, że mieszany typ skóry należy matować i nie dopuszczać do tego, aby zaczęła się brzydko błyszczeć w środku dnia. Jednak co, gdyby udało się połączyć cerę mieszaną ze świeżym blaskiem rodem z Hollywood? :)

W tym celu pomoże nam genialna, podkreślę raz jeszcze - GENIALNA baza pod makijaż marki Catrice o nazwie Pure Radiance Glowrizer, która niedawno weszła na polski rynek. Jest maleńka, idealna na wyjazd, ponieważ zgrabna, szklana buteleczka zawiera jej tylko 15 ml.



W środku znajdziemy połyskujące, żelowe perełki, które pod wpływem nacisku pompki pękają, zamieniając się w płynną, rozświetlającą konsystencję, którą w tej postaci możemy już bezpośrednio nanosić na twarz.




Aplikacja jest banalnie prosta, gdyż baza ma tak wodnistą strukturę, że wchłania się dosłownie w kilka sekund, przez co niemal natychmiast buzia staje się lekko nawilżona i przygotowana do nakładania dalszego makijażu, a do tego bardzo przyjemny zapach uprzyjemnia nam cały proces. Jeśli obawiacie się jakichkolwiek drobinek, to z góry uprzedzam, że w tym produkcie akurat je znajdziecie, ale spokojnie, bo o ile saute, bez grama makijażu widać je na cerze gołym okiem (przy czym nie jest to chamski brokat, tylko bardziej jak gdybyście delikatnie dmuchnęły w sypki rozświetlacz i połyskliwe drobinki przeniosły się Wam lekko na twarz), o tyle po nałożeniu podkładu stają się całkowicie niewidoczne, przy czym buźka wygląda na bardzo promienną, świeżą i wypoczętą. Coś wspaniałego!



Co ważne, baza faktycznie przedłuża trwałość makijażu zgodnie ze swoim przeznaczeniem. Pomimo wysokich temperatur, makijaż jest w stanie wytrzymać o kilka godzin dłużej, niż standardowo. Nie zauważyłam też, aby jakiekolwiek kosmetyki na nią nałożone, zachowywały się inaczej, niż zwykle. Ponad to spisuje się o wiele lepiej, niż podobna, perełkowa baza z Bielendy, bo choć tę drugą wypróbowałam dopiero kilka razy to nie do końca jestem z niej zadowolona, gdyż nie zauważam praktycznie żadnych efektów jej użycia, w przeciwieństwie do tej, choć i tamtej dam jeszcze szansę, aby nie skreślać na starcie.

Jeśli macie w pobliżu szafę Catrice, to bezsprzecznie zachęcam Was do przyjrzenia się z bliska temu produktowi, bo a nuż pokochacie go tak samo mocno jak ja :).Ogromnie żałuję, że jest to edycja limitowana, ponieważ po jej wykończeniu będę się musiała rozejrzeć za godnym następcą, a już teraz wiem, że może być ciężko. Cena bazy wynosi 22 zł. Polecam!

środa, 25 lutego 2015

Moje kosmetyczne hity!

Cześć! To, że jestem wielbicielką wszelkiego rodzaju kolorówki wiadomo nie od dziś. Kosmetyki do pielęgnacji nigdy specjalnie mnie nie fascynowały, choć oczywiście zdaję sobie sprawę, jak wielki wpływ mają na nasz finalny wygląd. W końcu nawet najlepszy i najdroższy podkład nie będzie ładnie wyglądał na zaniedbanej cerze. Mimo wszystko, to właśnie produkty do makijażu zdecydowanie zdominowały mój kosmetyczny świat, szafki w moim pokoju oraz oczywiście tego bloga, dlatego też w dzisiejszej notce to właśnie na nich postanowiłam się w głównej mierze skupić i przedstawić Wam swoich ulubieńców.

Poznajcie zatem złotą dziesiątkę (kolejność całkowicie przypadkowa):



1) Szampon BabyDream ułatwiający rozczesywanie włosów z ekstraktem z kiełków pszenicy.



Miała być sama kolorówka, ale jak widać zdarzył się wyjątek ;). Szampon ten jest nowszą wersją standardowego BabyDream, dostępnego w Rossmannie. Rzeczywiście, zgodnie z obietnicami producenta świetnie radzi sobie zarówno z rozczesywaniem włosów, ale też genialnie zmiękcza włosie pędzli, jeśli akurat zamierzamy używać go do ich mycia. Do tego nie szczypie w oczy i bez problemu nada się dla także dla delikatnych włosków dzieci, którym w założeniu jest dedykowany. Na razie mój niekwestionowany hit z racji swojej wielofunkcyjności.

2) Rozświetlacz Mary Lou Manizer (pisałam o nim: TU i TU)



Już dwa razy zachwycałam się nim na blogu, pozachwycam i trzeci ;). Jest to zdecydowanie najlepszy rozświetlacz z jakim w życiu miałam do czynienia, tworzący piękną, jednolitą taflę błysku, bez paskudnych drobin brokatu. Polecam go każdemu, bez względu na rodzaj cery i jej koloryt, gdyż nie spotkałam dotychczas osoby której by on nie pasował. Jeśli jednak jakimś cudem dana osoba źle czułaby się z nim w roli rozświetlacza, bez problemu może posłużyć także jako cień do powiek. Ideał i ulubieniec w jednym!

3) Podkład Lancome Miracle Air de Teint




Moje niedawne odkrycie, zgodnie z obietnicami producenta - 25 razy lżejszy od standardowego podkładu. Ma bardzo leistą konsystencję, jest w zasadzie jak woda, a przy tym zaskakuje w miarę niezłym kryciem od lekkiego w stronę średniego. Zachwycił mnie przede wszystkim tym, jak wygląda na mojej twarzy (a wygląda przepięknie!), trwałością i meeega wydajnością. Czas na osobną recenzję przyjdzie niebawem, ale na razie mogę powiedzieć tyle, że póki co jestem nim zafascynowana i coś czuję, że nie prędko ta fascynacja minie.

4) Farbka do brwi Make Up For Ever Aqua Brow (pisałam o niej TU i TU)



Kosmetyk, którego początkowo w ogóle nie byłam pewna z uwagi na obawy dotyczące wysychania. Jak wiecie, miałam kilka sporej wielkości odlewek, które w próbnikach wytrzymywały ok 2 tygodni, po czym zasychały na wiór, przez co obawiałam się, że w oryginalnym opakowaniu sytuacja może mieć się podobnie, ale na szczęście były to tylko płonne obawy. Po zużyciu kilku próbek, tak mocno przyzwyczaiłam się do używania tej farbki, że kupiłam w końcu pełnowymiarówkę i dziś nie wyobrażam sobie jej nie mieć. Cudownie podkreśla brwi i możemy dzięki niej uzyskać efekt zarówno delikatny, dzienny, jak i zdecydowanie bardziej wyrazisty. W swojej dziedzinie nie ma równych, a to że posiada parę wad, jestem w stanie jej wybaczyć ;).

5) Róż Sleek Blush Life's A Peach (pisałam o nim TU)



Mocno wyeksploatowany i pomału dobijający końca, mój ukochany od pierwszego użycia róż, o którym wyśpiewałam już tyle pieśni pochwalnych (głównie na Waszych blogach), że wystarczy. Nie wiem dlaczego nie doczekał się osobnej recenzji, ale koniecznie muszę to nadrobić, póki jeszcze jestem w stanie go używać. Bez wątpienia zakupię kolejną sztukę, gdyż efekt, jaki daje na moim licu jest nie do podrobienia. Na ogromny plus kolor, trwałość i genialna z nim współpraca bez zacieków i plam. Jest po prostu cudowny!!!

6) Bronzer W7 Honolulu (pisałam o nim TU)



Początkowo nie byłam do niego przekonana, co możecie przeczytać w recenzji na jego temat, jednak po półtora roku od pierwszego użycia stwierdzam, że tak - nauczyłam się z nim współpracować i teraz uważam, że jest to na prawdę dobry produkt za niewielkie pieniądze. Nauczyłam się go rozcierać, tworząc ładny, zadowalający efekt na policzku, choć nadal uważam, że gdyby był nieco jaśniejszy i trochę łatwiejszy w obsłudze, z pewnością zyskałby jeszcze większą liczbę zwolenników. Z pewnością do ideału mu sporo brakuje, ale generalnie jest fajny i spokojnie mogę go polecić bardziej wprawnym rękom :).

7) Baza pod makijaż Max Factor Face Finity (pisałam o niej TU)



Ukochana baza, jak dla mnie bez żadnych wad! Jeśli kiedyś ją wycofają - depresja pewna ;) Więcej rozpisałam się w recenzji do której Was odsyłam, gdyż tam zostało powiedziane już wszystko na jej temat.

8) Pomadka Rimmel Airy Fairy (pisałam o niej TU)



Nie do końca doskonała szminka, ale za to posiadająca wyjątkowy kolor, który w 100% pokochałam. To on mnie zachwycił i absolutnie do niej przekonał, ponieważ sama szminka jest dość sucha i tępawa, więc z pewnością nie zdobyłaby mojego uznania gdyby nie sam odcień, który dla mnie jest wprost idealny!!!

9) Pomadka Catrice 240 Hey Nude



Mój nowy nabytek. Bardzo kremowa i pięknie kryjąca szminka w kolorze jasnego (nie trupiego) różu, wspaniale pasująca do większości typów urody. Niedługo pojawi się jej osobna recenzja, ale już dziś zachęcam Was do przyjrzenia jej się z bliska w drogeriach, gdzie znajdują się szafy Catrice. Uwielbiam ją!

10) Eyeliner Wibo



Tani i bardzo, ale to bardzo dobrej jakości produkt, który podobnie jak brzoskwiniowy róż Sleek'a nie doczekał się osobnej recenzji na moim blogu :(. Kosztuje ok 7 zł, ale jego jakość spokojnie wyceniłabym na 3 razy tyle. Precyzyjny pędzelek, głęboka czerń, trwałość oraz przystępna cena sprawiają, że jestem mu wierna od lat (był to mój pierwszy eyeliner w życiu!) i jeśli kiedykolwiek chciano by go wycofać, pierwsza będę protestować :D. Bez wątpienia najlepszy w swojej dziedzinie i nie mający sobie równych!!!


Uff, dobrnęliśmy do końca :). Jestem ciekawa, czy na Waszych prywatnych listach ulubieńców znalazł się któryś z kosmetyków, które dzisiaj pokrótce opisałam. Jeśli nie, to bez dwóch zdań , koniecznie musicie przyjrzeć się im z bliska, bo są zdecydowanie warte uwagi i kto wie, może dzięki nim Wasz świat makijażu ulegnie małej rewolucji?  Koniecznie dajcie znać w komentarzach :).

czwartek, 18 grudnia 2014

Moja ulubienica! Baza pod makijaż Max Factor Facefinity All Day Primer - recenzja na życzenie czytelników

Dzień dobry :) Dzisiaj opowiem Wam o kosmetyku, który niedawno (w tym poście ---> KLIK) wychwalałam, jako najlepszą bazę pod makijaż ze wszystkich, jakie miałam okazję dotychczas stosować i którego recenzją było zainteresowanych wiele moich czytelniczek. A że obietnic lubię dotrzymywać, stąd kilka moich słów w tym temacie :).

Baza zamknięta jest w szklanym pojemniczku, o pojemności 30 ml, z wygodną pompką, którą można odkręcić, dzięki czemu nie będzie problemu z wykończeniem produktu do samiutkiego końca. Pompka ma także funkcję blokady dopływu powietrza, żeby kosmetyk za szybko się nie zepsuł. Aby ją zwolnić, wystarczy delikatnie przekręcić czarną górę pompki i już można korzystać z kosmetyku. Po aplikacji przekręcamy w drugą i już zawartość jest chroniona. Proste, a jakie praktyczne!




Konsystencja bazy różni się od dotychczas mi znanych. Ma bardzo kremową, niesilikonową formułę, która perfekcyjnie rozprowadza się na skórze zostawiając film, który uwaga - nie jest tłusty, a wyraźnie czuć, że wyjątkowo dobrze nawilża cerę! Na prawdę z ręką na sercu powiem Wam, że żaden krem na dzień nie zapewnił mi takiego efektu nawilżenia cery, jak ta baza, co najmocniej czuję podczas zmywania wieczornego makijażu. Po umyciu twarz jest miękka i niesamowicie miła w dotyku, jakbym dopiero co zmyła głęboko nawilżającą maskę!



Pomimo codziennego używania, baza nie zapchała mnie i pięknie utrzymywała makijaż w ryzach, gdyż bez poprawek wytrzymywał on w zależności od użytego podkładu 6-12 h. Najlepiej spisała się na prawie niezniszczalnym podkładzie Estee Lauder Double Wear, ponieważ dzięki niej, po całodziennej dniówce w pracy, spokojnie mogłabym jeszcze wyjść na balangę do białego rana i podejrzewam, że makijaż zbyt mocno by na tym nie ucierpiał.

Ogromny plus należy się również za idealne, bardzo szybkie wchłanianie do całkowitego matu, to, że ciężko z nią przesadzić nakładając za dużą ilość oraz za wydajność, bo jest dość spora. Pół pompki spokojnie wystarczy na pokrycie całej buźki. Kolejny pozytyw jest taki, że nadaje się dla osób z cerą mieszaną, choć przede wszystkim szczególnie powinny polubić ją osoby zmagające się z cerą suchą. Przy tłustej nie wiem, jak się zachowa, ale moją strefę T (paskudnego tłuściocha) ładnie uspokoiła, nie powodując świecenia przez długie godziny. Co jeszcze, hmm... trzeba przyznać, że samo opakowanie jest ładne, bardzo higieniczne i fajnie wygląda pośród innych kosmetyków, a napisy nie ścierają się pomimo intensywnego używania.

Za bazę tą trzeba zapłacić ok 50-60 zł na stronach internetowych, gdyż nie widziałam jej do tej pory na polskich półkach sklepowych (albo się nie przypatrzyłam, ale dotychczas nie wpadła mi w oko, jeśli gdzieś Wam mignęła - dajcie koniecznie znać). Z czystym sumieniem polecam ją Waszej uwadze, bo jestem przekonana, że większość z Was pokochałaby ją od pierwszego użycia. Ja z pewnością do niej wrócę, gdyż jak wcześniej wspomniałam, do tej pory nie znalazłam godnego zastępstwa, już nie mówiąc o kosmetyku tego typu jeszcze lepszej jakości. Aktualnie mój niepodważalny number 1!

sobota, 29 listopada 2014

Baza po makijaż The POREfessional by Benefit

Cześć! Jak zwykle nadaję do Was w weekend, tym razem Andrzejkowy. Mam nadzieję, że dzisiejszy wieczór upłynie Wam pod znakiem dobrej zabawy i wróżb, bo w końcu to Wigilia Św. Andrzeja. Ja na dziś co prawda większych planów nie mam, ale za tydzień o tej porze zapewne będę już w Krakowie, powoli szykując się z moją ekipą na... ale o tym opowiem przy innej okazji ;).

Dzisiaj za to mam przygotowaną dla Was recenzję, chyba najpopularniejszej bazy w blogosferze, a mianowicie POREfessional marki Benefit. Bazę tą można zakupić w dwóch pojemnościach - 7,5 ml za 45 zł i 22 ml za ok 120 zł.

Opakowanie to kartonowe pudełeczko, o schludnej i przejrzystej szacie graficznej, skrywające w środku niewielką tubkę z bazą.





Sama baza jest koloru cielistego, a jej konsystencja przypomina gęsty krem, bardzo gładko sunący po skórze i pozostawiający na niej matowy film. Zapach jest przepiękny! Perfumowany, ale nie nachalny, cudowny! Baza nadaje się do stosowania zarówno na wybrane partie, jak i całą twarz. Ja lubię używać ją zwłaszcza na strefę T, która niestety lubi się u mnie mocno przetłuszczać :(.



Jeśli chodzi o efekty, baza ta rzeczywiście przedłuża trwałość makijażu, jednak mimo to w ciągu dnia make up wymaga poprawek. Jest to trochę irytujące, ponieważ w moim odczuciu baza z założenia powinna na tyle długo trzymać makijaż w ryzach, by poprawki nie były konieczne. To, co przede wszystkim obiecuje producent po użyciu tego kosmetyku to zminimalizowanie widoczności porów i tutaj faktycznie spisuje się całkiem nieźle, choć również nie idealnie. Niestety moja skóra ma tendencje do rozszerzonych, chociaż na szczęście mało widocznych porów, dlatego też miałam nadzieję, że po użyciu tego produktu, przynajmniej wizualnie problem ten całkowicie pójdzie w zapomnienie, ale nie do końca tak się stało, ponieważ po ok 4h od nałożenia, pory ponownie było widać i trzeba było nałożyć kolejną porcję bazy, by je optycznie ukryć. Wydajność produktu jest bardzo dobra, ponieważ wystarczy maleńka ilość, by równomiernie pokryć całą twarz, jednak konieczność minimum dwukrotnego nakładania bazy w ciągu dnia powoduje, że jej wydajność w tym wypadku nieco spada. Na koniec dodam, że podczas jej używania nie odczułam ściągnięcia skóry, przesuszenia lub zapchania, przy czym używam jej raz na kilka dni, nie codziennie.

Generalnie przyznam, że jestem z niej dość zadowolona, aczkolwiek porównując ją do bazy Max Factor Face Finity Primer wypada słabo. Jeśli chcecie, mogę Wam przygotować recenzję bazy Max Factor, ponieważ aktualnie to najlepsza baza z jaką do tej pory miałam styczność, aczkolwiek myk jest taki, że jest nie do dostania w Polsce (chyba, że w sklepach internetowych lub Allegro). Koniecznie dajcie znać w komentarzach.

Życzę Wam Kochani udanych Andrzejek, ściskam mocno :*

sobota, 27 września 2014

Baza pod makijaż Sephora - Smoothing primer (Base lissante)

Cześć! Dzisiaj przychodzę do Was z notką na temat jednego z kosmetyków, który do tej pory był przeze mnie traktowany mocno po macoszemu. Dotychczas tylko raz miałam do czynienia z bazą pod makijaż (dokładnie mówiąc - z bazą Sorayi, której mimo wszelkich chęci, nie udało mi się zdenkować do końca) i niestety od tamtej chwili, a było to już kilka ładnych lat temu, dość mocno zraziłam się do tego rodzaju produktów. Baza Sorayi, która była moją pierwszą i jak na razie jedyną bazą, nie tylko niewiele dobrego zdziałała pod względem przedłużenia trwałości mojego makijażu, ale także znacząco wpłynęła na ówczesne pogorszenie się stanu mojej cery, co spowodowało, że będąc już blisko końca opakowania, nie wytrzymałam i zwyczajnie wyrzuciłam resztkę do kosza. Od momentu tego przykrego incydentu, z daleka omijałam podobnego rodzaju kosmetyki.

Ostatnio jednak miałam okazję wypróbować bazę pod makijaż marki Sephora, dzięki otrzymaniu w gratisie 5 saszetek o pojemności 1,5 ml każda, co stanowi połowę pełnowymiarowego opakowania. Jest to opcja w sam raz na porządne przetestowanie produktu bez jednoczesnej konieczności zakupu.




Cóż mogę powiedzieć na temat działania. Otóż czytałam na Wizażu, że dziewczynom ta baza raczej nie do końca odpowiada i większość z nich ma jej dużo do zarzucenia. Jak dla mnie, poza jedną istotną wadą i drugą trochę mniejszą, które zauważyłam podczas codziennego jej używania, nie jest to taki całkiem fatalny produkt.

Jej konsystencja to przezroczysta, taka dość śliska i lekko jakby wilgotna maź, która wygładza strukturę twarzy oraz daje znakomity poślizg dla podkładu.



Nakładałam ją rano w okolicach godziny 7.30, a cały makijaż zmywałam późnym wieczorem (zazwyczaj w okolicach 23.00). Podczas dnia bardzo ładnie przedłużała trwałość makijażu z tym, że właśnie... przechodzimy do wady nr 1, tej mniejszej - mianowicie, solidne przedłużenie trwałości zauważyłam głównie na wysokopółkowych, dobrych jakościowo podkładach. Przepięknie utrzymała mi Estee Lauder Double Wear i Dior Diorskin Forever (które nałożone samodzielnie, pomimo wysokiej oporności na ścieranie, rozmazywanie itp., mało efektownie prezentowały się w godzinach wieczornych). W obu tych podkładach, z bazą pod spodem, po całym dniu spędzonym w pracy, mogłabym jeszcze spokojnie wybrać się na jakąś szaloną imprezę w klubie, bo wyglądały tak świeżo, jakbym dopiero co je nałożyła! Na nieco słabszych, drogeryjnych podkładach, trwałość niestety również była słabsza, niemniej baza trochę przedłużała żywotność całego makijażu, chociaż i tak w ciągu dnia niezbędne były poprawki.

Drugi minus, będący moim zdaniem najważniejszym to fakt, że po dłuższym używaniu produkt ten zapycha, powodując powstawanie pryszczy i wągrów :(. Po tygodniu regularnego stosowania bazy wystarczyło nagle ją odstawić, by po kolejnych 2-3 dniach, przy pomocy Effaclaru Duo, ponownie cieszyć się gładką buzią. Niestety, przy kilku ponownych aplikacjach z rzędu problem się powtórzył, dlatego teraz używam jej sporadycznie.

Sama nie do końca wiem, co o niej sądzić. Niby się sprawdza, ale nie w 100%, a do tego wszystkiego pogarsza stan cery. Mimo to, używanie jej jest przyjemnością, bo świetnie się rozprowadza i daje znakomity poślizg dla podkładów, bez względu na ich formę (fluid, mus, minerał). Cena pełnowymiarowego opakowania wynosi ok 50 zł i za tyle na pewno bym jej nie kupiła, gdyż podejrzewam, że na rynku można znaleźć o wiele lepsze jakościowo bazy, w niższej cenie. Pomimo tych wad, moje próbki z pewnością zostaną wykorzystane, niemniej raczej nie skuszę się na zakup, gdyż z moich obserwacji wynika, że w tym przypadku nastąpił przerost formy nad treścią.

Na koniec wrzucam Wam skład (ponoć lepszy, niż bazy z Sorayi):



To by było na tyle. Ciekawa jestem jakie Wy bazy polecacie i używacie. Które z nich są dla Was niezastąpione? Niebawem spodziewajcie się kolejnych notek, gdyż mam już gotowe zdjęcia i przede wszystkim pomysły na nowe posty. Udanego weekendu Wam życzę, bo mój znowu prawdopodobnie będzie hardcore'owy, mimo że w poniedziałek mam wolne :). Buziaki :*

piątek, 29 czerwca 2012

Paczki, paczuszki :D

Nareszcie mogę poinformować, że moja praca magisterska została w całości ukończona! :D Uff... nawet nie macie pojęcia jaki odczuwam chwilowo spokój. Pozostało mi tylko czekać na akceptację promotora i pomału przygotowywać się do obrony :D

W międzyczasie otrzymałam dzisiaj aż 3 paczki. Jedną wymiankową z Ilonką, a dwie w ramach współpracy z firmą Igruszka oraz Quiz Cosmetics. A oto moje wspaniałości:


Od Ilony otrzymałam pomadkę Celia Esencja kobiecości nr 1, paletkę poczwórnych cieni w odcieniach różu - Avon Pink Sands, pomadkę Vipera Just Lips nr 16 (cudowna jest!) i złoty pigment Avon Color Trend. Dziękuję Ci Kochana za udaną wymianę, rzeczy są wspaniałe i w 100% zgodne z opisem :)



Od Igruszki dostałam do przetestowania mascarę wydłużającą rzęsy i liner w pisaku firmy Grashka. Oczywiście, jak to ja musiałam od razu wypróbować i na razie powiem jedynie tyle, że jestem zachwycona, ale dlaczego to dowiecie się w następnym odcinku ;)




Od Quiza z kolei otrzymałam 2 lakiery Safari, błyszczyk Glance Shine i seledynową kredkę do oczu - testy wkrótce, ale już teraz Wam powiem, że błyszczyk, który miałam przyjemność już raz użyć jest świetny, a baza bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła!


Ale jestem przeszczęśliwa z tych moich dzisiejszych łupów. Z tej strony bardzo chciałam jeszcze raz podziękować Ilonie za wymianę, a firmom za udostępnienie mi produktów do testów. Recenzje pojawią się niebawem :D

środa, 11 kwietnia 2012

Art Deco Eyeshadow Base

Cześć Dziewczyny! Czy u Was dzisiaj też takie piękne słoneczko za oknem? Ja już pomału czuję w powietrzu zbliżające się lato (moją ulubioną porę roku) i nie mogę doczekać się momentu kiedy wreszcie wyjmę z szafy letnie ubrania :) Jednak zanim to nastąpi, postanowiłam przybliżyć Wam dzisiaj jeden z moich ulubionych produktów, który od momentu pierwszego użycia na dobre zagościł w mojej kosmetycznej szafce. Mowa oczywiście o chyba najlepszej bazie do cieni jaką wymyślono, czyli Art Deco Eyeshadow Base.

Przyznaję bez bicia, że nie wierzyłam w jej skuteczność, dopóki sama jej nie wypróbowałam po przeczytaniu wszelkich pieśni pochwalnych na wizaz.pl  >>> KLIK <<<. Po ponad roku używania mogę już śmiało powiedzieć, że były to jedne z najlepiej wydanych pieniędzy na kosmetyki w moim życiu.

Jak już kilkukrotnie wspomniałam we wcześniejszych postach moją zmorą są przetłuszczające się, opadające powieki, (nie dość, że nałożone cienie ledwo co widać, to do tego wałkują się niemiłosiernie w załamaniach). Po użyciu bazy moje problemy niemal natychmiast zniknęły - cienie wytrzymują cały dzień, nie rolują się, do tego baza pieknie wyciąga ich kolor sprawiając, że jest delikatnie intensywniejszy, niż gdybyśmy zastosowały je bezpośrednio na powiekę.

Moje małe cudo ma zaledwie 5 ml (jest baaaardzo wydajne), kosztuje 30 zł w Douglasie (moim zdaniem cena w stosunku do jakości nie jest wygórowana) i wygląda tak:


Baza zawiera mikroskopijne drobinki, które subtelnie potęgują koloryt nałożonych cieni



Istnieją dwie wersje - zapachowa i bezzapachowa. Ja mam tą pierwszą i muszę przyznać, że pachnie po prostu ślicznie (tak męsko mmm). Konsystencja jest bardzo dobra, łatwo rozprowadzająca się. Gdybym miała wskazać jakieś minusy - hmm... przyciemnianie cieni może być irytujące oraz nieco zwiększona trudność w ich nakładaniu. Innych zastrzeżeń nie mam.

Ta recenzja, jak i każda inna zamieszczona na tym blogu jest wyłącznie moją subiektywną opinią, nie podyktowaną współpracą z jakąkolwiek firmą.

A Wy znacie już Art Deco? :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...