Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pielęgnacja twarzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pielęgnacja twarzy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 września 2017

La Roche Posay - Toleriane, łagodny żel oczyszczający do mycia twarzy

Hej! Toleriane jest drugim żelem do mycia twarzy marki La Roche Posay, który miałam przyjemność stosować. Zastanawiało mnie, czy sprawdzi się równie dobrze jak Effaclar, który polubiłam łącznie z kremem o tej samej nazwie.




Konsystencja tego kosmetyku jest dość specyficzna, bo pomimo, że jest wodnista, to jednak na tyle tępa, że zanim zaczniemy nakładać żel na twarz, trzeba najpierw dodać do niego sporo wody, a następnie zgodnie z zaleceniami producenta - spienić go w dłoniach, by kolejno przejść do samego mycia.



Żel świetnie sprawdził się w przypadku zmywania resztek makijażu, pozostałych po uprzednim demakijażu. Jest rzeczywiście łagodny i nie ściąga lekko skóry po umyciu jak to miało miejsce w przypadku Effaclaru. Podczas dłuższego stosowania dostrzegłam też redukcję niedoskonałości, a te które się w międzyczasie pojawiały, były znacznie mniej kłopotliwe i szybciej znikały.




Co ważne podkreślenia to fakt, że jest to produkt wydajny, gdyż wystarczy odrobina, aby dokładnie umyć całą buźkę. Zapach jest miły dla nosa, charakterystyczny dla wszystkich kosmetyków LRP. Twarz po użyciu jest dokładnie oczyszczona, a przy tym nie przesuszona. Żel nie uczulił mnie, nie podrażnił, ani nie spowodował żadnych innych przykrych dolegliwości, dlatego ze swojej strony mogę Wam go polecić, gdyż jest to kolejny produkt ze stajni LRP, który bardzo odpowiada mojej skórze, a i mnie przypadł do gustu. Jego cena to ok. 35-45 zł w zależności gdzie kupicie. Udanego dnia! :)

piątek, 25 sierpnia 2017

Kosmetyki Yves Rocher - żel do kąpieli, dwufazowy płyn do demakijażu oczu, peeling do ciała, krem i żel do stóp / co lubię, co używam, co polecam

Cześć! Chyba dziś pobiłam rekord jeśli chodzi o długość nazwy postu. Nie mogłam się zdecydować, a że kobieta zmienną jest to... wyszło jak widać ;).

Bez zbędnych wstępów, bo wpis ten i tak podejrzewam, że będzie zdecydowanie za długi, opowiem Wam trochę o kosmetykach marki Yves Rocher. Przyznam, że nie jest to moja najbardziej ulubiona marka kosmetyczna dostępna na rynku, ale że często mają rewelacyjne promocje (czasem można coś fajnego nabyć niemal za bezcen), ładne zapachy i przyjemne kosmetyki, to nieraz zaglądam wyhaczając coś, co akurat może mi się przydać.

Tak było i tym razem. W dniu moich urodzin pojechałam po żel pod prysznic, a dzięki nałożeniu się kilku promocji, wróciłam z tym co widać na poniższym zdjęciu (poza żelem do stóp, bo jego akurat miałam już wcześniej, ale za to otrzymałam jeszcze bardzo ładny, metaliczny lakier do paznokci w kolorze złota, który jednak poszedł już do mojej Mamy). Produktów tych używam już dłuższy czas, część znałam już wcześniej, dlatego spokojnie jestem w stanie przedstawić Wam rzetelną opinię na ich temat. Gotowi?



ŻEL POD PRYSZNIC ZIELONA HERBATA




Żel ten zakupiłam jako łazienkowe "widzimisię". Bardzo lubię testować przenajróżniejsze kosmetyki, wszak bycie blogerką kosmetyczną zobowiązuje ;). Produkt ten sprawdził się u mnie dobrze, choć nie rewelacyjnie. Dokładnie oczyszcza skórę i jest wydajny, przez co wystarczy nałożyć niewielką ilość na gąbkę, aby umyć całe ciało. Poza tym naprawdę pięknie pachnie zieloną herbatą, a zapach jest na tyle świeży, rześki i relaksujący, że idealnie sprawdzi się np. podczas wieczornej kąpieli, tuż przed snem, wspomagając wyciszenie organizmu. Na ciele utrzymuje się przez kilkanaście minut, później subtelnie zanikając. Ogólnie to fajny żel, choć na tle innych nie wyróżnia się niczym specjalnym, dlatego myślę, że najbardziej polubią go zadeklarowani miłośnicy marki lub fani zielonej herbaty. Cena - 14.90 zł za 200 ml.


PUR BLEUET - DWUFAZOWY PŁYN DO DEMAKIJAŻU OCZU






Jest to już moja 4 buteleczka, ale prawdę powiedziawszy nie jest to mój ulubiony płyn do demakijażu oczu. Niby fajny, bo dwufazowy, nie będący zarazem zbytnim tłuściochem, jednak ilość czasu potrzebna do zmycia za jego pomocą dość intensywnego makijażu (cienie na bazie, kredka, eyeliner, mascara), jest dla mnie trudna do zaakceptowania. Bez pocierania wacikiem niestety nie jestem w stanie dokładnie oczyścić okolic moich oczu, bo przykładając płatki i czekając, aż płyn rozpuści wszystkie substancje, musiałabym czekać chyba do dnia następnego. Za długo, zbyt skomplikowanie i niewygodnie. Z mniej wymagającym makijażem radzi sobie znacznie lepiej, ale nie do końca taki jest jego cel, gdyż jako płyn dwufazowy powinien w mig zmywać z oczu wszystko, a nie wybierać "to zmyję, a z tym się pomęcz". Oj nie, nie. Z tego też względu moim numerem jeden wciąż jest kojący płyn micelarny od Bielendy, który pomimo, że jest w zasadzie zwykłą "wodą", perfekcyjnie radzi sobie z niemal każdym moim makijażem, nawet tym o przedłużonej trwałości. Dwufazowego płynu od Yves Rocher nie polecam, chyba, że na codzień robicie sobie delikatny make up, to wtedy jak najbardziej się sprawdzi. Cena - 21.90 zł za 100 ml.


PEELING ROŚLINNY DO CIAŁA Z PUDREM Z PESTEK MORELI





Z tym kosmetykiem polubiłam się od razu! Jest fantastyczny, chociaż... uwaga - nie jest super mocnym peelingiem, a jak doskonale wiecie, im mocniejszy peeling, tym ja bardziej zadowolona :D. Dlaczego mimo wszystko się zaprzyjaźniliśmy? Przede wszystkim dlatego, że możemy tutaj stopniować moc ścierania wedle upodobań, gdyż zastosowany na wilgotną skórę zachowuje się delikatnie, natomiast na suchą, od razu zyskuje bardziej wyraźną siłę ścierania, a dzięki dość wodnistej konsystencji, nie ma problemu z naciąganiem skóry, które często ma miejsce gdy konsystencja jest zbita. Do tego zapach jest szalenie przyjemny, kojarzy mi się z sokiem brzoskwiniowym i ilekroć go wącham, mam ochotę skosztować. Bardzo polecam ten peeling, gdyż moim zdaniem sprawdzi się zarówno na bardziej wymagającej, jak i całkiem delikatnej skórze. Cena - ok. 22.90 zł za 100 ml.


KREM INTENSYWNIE ODŻYWIAJĄCY DO SUCHYCH STÓP





Krem ten początkowo miał iść do moich Rodziców, jednak kiedy użyłam go po raz pierwszy to przepadłam i stwierdziłam, że nie oddam. Swoim działaniem zmiękczająco-nawilżającym pobił nawet mój ulubiony krem do stóp z Kolastyny. I chociaż mam to szczęście, że jestem posiadaczką stóp, które nie mają najmniejszych problemów z przesuszoną skórą, zrogowaceniami, pęknięciami itp. to mimo wszystko lubię stosować kosmetyki przeznaczone do pielęgnacji tej części ciała, dzięki czemu są jeszcze bardziej miłe i przyjemne w dotyku. Moim zdaniem krem ten świetnie sprawdzi się nawet w problematycznych przypadkach, ponieważ posiada bogatą konsystencję, która zarazem szybko się wchłania i niemal z miejsca odżywia nóżki, a im dłużej go używamy, tym mam wrażenie, że rezultaty są lepsze. Cena - 24.90 za 50 ml.


ŻEL CHŁODZĄCY DO ZMĘCZONYCH STÓP





Świetny kosmetyk na upalne dni! Bardzo fajnie odświeża stopy, choć nie ma jakichkolwiek właściwości wygładzających, tudzież poprawiających kondycję naszej skóry. Bardziej działa on na zasadzie antyperspirantu w żelu, ale też super sprawdzi się np. do masażu stóp. Ślicznie pachnie lawendą i mentolem. Generalnie przyjemny kosmetyk, który polubiłam na tyle mocno, że buteleczka aktualnie jest już niemal pusta. Cena - 19.90 zł za 50 ml.


Podsumowując - mam nadzieję, że tym wpisem udało mi się przybliżyć wam kilka kosmetyków Yves Rocher, które aktualnie posiadam w swoich kosmetycznych zasobach. Jak widać moja opinia na ich temat jest różna, ale ogólnie markę dość lubię. Miałam od nich również perfumy, których recenzje możecie odnaleźć w zakładce po lewej stronie bloga. Ciekawa jestem, czy znacie jakieś perełki YR, coś co sprawdziło się u Was w 100% i z czego używania byłyście na maxa zadowolone? Jeśli tak, to koniecznie napiszcie mi Wasze typy w komentarzach. Udanego weekendu Kochani! :*

środa, 16 sierpnia 2017

Ziaja - orzeźwiająca mgiełka zapachowa do twarzy, ciała i włosów

Hej! Niestety przed długim weekendem nie wyrobiłam się z nowym wpisem, ale zgodnie z obietnicą wracam, by opowiedzieć Wam o pewnym produkcie, który idealnie sprawdzi się na powracające upały.

Produkt marki Ziaja, czyli orzeźwiającą mgiełkę zapachową odkryłam jeszcze w zeszłym roku, całkowitym przypadkiem, kiedy któregoś dnia zawitałam do Hebe w zupełnie innym celu zakupowym. Pamiętam, że była akurat w promocji i kosztowała w okolicach 5 zł, to aż żal było nie wziąć, dlatego zaryzykowałam w ciemno i... nie żałuję!



To, co mnie skusiło już na wstępie, to obietnice producenta, ze mgiełka nadaje się do stosowania zarówno na twarz, ciało jak i włosy, zatem jest to kosmetyk uniwersalny. Kilkukrotnie miałam okazję użyć jej w poprzednie lato (kupiłam ją, kiedy niestety dobiegało już ku końcowi), natomiast w tegoroczne, jest nieodzownym elementem mojej wyjazdowej kosmetyczki, gdyż zabieram ją po prostu wszędzie.



Szata graficzna jest bardzo minimalistyczna i przyjemna dla oka. Połączenie bieli z mięta zawsze się obroni. Atomizer rozpyla mgiełkę dość mocno, ale równomiernie i bez zarzutu. Nic się nie zacina, a kosmetyk nie wylewa się z buteleczki, dlatego na wszelkie wojaże możecie go śmiało zabierać.



Zgodnie z założeniami, mgiełka ta świetnie sprawdza się w podróży do lekkiego odświeżania ciała, tak samo podczas panujących upałów, w trakcie lub po opalaniu, ale... no właśnie jest jedno "ale". Mianowicie nie powinno się z nią przesadzać, intensywnie spryskując np. twarz, ponieważ z racji tego, że zawiera w składzie m.in. glicerynę, po chwili nasze ciało może zacząć się bardzo nieprzyjemnie kleić i świecić. Niestety załatwiłam się tak raz, kiedy na dworze był prawie 40 stopniowy upał, nie miałam na sobie makijażu, więc dla ochłody co chwilę pryskałam sobie buzię mgiełką. Kiedy po godzinie zawitaliśmy do pizzerii i idąc umyć ręce, spojrzałam w łazienkowe lustro, przestraszył mnie widok świecącej się jak kula dyskotekowa mordki, która w dodatku kleiła się tak, że wszystkie pyłki z powietrza osiadały na niej w mgnieniu oka. Po umyciu wodą było już ok, ale wspomnienia pozostały, dlatego ku przestrodze - pamiętajcie, by nie przesadzać z jej używaniem :).

Kosmetyk ten bardzo fajnie odświeża, tonizuje, ale czy nawilża? Niekoniecznie, a przynajmniej ja tego nie zauważyłam. Redukuje za to uczucie ściągnięcia i przynosi ukojenie skórze, które latem jest potrzebne. I co równie ważne - zapach, który jest iście BOSKI! Świeży, baaardzo orzeźwiający i zarazem delikatny. Dla mnie idealny! Fakt, faktem, utrzymuje się krótko, ale należy mieć na uwadze, że to nie są perfumy, żeby trzymały się przez minimum kilka godzin. Tutaj zapach wyczuwalny jest ok. godzinkę czasu, ale dla mnie to żaden problem, gdyż nie takie jest założenie mgiełki, aby kompozycje zapachowe były trwałe. Jednak ten moment, kiedy spryskując ciało, czuję unoszący się w powietrzu aromat, to coś niesamowitego! Jeśli czyta mnie ktoś z marki Ziaja, to proszę Was - stwórzcie takie perfumy, a będę pierwszą osobą, która je kupi :).



Nikogo chyba nie zdziwi jeśli napiszę, że oczywiście polecam ten produkt każdej kobiecie zwłaszcza, że w regularnej cenie kosztuje 7-8 zł, więc jak na tak przyjemny, wielofunkcyjny kosmetyk są to naprawdę groszowe sprawy. Dodatkowo mgiełka ma pojemność 100 ml i jest przy tym tak wydajna, że z powodzeniem wystarczy Wam na końcówkę tego i początek przyszłego lata. Tymczasem życzę Wam miłego dzionka, a ja uciekam na spacerek po Waszych blogach!

wtorek, 11 lipca 2017

L'orient Savon Noir z eukaliptusem - czarne mydło, które totalnie mnie zawiodło

Witajcie! Pierwszy raz z Savon Noir zetknęłam się kilka lat temu, decydując się na zakup tego kosmetyku na świeżo co otwartym w ówczesnym czasie stoisku firmowym marki Organique w moim mieście. Z jego działania byłam tak szalenie zadowolona, że powstał na jego temat odrębny wpis, do którego odsyłam Was pod tym linkiem ---> KLIK. Z biegiem czasu, rosnąca popularność tego kosmetyku sprawiła, że już niecały rok później dostanie go zaczęło graniczyć z cudem. Stoisk Organique przybywało, natomiast mydło to stało się poniekąd towarem deficytowym i po dziś dzień często zdarza się, że kiedy akurat jestem w pobliżu i o nie zapytam, w odpowiedzi słyszę, że nie ma go nawet w hurtowni, więc pomimo chęci i tak nie mają skąd go sprowadzić.

Zaczęłam więc poszukiwać jakiejś alternatywy. Wspominałam Wam już, że bywają okresy, w których na moich ramionach i dekolcie lubią czasem powstawać drobne krostki, które denerwują mnie samą swoją obecnością. Savon Noir od Organique tak doskonale dawało sobie z nimi radę, że po kilku użyciach nie było po nich najmniejszego śladu.

Wstępując któregoś dnia do Mydlarni u Franciszka i kupując L'orient Savon Noir z eukaliptusem liczyłam, że działanie będzie albo identyczne, albo przynajmniej mocno zbliżone zwłaszcza, że za 100g zapłaciłam 28 zł, czyli jak na tego typu produkt - niemało.



Jak spojrzymy na cechy zewnętrzne, już na pierwszy rzut oka widać, że mydło to jest nieco jaśniejsze, niż Savon Noir od Organique oraz ma sporo dłuższy skład, z którym możecie zapoznać się poniżej. Konsystencja jest jak w poprzednim wypadku glutowata i słabo pieniąca oraz ciężko rozprowadzająca się na ciele. Zapach jak dla mnie fajny, typowo eukaliptusowy, choć jestem pewna, że nie wszyscy go polubią, bo jest nieco specyficzny.

Działanie niestety mnie w żadnym wypadku nie powaliło. Pomimo przyjemniejszego zapachu i obecności wspomnianego eukaliptusa, który ma właściwości łagodzące, mydło to nie zrobiło dla mojej skóry po prostu nic. Krostki jak były tak były, aż w końcu postanowiły samoistnie zniknąć, jednak mydło nie miało na to najmniejszego wpływu.



Jeśli chodzi o samo mycie, trzeba mu przyznać, że myje dobrze, choć skóra nie pozostaje tak "skrzypiąca", jak w przypadku poprzednika. Poza tym, czy kupując mydło za 28 zł oczekujemy że będzie ono spełniało tylko i wyłącznie swoją podstawową funkcję? Raczej nie. Ja liczyłam na szybsze zagojenie krostek na ciele i zmniejszenie lekkich stanów zapalnych na twarzy, które w tamtym okresie również się na niej pojawiły, a w zamian otrzymałam co? Gucio! Moim zdaniem kosmetyk kompletnie nie wart uwagi, dlatego Wam go nie polecam. Nadal zostaje mi polowanie na czarnuszka od Organique, choć dostanie go przypomina trochę drogę przez mękę.



Jestem ciekawa jakie inne, sprawdzone, czarne mydła tego typu możecie mi polecić, żeby były naprawdę skuteczne. Macie swoje ulubione? Jeśli tak, piszcie koniecznie! Życzę Wam przyjemnego dnia, a ja tymczasem wracam dalej do swoich obowiązków :).

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Vichy Idealia - idealny krem pod oczy? Pierwsze wrażenia

Cześć! Dziś przychodzę do Was z nowością w mojej kosmetyczce, tym razem od marki Vichy, czyli kremem pod oczy Idealia. Z kilkoma kosmetykami tej linii miałam już wcześniej do czynienia, przy czym najbardziej polubiłam się z kremem do twarzy, który fajnie współgrał z moją mieszaną cerą i o którym również możecie poczytać na blogu w zakładce "pielęgnacja twarzy". Do sięgnięcia po Idealię pod oczy zachęciły mnie głównie pozytywne recenzje, z którymi zetknęłam się w Internecie, obietnica redukcji cieni pod oczami oraz wygładzenie linii i struktury skóry, czyli wszystko to, o co wypadałoby zadbać dobijając już za dwa miesiące 30-tki ;).




Obietnice producenta:
"Idealia pod oczy. Idealny kontur oka.
* Redukuje cienie pod oczami
* wygładza linie i strukturę skóry
* rozjaśnia skórę wokół oczu (kompleks DRM-BRIGHT + Witamina Cg + LHA + Kofeina).
Skóra wrażliwa. Hypoalergiczny. Woda termalna z Vichy.
Wskazania:
Cienie pod oczami, widoczne linie.
Innowacja:
Pierwsza pielęgnacja od Vichy z kompleksem DRM-BRIGHT, kofeiną, witaminą B3 i cząsteczkami rozświetlającymi aby przywracać idealny wygląd skóry wokół oczu.
Skuteczność (ocena kliniczna, 39 kobiet, 4 tygodnie):
* widoczność cieni pod oczami - 21%
* oznak zmęczenia - 23%
* linii wokół oczu - 25% 
Przyjemność stosowania:
Świeża, nawilżająca konsystencja. Wygładzający aplikator."


Kosmetyk przychodzi do nas w miękkiej, perłowo-różowej tubce o pojemności 15 ml, a jego ważność to 6 miesięcy od daty otwarcia. Całość zapakowana jest w kartonowe opakowanie z 4 wersjami językowymi, co jest moim zdaniem bardzo sensownym posunięciem, gdyż pozwala marce dotrzeć do znacznie szerszej liczby odbiorców.



Jeśli chodzi o aplikator, jest to silikonowa "łopatka", która ma na celu dozowanie i dokładne rozprowadzanie produktu pod oczami. Niby fajnie, ale jak dla mnie to zbędny gadżet, gdyż taki sposób nakładania wbrew potencjalnym założeniom, nie jest do końca precyzyjny, przez co ostatecznie i tak musimy wklepać krem palcami. Zdecydowanie lepiej byłoby, gdyby zamiast "łopatki", producent umieścił zwykły aplikator z "dziubkiem", ale to już takie moje małe "widzimisię".




Krem jest koloru perłowo - beżowego, jednak po roztarciu doskonale stapia się z cerą, stając się całkowicie niewidoczny. Zgodnie z oczekiwaniami, zawiera mikrodrobinki, które pięknie odbijają światło dając efekt optycznego wygładzenia. Konsystencja jest idealna - ani zbyt gęsta, ani płynna, przez co kosmetyk bezproblemowo rozprowadza się i błyskawicznie wchłania, dzięki czemu dosłownie po paru sekundach możemy przejść do nakładania codziennego makijażu.



To, co mnie zaskoczyło to fakt, że krem ten jest całkowicie bezzapachowy. Spodziewałam się lekkiego aromatu, który jest charakterystyczny dla pozostałych produktów z linii Idealia, jednak tutaj producent postawił na zminimalizowanie ryzyka podrażnienia delikatnej skóry wokół oczu i zrezygnował z tego dodatkowego składnika. Dla większości osób ta cecha pewnie będzie in plus, dla mnie również, aczkolwiek z drugiej strony jeśli kosmetyki delikatnie pachną, ich używanie jest przyjemniejsze ;).

To, co po pierwszych kilkunastu zastosowaniach już teraz przekonało mnie do tego kremu to fakt, że świetnie nawadnia moją skórę pod oczami, co jest odczuwalne w zasadzie od pierwszego użycia. Nawet po umyciu twarzy i dotknięciu tych delikatnych okolic czuć, że skóra jest przyjemniejsza w dotyku. Wierzę, że skoro już teraz początkowy rezultat mnie zadowala, to tak samo będzie w przyszłości.

Kolejną zaletą jest również to, że krem ten bardzo dobrze współgra z każdym korektorem, który posiadam w swoich zasobach ( MAC Prolongwear, L'Oreal Lumi Magique, Maybelline Dream Lumi Touch i Maybelline Instant Anti-Age). Nie powoduje wałkowania korektora, ani wchodzenia w zmarszczki mimiczne. Nie skraca jego trwałości ani nie sprawia, że tusz rozmazuje się na dolnej powiece, co zdarzało mi się dość często podczas stosowania innych, bardziej tłustych kremów pod oczy.



Podsumowując, jak na ten moment jestem z tego kosmetyku bardzo zadowolona i nie dostrzegam jego wad. Ciężko mi się wypowiedzieć co do redukcji cieni, czy wygładzenia linii, gdyż produkt ten używam od niedawna, ale już na ten moment jestem w stanie zauważyć, że skóra pod moimi oczami wygląda na bardziej wypoczętą, świeższą i po prostu ładniejszą, niż przed jego stosowaniem. Kosmetyk ten jest bardzo delikatny i nie zauważyłam, aby podrażniał, czy powodował najmniejszy nawet dyskomfort, a warto wspomnieć, że nakładam go zarówno rano pod makijaż jak i wieczorem przed snem, więc jest na mojej twarzy praktycznie 24/7.

Myślę, że krem pod oczy Idealia od Vichy jest wart wypróbowania. Powinien sprawdzić się zwłaszcza u kobiet w okolicach 30-tki, które dopiero chcą zacząć swoją przygodę z pielęgnacją wokół oczu i nie mają jeszcze bardzo wygórowanych potrzeb związanych z redukcją zmarszczek. Cena także jest zachęcająca gdyż waha się w przedziale od ok. 50-90 zł w zależności od tego, gdzie go kupimy.

Miałyście już może do czynienia z tym kremem? Koniecznie podzielcie się w komentarzach Waszymi odczuciami na jego temat. Buziaki! :*

piątek, 16 czerwca 2017

Lekki krem matująco - nawilżający Selfie Project / świetny krem nie tylko dla nastolatek

Witajcie! Po krem nieznanej mi dotąd marki Selfie Project sięgnęłam pewnego pięknego dnia, kiedy to ze zdziwieniem odkryłam, że mój Effaclar Duo do którego powróciłam po dłuższej przerwie, niespodziewanie dobił dna. Jako, że w tamtym czasie nie miałam nic innego w zanadrzu, postanowiłam wypróbować tą nowość licząc, że po udanej kuracji Effaclarem, kiedy to moja buźka pięknie doszła do siebie, nowy krem jej nie zapcha. Użyłam go sobie jeden dzień, później drugi, trzeci i nawet tydzień nie zdążył minąć, a już wiedziałam, że będzie z tego miłość :).

Krem przychodzi do nas w kartonowym opakowaniu, gdzie mamy zawarte wszelkie informacje od producenta. Mimo, że jest on kierowany typowo do nastolatek, myślę że niezbyt wymagające cery przed i w okolicach 30-tki także powinny się z nim polubić.






Po otworzeniu kartonu, w środku znajdujemy miękką, dodatkowo zafoliowaną tubkę z kremem, dzięki czemu mamy gwarancję, że nikt przed nami go nie otwierał.




Zgodnie z informacjami zawartymi zarówno na opakowaniu jak i samej tubce, krem ten ma przede wszystkim matować twarz z jednoczesnym jej nawilżeniem, zapobiegać niedoskonałościom, nadmiernemu błyszczeniu oraz nadawać cerze optyczne wygładzenie. Co ważne, skład ma nie zawierać takich substancji komedogennych jak SLS, SLES, czy parafina. Brzmi super, prawda?

Po otwarciu kremu i wyciśnięciu odrobiny na rękę, pierwsze co przykuło moją uwagę, to lekko zielonkawy kolor oraz piękny, świeży, uniseksowy (jakby lekko mydlany?) zapach, dzięki czemu krem ten nie jest kierowany wyłącznie do kobiet, ale z powodzeniem mogą go stosować także Panowie. Dzięki przyjemnej, niegęstej konsystencji, fantastycznie się rozciera i szybciutko wchłania, natychmiastowo matując cerę z jednoczesnym uczuciem nawilżenia. Dzięki tym właściwościom potwierdzam, że zgodnie z zapewnieniami producenta może śmiało służyć także jako baza pod makijaż, na której kosmetyki co prawda trzymają się standardowo, ale za to pewnie, bo nie ma tu mowy o jakimkolwiek szybszym ścieraniu się, warzeniu itp.




Co warte podkreślenia, kosmetyk ten nawet podczas długiego, wielotygodniowego używania, faktycznie nie zapchał moich porów! Zauważyłam też, że zmniejszył ilość pojawiających się niedoskonałości, a cera po zakończeniu kuracji Effaclarem o wiele dłużej wyglądała w stanie niemalże idealnym. Oczywiście trzeba wziąć poprawkę na obietnice "efektu glamour", oczyszczenia i zwężenia porów, czy likwidacji zaczerwienień - u mnie akurat te nie zostały spełnione, jednak cała reszta jak najbardziej. Dodatkowo krem ten nie wywołał u mnie najmniejszych nawet podrażnień.

Skład:



Kremik kosztuje ok. 12-16 zł za 50 ml i jak za tą cenę to uważam, że jest to naprawdę fajny produkt dla cery mieszanej z drobnymi lub przemijającymi niedoskonałościami. Myślę, że być może nie dla wszystkich okaże się to niezbędnik i kosmetyczny must have, ale może akurat chociaż część z Was polubi go tak mocno jak ja :).

Tymczasem życzę Wam udanego słonecznego, długiego weekendu! :*

poniedziałek, 8 maja 2017

100% naturalny olejek arganowy i marakuja do włosów, ciała i twarzy Marion + maseczki do twarzy Marion i Maurisse (długi post)

Cześć! Po 30-tce skóra twarzy i ciała zaczyna robić się coraz bardziej wymagająca, dlatego też choć do zmiany kodu na 3 z przodu zostały mi jeszcze 2 miesiące, od pewnego czasu coraz baczniej przykładam uwagę do pielęgnacji swojej cery, okolic oczu i ciała, aby jak najdłużej móc cieszyć się zdrową, promienistą skórą bez niedoskonałości i zmarszczek.

Z tego też tytułu ucieszyłam się, kiedy marki Marion i Maurisse umożliwiły mi zapoznanie się ze swoimi najnowszymi produktami do pielęgnacji cery (choć nie tylko), z których myślę, że kilka na stałe zagości w moim rytuale dbania o jak najdłuższe zachowanie młodości.

Oczywiście za odpakowywanie paczek pierwsza zabrała się Misia :D.





To, co najbardziej zaciekawiło mnie na wstępie, to 2 całkowicie naturalne olejki o szerokim zastosowaniu.




Ci z Was, którzy podczytują mnie regularnie na pewno wiedzą, że za olejkami nie przepadam, gdyż tak samo jak ja, nie lubi ich również moja skóra, która najczęściej reaguje wysypem na wszelkie próby przełamania się. Tutaj jednak mamy możliwość użycia wspomnianych olejków nie tylko na twarz, czy inne partie ciała, ale również włosy i dokładnie z takim przeznaczeniem postanowiłam je wypróbować. Co ważne! Oba produkty są całkowicie eko i składają się wyłącznie z 2 składników, przez co mamy gwarancję, że nie ładujemy na siebie kolejnej chemii.

Jeśli chodzi o moje włosy, to choć poza wypadaniem zazwyczaj nie mam z nimi większego problemu, często bywają przesuszone, gdyż namiętnie od ok. 15 lat używam prostownicy oraz standardowo od dziecka - suszarki, przez co ich intensywne nawilżenie oraz wzmocnienie jest jedną z ważniejszych podstaw mojej pielęgnacji. Olejki zawarte w produktach do włosów lub jak w tym przypadku, czyste olejki nałożone na końcówki lub od połowy włosów, bardzo dobrze służą mojej czuprynie która jest bardziej nabłyszczona, wygląda na zdrową, a końcówki wolniej się rozdwajają.




Produkty te idealnie sprawdzają się także do masażu ciała lub na silnie przesuszone partie skóry, co w drugim przypadku miał okazję wypróbować mój Tata na swoich mocno spierzchniętych dłoniach, dodając odrobinę jednego z olejków do swojego kremu do rąk. Wg. mnie są to kosmetyki bardzo wszechstronne, dlatego też nawet jeśli nie przepadacie zbytnio za olejkami i macie do nich dystans podobnie jak ma to miejsce w moim przypadku, jestem pewna, że te polubicie, gdyż możliwość ich zastosowań jest imponująca, dlatego też uważam, że warto, aby znalazły się w każdej kosmetyczce, a już na pewno przy skórze suchej lub bardzo suchej, dla której mogą się okazać niemałym wybawieniem.

Przechodząc do propozycji przeznaczonych już typowo do pielęgnacji twarzy, owocowo-warzywne maseczki marki Marion zwróciły moją uwagę przykuwającymi wzrok opakowaniami, a także po otworzeniu pierwszego z nich - zapachem. Bo tak jak osobiście nie preferuje masek, które docelowo zostawia się do wchłonięcia, usuwając jedynie ich nadmiar nasączonym wacikiem, tak w tym przypadku bajeczny aromat każdej z nich i całkiem niezłe działanie w pełni zrekompensowały mi to moje małe "widzimisię".



Opakowania wyglądają bardzo soczyście i zachęcająco. Konsystencja każdej z masek to gęsty, biały krem, który zostawiamy na twarzy do wchłonięcia, ok. 15-20 minut. Moją zdecydowaną ulubienicą została maska Mango (2), która już samym swoim słodko-owocowym zapachem wprowadziła mnie w pozytywny nastrój. Działanie każdej z nich też jest w porządku, gdyż maski wchłaniają się super, a po użyciu moja twarz czuje się jak po wypiciu solidnej porcji wody. Jest intensywnie nawilżona, wygładzona i przyjemna w dotyku. Fajnie, że mamy tu maski przeznaczone do wszystkich rodzajów cer, jak tłuste, mieszane (1), dojrzałe, podrażnione (2), naczynkowe, zmęczone (3) oraz suche i odwodnione (4), przez co każdy znajdzie kosmetyk odpowiedni do swoich potrzeb.



Z kolejnymi dwiema maskami niestety już się nie polubiłam. Być może moje podejście do nich byłoby zgoła inne, gdyby nie fakt, że moja skóra źle na nie zareagowała. Szkoda, że akurat trafiło na maski w płachcie :(. Zaczęłam od zabiegu mezoterapii (2), który polegał na tym, że najpierw należało rozprowadzić maseczkę znajdującą się w dolnej części opakowania, pozostawiając ją do wchłonięcia ok 10-15 minut, a następnie zastosować Koktajl Odmładzający, czyli po prostu nałożyć na twarz bawełnianą tkaninę nasączoną dobroczynnymi składnikami. I tak jak podczas trzymania na twarzy pierwszej maseczki czułam tylko drobne pieczenie, tak po nałożeniu tkaniny po dosłownie 2 minutach moja cera zaczęła reagować silnym szczypaniem, przez co natychmiast zdjęłam płachtę, a twarz umyłam wodą. Po umyciu uczucie pieczenia minęło, a na twarzy na szczęście nie odnotowałam żadnych negatywnych skutków, dlatego po mniej więcej tygodniu postanowiłam zrobić kolejną próbę i wypróbować drugą z masek, której choć kolejność działania odwrotna, to jednak reakcja mojej skóry była dokładnie taka sama. Widocznie w składzie obu znajduje się jakiś czynnik na który moja cera źle reaguje, dlatego odradzałabym je osobom o wrażliwej lub alergicznej cerze. Co do działania, z wiadomych przyczyn nie jestem w stanie się wypowiedzieć.



I na koniec moja wisienka na torcie, czyli dwie maski, które swoim działaniem spowodowały szybsze bicie mojej pikawy. Obie składają się z dwóch części, które kładziemy na dwie różne partie twarzy, dokładnie tak, jak to widać na obrazku. Maski z dodatkiem węgla uwielbiam, więc nie trudno zgadnąć, którą polubiłam bardziej (1). Obie przyjemnie pachną, świetnie się rozprowadzają, bezproblemowo zmywają i co ważne - minimalne efekty widać już od pierwszego użycia, choć ja zawsze lubię sobie podzielić daną maseczkę na 2-3 porcje, aby na dłużej mi starczyła. W przypadku obu z nich, zaraz po użyciu wyczuwalne jest znaczne wygładzenie cery oraz przyjemne nawilżenie. Zdecydowanie polecam!



Dajcie mi proszę znać, czy miałyście może okazję stosować już któryś z przedstawionych kosmetyków, a jeśli tak, to który i jakie było Wasze wrażenie na jego temat. Życzę Wam przyjemnego początku tygodnia :).
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...