Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Porady kosmetyczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Porady kosmetyczne. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 lipca 2016

Kosmetyki marek luksusowych - czy rzeczywiście są warte swoich pieniędzy? Kiedy warto kupić, a kiedy lepiej odpuścić?

Cześć! Dzisiaj przychodzę do Was z przemyśleniami na pewien, moim zdaniem raczej istotny temat. To będzie dość długi post, więc zanim zaczniecie czytać, przygotujcie sobie najlepiej coś do picia :). Gotowe? To zaczynamy!

Nie od dziś wiadomo, że dobra luksusowe lubią kusić. Nieważne, czy chodzi o ubrania, akcesoria, innego rodzaju dodatki, czy właśnie kosmetyki, o których będzie za chwilkę mowa. Widząc na półce w sklepie piękne opakowania, czując wydobywające się ze środka wspaniałe zapachy oraz znając dorobioną do danego kosmetyku ideologię, nie trudno pomyśleć w duchu "chcę to mieć!", niemal bezwiednie kierując swe kroki w czeluście danej perfumerii, gdzie wita nas śliczna jak z obrazka Pani Konsultantka gotowa sprzedać nam co tylko dusza zapragnie. W ten sposób nieraz wydajemy swoje ciężko zarobione pieniądze i wszystko super, jeśli dany kosmetyk trafia w nasz gust, jesteśmy z niego zadowolone i podświadomie czujemy, że był to dobry wybór, natomiast gorzej, kiedy okazuje się być wtopą lub też niczym nie ustępuje o wiele tańszym markom drogeryjnym, a nam pozostaje żal, smutek i złość na samą siebie. Ja również przeżyłam oba te stany, dlatego dziś postaram się w jak najlepszy sposób nakreślić Wam, na co warto postawić, jeśli chodzi o kosmetyki luksusowe, a co lepiej odpuścić, zdając się na o wiele tańsze alternatywy, bo po prostu nie warto przepłacać.

Zacznę może od tego, że kosmetyków luksusowych z tzw. "kolorówki" miałam okazję wypróbować całkiem sporo i równie sporo posiadam w swoich zbiorach (te ze zdjęć poniżej to tylko mała część, ogólnie marki selektywne stanowią na tą chwilę ok. 35-40% moich wszystkich kosmetyków do makijażu). Od samego początku, kiedy tylko zaczęłam je kupować, czyli kilka lat temu, chciałam stopniowo wypróbowywać chociaż po jednej rzeczy z każdej kategorii, żeby mieć rozeznanie czy rzeczywiście są warte swojej ceny, kierując się przy tym oczywiście opiniami innych użytkowników. Wiadomo nie od dziś, że im więcej pochwał, tym mniejsze prawdopodobieństwo niezadowolenia, choć i z tym bywało różnie.



PODKŁADY, PUDRY WYKAŃCZAJĄCE

Jeśli chodzi o podkłady, tutaj zdanie mam mieszane. Dwukrotnie bardzo się zawiodłam, podobnie jak i dwukrotnie trafiłam na przysłowiowe "święte Grale", bez których teraz już ciężko mi wyobrazić sobie swój idealny makijaż. Hitami zdecydowanie są u mnie lekki jak piórko Lancome Miracle Air De Teint oraz Estee Lauder Double Wear, który najlepiej sprawdza się kiedy chcemy, by makijaż przetrwał od rana do nocy w nienaruszonym stanie lub kiedy nasza cera szaleje i potrzebuje solidnego przykrycia nieprzyjaciół. Podkładami, które okropnie mnie zawiodły były natomiast Sisley Phyto-Teint Eclat, który wcale nie trzymał się na mojej mieszanej cerze bez względu, czy go przypudrowałam, czy też nie, po kilkunastu minutach warząc się w tak paskudny sposób, że nie pozostawało mi nic innego, jak tylko zmycie całego makijażu oraz Dior Diorskin Star, który po parunastu minutach od nałożenia lekko zmieniał kolor i zostawał dosłownie na wszystkim (ręce, telefonie itp.), po paru godzinach znikając całkowicie z mojej twarzy :(.

Jeśli chodzi o pudry wykańczające, tutaj miałam okazję używać tylko jednego - Smashbox Photo Set Finish Powder i jestem z niego bardzo zadowolona, zwłaszcza, że jest szalenie wydajny i służy mi dzielnie już ponad rok czasu, a jeszcze zostało ok. 1/3 opakowania :).



BRĄZERY, RÓŻE, ROZŚWIETLACZE

W tej kategorii jestem całkowicie pewna - te kosmetyki są spokojnie do zastąpienia! I chociaż wciąż kocham miłością niezmienną moje duo do konturowania #Instamarc od Marc Jacobs i bardzo Wam je polecam, tak myślę, że jeśli nie chcecie wydawać aż tyle kasy na tego rodzaju kosmetyk, jako tańszą alternatywę mogę zasugerować chociażby pudry brązujące od Kobo, które wiem, że mnóstwo osób lubi i chwali, choć mnie akurat średnio przypadły do gustu. Cena jednak jest blisko 10x niższa, więc moim zdaniem warto się przekonać. Fajne są też podobno brązery od Golden Rose, ale ich nie miałam okazji wypróbowywać bezpośrednio na sobie. Cieszę się, że drogeryjne marki tak licznie wychodzą na przeciw wymaganiom konsumentów, bo w chwili obecnej pod tym względem wybór na prawdę jest ogromny :).

Podobnie jak z brązerami, sprawa się ma z różami do policzków, w moim przypadku Chanel Joues Contraste Powder Blush. Chociaż pięknie pachnie różami i ślicznie wygląda na licu, to jako odpowiednik mogę polecić np. o wiele tańsze róże marki Bourjois, które również są rewelacyjne i dobrze się u mnie sprawdzają, o czym możecie poczytać klikając w link.

Tak samo już nawet najsłynniejszy rozświetlacz świata, czyli The Balm Mary Lou Manizer znalazł swoje równie świetne zamienniki w postaci kilku drogeryjnych i tanich rozświetlaczy np. z Wibo, Lovely, czy My Secret.



CIENIE I BAZY

W przeciwieństwie do poprzedniej kategorii, tutaj wypowiem się odwrotnie - moim zdaniem lepiej zainwestować więcej pieniędzy w bardzo dobre jakościowo cienie z kapitalną pigmentacją, których możemy być na prawdę pewne w każdej sytuacji i bazę nie do ruszenia w żadnych warunkach, niż zdawać się na tańsze rozwiązania, które często wychodzą bokiem (przynajmniej u mnie tak się zdarzało).

Moje powieki są z kategorii bardzo przetłuszczających się, dlatego dobra baza to podstawa. Do tej pory używałam różnych - z ArtDeco, Quiz, czy Paese myśląc, że są świetne, ponieważ cienie nie rolowały się przez kilka godzin, ale dopiero kiedy poznałam bazę Urban Decay, o której za jakiś czas będzie mowa w osobnej notce - doznałam szoku. Cienie nałożone rano, spokojnie wytrzymywały po 12 h i więcej bez najmniejszego uszczerbku, co w przypadku innych baz było wynikiem okazjonalnym! A jeśli już mamy solidny fundament i do tego dołożymy cienie, z którymi praca jest wręcz bajkowo prosta i które same w sobie prezentują się fenomenalnie (np. Urban Decay Naked - KLIK, KLIK, czy Lancome Ombre Hypnose), robotę mamy z głowy. Ktoś na pewno powie, że przecież nie raz zachwalałam również dużo tańsze cienie pisząc, że są super. Tak, to prawda! Jednak różnica jest taka, że praca z droższymi cieniami jest jak dla mnie jeszcze łatwiejsza i przyjemniejsza, mniej się osypują, a nawet jak już to łatwiej je usunąć i szybciej się między sobą blendują (oczywiście piszę tylko o tych, które ja posiadam, nie wiem jak zachowują się cienie np. Dior, czy Chanel, bo ich nie miałam okazji używać). To może już moja fanaberia, ale jeśli mam do wyboru sprawdzone cienie z wyższej półki, to wolę przyoszczędzić kasy i na nie się zdecydować, niż mieć 10 tańszych, z których będę nawet ociupinkę mniej zadowolona.



MASCARY, ŻELE DO BRWI

Jeśli chodzi o tą kategorię, zdanie mam mieszane. Z moich obserwacji wynika, że standardowe mascary marek luksusowych zazwyczaj nie są wcale lepsze, niż marek drogeryjnych. Podobne szczoteczki, efekt na rzęsach, czy formuły nie są niczym na tyle moim zdaniem wyjątkowym, by warto było przepłacać. Natomiast jeśli chodzi o mascary wodoodporne to tutaj przyznam, że najlepszą na jaką trafiłam była Lancome Hypnose. Miałam też oczywiście kilka egzemplarzy z marek drogeryjnych, ale albo się niemiłosiernie kruszyły, albo brzydko wyglądały na rzęsach i byłam niezadowolona, albo się rozmazywały (!). Dlatego jeśli kiedykolwiek będę potrzebowała mascary wodoodpornej, na 100% postawię na propozycje marek selektywnych, zwykłe jednak kupując w drogeriach, bo w ich przypadku nie widzę różnicy :).

Żele do brwi z kolei jeszcze kilkanaście miesięcy temu ciężko było dostać gdziekolwiek poza markami z wyższej półki, jak np. Benefit, MAC, czy ABH. Z tego też powodu, w zeszłym roku skusiłam się na benefitowy Gimmie Brow i przepadłam! Dosłownie pokochałam ten żel w każdym możliwym aspekcie, ponieważ nie dość, że pięknie przytrzymywał włoski w ryzach, nadawał kolor, to i optycznie zagęszczał - cudo! Dziś jednak, podobnie jak w przypadku brązerów i rozświetlaczy, także i tu mamy już całkiem spory wybór jeśli chodzi o porządnej jakości żele do brwi, idące w parze z przystępną ceną. Dlatego też w tym przypadku nie będę wydawała kroci na drogie produkty, szukając alternatyw w zasobach np. Golden Rose, Essence, Inglot, czy innych. Jest teraz tego tyle, że bez problemu każdy znajdzie coś dla siebie, bez wyzbywania się małej fortuny :).



POMADKI

W przypadku pomadek Ameryki nie odkryję stwierdzeniem, że jak najbardziej one także są do zastąpienia. Kilkukrotnie udało mi się trafić na na prawdę rewelacyjne szminki, czy błyszczyki (moja ulubiona hybryda to Yves Saint Laurent Volupte Sheer Candy), ale bez wątpienia jeśli tylko macie ochotę na coś tańszego, to jak najbardziej zamienniki się znajdą i nie ma tak, że marki luksusowe jeśli chodzi o pomadki czy błyszczyki, mają w swojej ofercie coś, co przyćmiewa tańsze wersje, nie licząc oczywiście często lepszego składu i bogatszych opakowań. Generalnie efekt na ustach pozostaje podobny i podobnie jest z trwałością, dlatego nie znam osoby, która rozpoznałaby czy na ustach mam akurat nałożoną Chanel, czy Rimmel, więc tu sprawa jest moim zdaniem prosta i ja bynajmniej nie zamierzam przepłacać na szminkach, chyba że akurat będę sobie mogła na to pozwolić lub będę miała taki kaprys :).



PODSUMOWUJĄC

Jeśli wytrwałaś do końca - gratulacje! Uprzedzałam, że to będzie długi post, ale myślę, że warto go było napisać :). Sądzę, że odpowiedź na pytanie zawarte w tytule, u każdej osoby będzie brzmiała indywidualnie. Są przecież pośród nas kobiety, nie wyobrażające sobie makijażu "zwykłymi", tanimi kosmetykami, podobnie jak i w drugą stronę, kierujące się np. zasadą, że nie warto przepłacać. Ja jestem gdzieś pośrodku. Udało mi się znaleźć kilkoro drogich ulubieńców, bez których mój idealny makijaż już raczej nie miałby racji bytu, ale też równie chętnie sięgam po kosmetyki tańsze, które w zasadzie z dnia na dzień są ubogacane w coraz to lepsze jakościowo formuły, opakowania, zapachy, tym samym coraz mocniej przybliżając się do produktów marek selektywnych. Wybór rzecz jasna pozostawiam Wam, jednak jestem niezmiernie ciekawa co Wy sądzicie w tym temacie, dlatego czekam na mocno ożywioną dyskusję w komentarzach :). Buziaki! :*

sobota, 14 marca 2015

Las wieczorową porą - Balenciaga Paris L'Essence

Witajcie! Wyobraźcie sobie porośnięte mchem, zielone niczym dywan podszycie lasu, po którym stąpając zanurzacie się w gęsty, zielony bór. Jest bardzo rześko i przyjemnie, chłodno, ale nie zimno. Nad głowami ostatnie promienie słońca próbują przedrzeć się przez gałęzie drzew, a delikatna, unosząca się w powietrzu, wilgoć staje się pomału odczuwalna. W pobliżu słychać dochodzące zewsząd szmery lasu, jest cicho i spokojnie, nieco melancholijnie, więc jest to już pora, aby wracać do domu, zanim natura ułoży się do snu...

Zamykając oczy i otulając się Paris L'Essence, proponowanym przez Balenciagę, dokładnie taki obraz jawi mi się w wyobraźni. Jest to zapach niesamowicie wielowymiarowy, zaskakujący akordami fiołków, ciemnozielonych liści drzew, mchu i wetywerii, które tworzą wykwintny bukiet dla wytrawnego nosa, traktującego zapach już niemalże w kategoriach artyzmu.

Samo opakowanie jest bardzo stonowane, ale przy tym szlachetne. Całość została utrzymana w odcieniach zieleni, zapewne, aby dodatkowo podkreślić "spokój" tego zapachu. Tak, jest to zdecydowanie aromat niesamowicie relaksujący, wyciszający i wprawiający w pewną swoistą błogość. Tu nie ma miejsca na szaleństwo.






L'Essence jest zapachem bardzo trwałym, utrzymującym się na ubraniach kilka dni, a na skórze spryskanej rano, aż do wieczornej kąpieli. Jest trwały, mocny, zupełnie nieduszący, przepięknie rozwijający się na skórze. Pomimo ewidentnych nut nawiązujących do lasu, nie ma w nim za grosz nic z zapachów "łazienkowych". Całość jest wykwintna i elegancka, którą sklasyfikowałabym do tzw. perfum "inteligentnych" (zapewne wiecie co mam na myśli, przykładowo infantylny zapach to dla mnie np. Babydoll, Escada itp.). Nie są zimne, ale przyjemnie otulające, wprawiające w stan odprężenia, uwalniające od stresu. Nie dla nastolatki, lecz dojrzałej, świadomej siebie kobiety.

Przyznam, że kiedy pierwszy raz się z nimi spotkałam, otrzymując jako próbkę do jakichś zakupów w Douglasie, po otworzeniu fiolki, z miejsca mnie uwiodły, zgniotły, przeczołgały po ziemi i zniewoliły jak Grey Anę :). Coś niezwykłego! Musiałam się jednak z nimi przegryźć, ponieważ obawiałam się, że na dłuższą metę mogą się znudzić, jednak nie. Długo się do nich zbierałam, lecz im dłużej im się opierałam, tym mocniej mnie przyciągały, aż w końcu postanowiłam nabyć buteleczkę za niestety niemałe pieniądze, jednak absolutnie nie żałuję żadnej wydanej złotówki.



Jestem całkowicie przekonana, że żadna kobieta nie będzie się czuła jak jedna z tłumu, nosząc je na sobie. Bez wątpienia potrafią dodać wyjątkowości i tego czegoś, czego nie potrafię określić. Mimo posiadania pierwiastka męskiej nuty, przez co chwilami wydają się być perfumami typu unisex, przebija przez nie woala charakterystyczna bardziej dla damskich zapachów, co je mocno wyróżnia spośród innych, dużo bardziej płaskich, utrzymanych w podobnym typie perfum.

Nuta głowy: wetyweria, paczula
Nuta serca: fiołek, liść fiołka, nuty zielone
Nuta bazy: drzewo sandałowe i cedr

Pewnie zapytacie, czy je polecam? Byłabym durna, jak koza, gdybym odpowiedziała, że nie. Oczywiście, że tak, jeśli lubicie zapachy drzewne, leśne, otulające, to powinna być to propozycja dla Was i przyznam, że dotąd nie spotkałam się z negatywnymi opiniami na jego temat wśród mojej rodziny i znajomych, choć domyślam się, że znajdą się osoby, które go nie polubią, gdyż niestety spora część Polek po prostu nie docenia zapachów, będących swoistego rodzaju indywidualnością i do tego wyróżniających się nietypowością. Na koniec jeszcze dodam, że moim zdaniem perfumy te najpiękniej pachną w chłodnym powietrzu. Osobiście uwielbiam przed snem wywietrzyć mocno pokój, aby jeszcze mroźne, jak na tą porę roku powietrze, wypełniło wnętrze pomieszczenia, a następnie skropić nadgarstki właśnie tymi perfumami i do rana rozkoszować się ich aromatem.

Za buteleczkę 50 ml zapłacicie 329 zł do dostania stacjonarnie jedynie w Douglasie, jednak dostępne są też wersje 30 ml za 239 zł i 100 ml za coś ok 500 zł.

Życzę Wam przyjemnego wieczoru :).

niedziela, 14 grudnia 2014

Drobne zabiegi chirurgiczne - kiedy wskazane, czy warto je wykonywać?

Cześć! Dzisiaj postanowiłam poruszyć temat związany pośrednio zarówno z urodą, jak i zdrowiem. W dobie Photoshopa i niemal idealnie wyglądających ludzi, spoglądających na nas z mass mediów, takich jak telewizja, czy Internet, nietrudno popaść w kompleksy. Tak, jak osobiście jestem przeciwniczką ingerencji w urodę jeśli nie ma ku temu potrzeb, a jest to wynikiem tylko i wyłącznie "widzimisię", tak poprawianie jej w przypadku różnych zmian, wyraźnie widocznych dla oka, które rzeczywiście mogą szpecić lub powodować niższą samoocenę, albo takich, których wycięcie jest niemal koniecznością np. z przyczyn zdrowotnych, uważam za pożądane.

Do drobnych zabiegów chirurgicznych możemy zaliczyć np tłuszczaki, czyli miękkie, niebolesne i przesuwalne zmiany pod skórą, powstające wskutek zbyt dużego nagromadzenia się tkanki tłuszczowej w jednym miejscu. Ich wycięcie nie jest powinnością, gdyż bardzo rzadko stanowią zagrożenie dla zdrowia, jednak często dokonuje się tego, głównie ze względów estetycznych. Sama również miałam do czynienia z tą zmianą, ponieważ pewnego dnia nie na żarty przestraszyłam się wyczuwając w okolicach piersi dwa guzki, które szczęśliwie okazały się być tylko tłuszczakami właśnie. Bardzo szybko udało mi się trafić do tzw. "kliniki jednego dnia", gdzie w ciągu niespełna kilkunastu minut pozbyłam się tego na dobre. Prywatnie koszt takiego zabiegu wynosi ok 300 zł.



Innym drobnym zabiegiem może być usunięcie kaszaka, czyli torbieli powstającej w gruczole łojowym, albo torebce włosowej, przez co najczęściej pojawiają się właśnie przy włosach. Czasem zdarza się, że powodują ból, dlatego ich wycięcia powinno się wykonać bardzo dokładnie, ponieważ w innym przypadku zmiany te mogą nawracać. Podobnie, jak w przypadku tłuszczaka, z którym miałam styczność, tak i tutaj zabiegu dokonuje się w znieczuleniu miejscowym w ciągu kilku/kilkunastu minut, a jego cena oscyluje w granicach 400-800 zł.



Następnym popularnym, a jednocześnie mało inwazyjnym zabiegiem jest usunięcie brodawek/kurzajek, czyli ponownie niebolesnych zmian, które wywołuje wirus brodawczaka ludzkiego HPV. Czasem można zwalczyć je samemu za pomocą  środków aptecznych, niemniej często zdarza się, że zmiana jest na tyle uparta, że lepiej udać się w ręce doświadczonego specjalisty, aby usunąć tą przypadłość za pomocą zamrażania, lub laseroterapii. Mimo, iż zabiegi te mają niezłą skuteczność, czasem zmiana lubi nawracać. Koszt wynosi ok. 150-400 zł.



Ostatnim już przykładem może być także wycięcie znamion, czyli widocznej zmiany w postaci ostro odgrodzonej plamy, albo guzka o różnym zabarwieniu. Podobno przeciętny człowiek ma ok. 20 znamion, stąd wiadomo, że występują bardzo często i niemal u każdego. Niektóre z nich, zazwyczaj te drażnione lub narażone na drażniące działanie, mogą z czasem przekształcić się w nowotwór złośliwy. Ja również jestem posiadaczką znamienia, które mam od dziecka i które widnieje w postaci małego guzka w kolorze skóry, po lewej stronie górnej wargi. Nie ukrywam, że wkrótce planuję odłożyć pieniążki na zabieg, aby na dobre się go pozbyć, bo mimo że na codzień mi kompletnie nie przeszkadza, to jednak wolałabym go nie mieć, ot tak dla lepszego samopoczucia :) Za usunięcie przeciętnej zmiany zapłacimy w granicach od 150 zł do nawet 700 zł i więcej (moja ma kosztować ok 600 zł, czyli całkiem sporo).



Jestem ciekawa Waszych spostrzeżeń w tym temacie. Miałyście okazję usunąć sobie jakąś podobnego rodzaju przypadłość, jak te które opisałam powyżej? Jeśli tak, podzielcie się swoimi przeżyciami w komentarzach, bo chętnie je poczytam. Jeśli chcecie poszerzyć swoją wiedzę w tym temacie, zapraszam na stronę http://www.tourmedica.pl/artykuly-medyczne/drobne-zabiegi-chirurgiczne/, gdzie znajdziecie wiele przydatnych informacji i wskazówek na temat tych zagadnień.

Ps. Wszystkie zdjęcia na potrzeby tego postu zapożyczyłam ze strony Tourmedica.

piątek, 4 lipca 2014

Zabieg SPA, alpejska kąpiel mleczna od BingoSpa

Hello! Mamy weekend! Jak ja na niego z utęsknieniem czekałam. Jutro w końcu będę mogła odrobinę poleniuchować i wreszcie porządnie się wyspać, gdyż niedziela znowu zapowiada się na bogato :D. Oby tylko pogoda dopisała i słoneczko intensywnie świeciło, bo jak taka pozytywna aura za oknem, to aż chce się działać.

Dzisiaj opiszę Wam produkt marki BingoSpa, który od pierwszego użycia niestety nie zyskał sobie mojej sympatii. Unikam używania słowa bubel, gdyż uważam, że to, iż mnie coś nie pasuje nie oznacza, że ktoś inny również będzie niezadowolony.

W pękatej buteleczce otrzymałam 620 g zielonkawego proszku, którego sama nazwa brzmi niezwykle zachęcająco. Producent użył tu twórczego, wysublimowanego słownictwa, działającego na wyobraźnię konsumenta.



Sam proszek jest drobniutko zmielony, aczkolwiek lubi krystalizować się w opakowaniu. Zapach jest przeciętny, bardzo mocno perfumowany i niestety mocno chemiczny. Mlecznych nut aromatycznych w nim nie wyczuwam, a tym bardziej zapachu miodu. Zioła już prędzej, ale nie jest to bynajmniej taki aromat, jaki mamy np. w ziołowych szamponach, o nie! Ten świdruje nos, wdzierając się aż do mózgu, a co u wrażliwszych osób może spowodować solidne kichanie. Taki z niego gagatek!



Najgorsze jednak, że kosmetyk ten nie działa tak, jakbym sobie tego życzyła. W zasadzie nie działa wcale. Może jedynie troszkę wygładził moją skórę, ale efekt taki uzyskuję nawet w przypadku używania zwykłego płynu do kąpieli i nie utrzymuje się on na dłuższą metę, a jedynie na chwilę. Smutne jest to chociażby dlatego, że skład ma całkiem niezły, tzn. widzę w nim dość sporo ekstraktów z różnych roślinek i chociaż umieszczone na dalszych miejscach, to jednak są, zatem kosmetyk ten powinien coś sobą wnosić, a tu klops, albo ja mam skórę aligatora :(.



Niemiła rzecz, która mnie zaskoczyła podczas jego używania to fakt, że zostawia na skórze coś w rodzaju paskudnej, lekko tłustej powłoczki, przez co miałam wrażenie, jakbym się dobrze nie domyła - ble ;/. Zostawała ona za każdym razem, bez względu na fakt, jaką ilość produktu wsypałam do wanny, co w moim odczuciu całkowicie przekreśla ten kosmetyk, gdyż po kąpieli nie lubię czuć, że za chwilę powinnam wziąć ją znowu, zatem temu Panu już podziękujemy.

Podsumowując - kosmetyki BingoSpa są dla mnie, jak loteria, albo fenomenalne, albo bubelkowate, zależy na co się trafi. Do tej pory jestem bezgranicznie zakochana w balsamie kolagenowym do ciała, który przy każdym użyciu uwodzi mnie swoim boskim zapachem i fantastycznym działaniem, a z kolei zabieg SPA przedstawiony powyżej i peeling solny, który prezentowałam jakiś czas temu, są zupełną jego odwrotnością, czyli całkowitą porażką, przez co nie mogę ich Wam polecić.

Jestem ciekawa Waszego zdania na temat produktów BingoSpa. Używacie? Jakie macie z nimi doświadczenie? Koniecznie dajcie mi znać w komentarzach!
Pozdrowionka i udanego weekendu for all :)))

sobota, 17 maja 2014

Makijaż do pracy - kilka najważniejszych zasad

Cześć! Pomysł na temat dzisiejszego postu chodził mi po głowie już od dłuższego czasu. Liczę również, że jego tematyka skłoni Was do dyskusji i wzajemnej wymiany doświadczeń w tej kwestii. Otóż dziś postanowiłam podzielić się z Wami moimi spostrzeżeniami na temat tego, jak powinien wyglądać makijaż, który wykonujemy wybierając się do pracy. Wiadomo, tutaj nie ma jednego dobrego rozwiązania, niemniej może komuś moje uwagi się przydadzą ;) Ok, zaczynamy!

 źródło: www.demotywatory.pl


PO PIERWSZE: zawsze wykonuj makijaż stosownie do zajmowanego stanowiska.

Tak, jak w zdaniu wyżej. Jeśli np. pracujecie w biurze, gdzie ubiór formalny jest obowiązkowy, lepiej postawić na klasykę i minimalizm także w kwestii makijażu. Purpurowy cień na oczach i krzycząca szminka nigdy nie będą wyglądać dobrze w momencie zestawienia ich z elegancką garsonką. W takim wypadku zdecydowanie lepiej postawić na coś bardziej stonowanego, czyli np. bezpieczne brązy, które sprawdzają się praktycznie w każdej sytuacji, delikatną czarną kreskę na powiece i subtelną pomadkę w kolorze różu, lub eleganckiej czerwieni (nie jaskrawej!). Podobnie w odwrotnym przypadku, jeśli pracujecie przykładowo w zawodzie, gdzie ekstrawagancja jest w pełni dozwolona np. jako stylistki, makijażystki, czy fryzjerki, makijaż zbyt ugrzeczniony również może być nie do końca mile widziany. Jeśli z kolei nie jesteście do końca pewne na ile możecie sobie pozwolić i jak daleko się posunąć, moim zdaniem lepiej wykonać makijaż skromniejszy, niż z przesadą, ponieważ w najgorszym wypadku może to skutkować niemiłą uwagą przełożonego, co na pewno dla nikogo nie byłoby przyjemne.

PO DRUGIE: schludność to podstawa.

Jeśli już wykonujemy makijaż pamiętajmy, aby był on schludny i wykonany przede wszystkim z jak najwyższą starannością. Ma to duże znaczenie zwłaszcza w przypadku, jeśli pracujecie z ludźmi. Świadczy on bowiem nie tylko o Was, ale także często o tym, co może pomyśleć ewentualny klient. Przykładowo: Pani pracująca w drogerii z na wpół wżartym, a na wpół startym tintem na ustach, czy spływającym podkładem raczej nie doradzi najlepszych dla nas kosmetyków, ani nie zachęci do robienia zakupów w tym sklepie. Oczywiście, że wypadki się zdarzają, ale jeśli po raz kolejny spotykamy tą samą Panią i po raz enty jej makijaż jest w podobnie opłakanym stanie, to na pewno nie zrobi to dobrego wrażenia nie tylko względem samej osoby, ale często także i firmy która ją zatrudnia. Schludność, ale także i perfekcja wykonania są również niezbędną cechą, którą powinny posiadać osoby zajmujące się makijażem profesjonalnie. Tutaj to już rzecz priorytetowa i nie ma nawet co rozpisywać się na ten temat, bo chyba każdy to wie ;).

PO TRZECIE: trwałość.

Poniekąd wiąże się z punktem 2, czyli schludnością. Jeśli wykonujemy makijaż do pracy, fajnie byłoby wrócić z nim także do domu :). Stawiajmy na kosmetyki, co do których jesteśmy pewni, że nie spłyną nam po godzinie czy dwóch od nałożenia. Jeśli nie jesteśmy ich jednak pewni, w miarę możliwości zerkajmy co jakiś czas w lusterko, celem kontroli sytuacji, czy aby nie przydarzyła się nam kosmetyczna katastrofa. Ja na przykład mam notoryczny problem ze startym różem na jednym policzku, ponieważ zawsze gdy odbieram telefon, przykładam go do lewego ucha :P Po jednej takiej wtopie już wiem, by zabierać ze sobą do pracy róż i w chwili przerwy poprawić to, co zostało starte na przestrzeni dniówki.

PO CZWARTE: nie przygniataj!

Chodzi tutaj o nie przygniatanie makijażem swojej osoby :). Ważne jest to głównie podczas pracy z ludźmi, a już zwłaszcza, kiedy macie do czynienia z mężczyznami :D. Wątpię, czy klient będzie uważnie słuchał przedstawianie mu nowej oferty komórkowej, kiedy Pani konsultantka będzie miała na sobie co prawda ładny i starannie wykonany, ale zbyt rzucający się w oczy makijaż, zabierający tym samym całą uwagę. W ostateczności może dojść do sytuacji, kiedy ludzie będą woleli patrzeć, niż słuchać co macie do powiedzenia, a w pracy jednak mimo wszystko ważniejsze jest to drugie, co by nie tracić czasu na niepotrzebne odpowiadanie po 20 razy na te same pytania ;).

PO PIĄTE: czuj się dobrze.

Czasem jest tak, że człowiek przesadzi i to niechcący w tą złą stronę. I chociaż nikt nie ma pretensji, bo praca pozwala na dowolność w wyglądzie i makijażu, to jednak mimo wszystko można poczuć się jak odmieniec, kiedy reszta współpracowników nosi się inaczej. Tutaj już musicie wiedzieć, czy wolicie być outsiderem, bo jest Wam tak dobrze i macie wychuchane na to co o Was pomyślą, czy jednak lepiej się czujecie podążając makijażowym szlakiem za resztą grupy.


Uff... to by było chyba na tyle. Nobla dla tego kto dobrnął do końca czytając całość :D. Jestem ciekawa, czy zastanawia Was, jak ja zazwyczaj noszę się do pracy. Moja jest typowo biurowa, gdzie strój formalny i klasyczny makijaż co prawda nie są wymagane, jednak mimo wszystko lubię postawić na kreskę na oku i szminki w różnych kolorach, gdyż tak najlepiej się czuję. Cieni używam różnie, w zależności od tego, czy mam na to chwilę czasu. Na ogół jednak wyglądam tak (fotka bez najmniejszej obróbki graficznej, robiona po pracy, więc make up już w trochę naruszonym stanie):



Miłego weekendu Kochani :*

piątek, 11 października 2013

Porównanie obu wersji podkładu Revlon Colorstay 180 Sand Beige

Heloł! Do napisania dzisiejszego postu skłoniły mnie niedawne zakupy. Otóż kiedy mój ulubiony podkład na sezon jesień/zima czyli właśnie tytułowy Revlon zaczął dobijać dna, postanowiłam uzupełnić zapasy, jednak oczywiście jak to ja, nie sprawdziłam numeru, ani odcienia który posiadam, więc na miejscu dość długo zastanawiałam się czy biorę na pewno odpowiedni kolor. Po przyjściu do domu od razu postanowiłam to sprawdzić i rzeczywiście, z numerem i odcieniem trafiłam w samo sedno, jednak coś mi nie pasowało, bo niby dlaczego skoro wszystko gra, nie odpakowany jeszcze kosmetyk ma w buteleczce nieco ciemniejszy odcień? Dodam, że oba są na 100% oryginalne, kupione za pierwszym razem w Douglasie, a za drugim w Hebe.




Jak się prędko okazało, za drugim razem trafiłam na nowszą wersję podkładu, czyli produkowaną od 2012 roku z wyższym faktorem, czyli 15, natomiast poprzednia była jeszcze z 2011 i posiadała SPF 6. Wszystko fajnie, ale skąd różnica w kolorze? Moim zdaniem wynika to z przede wszystkim z podwyższonego filtru i niewielkiej zmiany w składzie obu kosmetyków. Dlatego w tym miejscu apeluję do Was o to, byście kilkukrotnie sprawdzały, czy kolor aby na pewno jest dobrze dopasowany do Waszej karnacji, ponieważ w przypadku niektórych odcieni np. 320 True Beige, mimo tego samego oznakowania, różnice są kolosalne. Ja miałam to szczęście, że w przypadku 180 Sand Beige, kolor starej wersji był dla mnie minimalnie za jasny, natomiast nowa świetnie dopasowała się odcieniem do mojej cery.



Inne różnice w obu podkładach to m.in. zmiana konsystencji. W starszej wersji była ona bardziej leista, natomiast w przypadku nowej niezbędne jest potrząsanie buteleczka w celu wydostania choć odrobiny podkładu, co nie ukrywam jest mocno uciążliwe, zwłaszcza kiedy zależy nam na czasie i nie mamy ochoty bawić się z tak prozaiczną czynnością. Kolejna kwestia to ta, iż w przypadku starej wersji formuła była dość ciężka, przez co mocniej i dokładniej zakrywała niedoskonałości. W przypadku nowej wersji odnoszę wrażenie, że podkład jest nieco lżejszy, przez co troszeczkę słabiej sobie radzi z zakrywaniem niespodzianek i mimo, że posiadam wariant do cery mieszanej i tłustej muszę wspomagać się dodatkowo odrobiną transparentnego pudru, by całość przetrwała nienaruszona cały dzień, ponieważ moja skóra po użyciu tego podkładu ma tendencję do lekkiego błyszczenia.

To w zasadzie na tyle jeśli chodzi o poszczególne różnice. Mimo, że kolor bardziej odpowiada mi w nowszej wersji, to jednak patrząc na całość bardziej wolałam tą starszą, przede wszystkim ze względu na jej ogólne właściwości i mocne krycie, które jesienią, lub zimą, kiedy skóra narażona jest na czynniki zewnętrzne, typu deszcz, wiatr, mróz, bardzo się przydaje.

Żeby nie kończyć w tym dość pesymistycznym tonie dodam, że z nową wersją również mocno się polubiłam, przez co Revlon Colorstay nadal pozostaje moim numerem 1, jeśli chodzi o podkłady na jesień/zimę i poza tym co wymieniłam, innych różnic nie zaobserwowałam. Najważniejsze, że obie, zarówno stara, jak i nowa wersja nie zmieniają koloru na twarzy, co nieraz potrafi być prawdziwą zmorą uprzykrzającą życie.

Życzę Wam miłego dnia, a ja tymczasem pędzę na spacer :)

środa, 24 kwietnia 2013

Sok z brzozy - lekiem na całe zło?

Hej Dziewczynki! Wreszcie ozdrowiałam po męczącym przeziębieniu i pomału wracam do siebie. Niestety przez to, że od lat choruję na spondyloartropatię, odmianę reumatoidalnego zapalenia stawów, każde przeziębienie, czy grypa trzyma mnie 2 razy dłużej, niż przeciętną "zdrową" osobę, więc 2 tygodnie mordęgi to u mnie norma (ostra grypa potrafi trzymać nawet przez miesiąc). Dzieje się tak z powodu błędu w układzie odpornościowym, który przy mocniejszym osłabieniu powoduje autodestrukcję stawów w moim organizmie. Objawia się to bardzo silnym obrzękiem w obrębie stawów, niesamowitym bólem i w następstwie koniecznością operacji (3 są już za mną). Ale ja dzisiaj nie o tym chciałam pisać. Już kilka lat temu, szukając niefarmakologicznych środków, które pomogą mi się wzmocnić, trafiłam na sok z brzozy. Wielokrotnie czytałam o jego znakomitych właściwościach, dlatego postanowiłam sprawdzić, czy zadziała również na mnie.

Wybaczcie, że butelka nie jest pełna, ale zanim zaczęłam sporządzać notkę, zdążyłam już się napić :).



Z góry mówię, że w piciu soku jestem bardzo nieregularna. Zazwyczaj zalecane jest picie 1-2 szklanek dziennie przez okres ok 2-3 tygodni, natomiast ja potrafię wypić całe 750 ml widoczne na zdjęciu niemal za jednym podejściem, po czym kolejną butelkę kupić sobie za 5-7 dni. Mimo to jednak zauważyłam, że po takiej "kuracji brzozowej" (piszę w cudzysłowiu, bo jak wspomniałam - dopasowałam ją do siebie) czuję się lepiej, człowiekowi przybywa sił witalnych i zaczyna się "chcieć żyć". Zapewne dzieje się tak dlatego, że sok z brzozy zawiera bardzo wiele cennych składników, przez co jest zalecany zwłaszcza w okresie osłabienia i rekonwalescencji.

Do ważniejszych składników należy zaliczyć: 
* glukozę
* fosfor
* fruktozę
* kwasy owocowe
* magnez
* mangan
* miedź
* potas
* witaminy z grupy B i C
* żelazo

Właściwości soku z brzozy:
* dzięki betulinie nadającej korze białą barwę, zmniejsza poziom cholesterolu we krwi
* wzmacnia w okresie osłabienia, pobudza energię życiową, reguluje przemianę materii
* pomaga wydalić szkodliwe dla organizmu toksyny, jony sodu i chloru
* ma działanie moczopędne, oczyszcza ze złogów i zapobiega powstawaniu piasku i kamieni w pęcherzu moczowym i moczowodach
* pobudza pracę nerek
* poprawia odporność na infekcje
* redukuje trądzik
* istnieje teoria, że poprawia samopoczucie osobom chorym na raka, jednak nie zostało to dotychczas udowodnione naukowo

Pewnie zastanawiacie się, jaki smak ma taki napój. Jak dla mnie smakuje, jak pocukrowana herbata mocno rozcieńczona z wodą, lub też jak woda z cukrem z lekkim, drzewnym posmakiem (jak ktoś będąc dzieckiem kosztował korę z pnia drzewa, to wie co mam na myśli ;)). Przyznam, że sam smak soku bardzo mi odpowiada, chociaż znam też osoby, które nie mogą przełknąć nawet jednego łyka, zatem jest to sprawa indywidualna.

Z innych ważnych właściwości soku z brzozy, czyli tzw. bzowiny nie można pominąć również działania wybielającego np. piegi oraz wzmacniającego włosy. Do wzmocnienia i zwiększenia puszystości włosów stosuje się płukankę już nie tyle z brzozowego soku, co z suszonych liści brzozy (przepisy znajdziecie w Internecie, ja ich na sobie nie próbowałam). Liście brzozy wykorzystuje się także do robienia zewnętrznych okładów i przemywania skóry, natomiast wyciągi z liści brzozy mają działanie przeciwbólowe i przeciwzapalne. Należy pamiętać, że liście można zbierać w okresie od maja do czerwca.

Mam nadzieję, że zaciekawiłam Was zdrowotnymi i upiększającymi właściwościami tego zagadkowego drzewa, jakim jest brzoza. Jestem ciekawa czy Wy również doświadczyłyście jej dobroczynnych właściwości, czy może w nie nie wierzycie. Z niecierpliwością czekam na Wasze komentarze!

WAŻNE! Nie gwarantuję pozytywnego wpływu soku z brzozy na Wasz organizm. Jeśli się zdecydujecie, robicie to tylko i wyłącznie na własną odpowiedzialność, ponieważ ja opisałam tu swoje osobiste doświadczenia i przemyślenia. Podobno sok z brzozy nie wyrządza żadnej krzywdy i zalecany jest do picia w każdym wieku i przez każdą osobę, jednak nie jestem lekarzem i nie mogę wziąć za te słowa odpowiedzialności.

sobota, 8 grudnia 2012

Makijaż oczu dla osób z opadającymi powiekami

Cześć Dziewczyny! Dzisiaj chciałam Wam pokazać swój sposób na makijaż oczu, który myślę idealnie sprawdzi się w przypadku osób, które tak jak i ja borykają się z problemem opadających powiek.

Osobiście długo zastanawiałam się nad tym jak zrobić, żeby moje makijaże (i trud w nie włożony ;)) były najzwyczajniej w świecie widoczne dla otoczenia. Wiadomo, że kiedy górna powieka jest niemal całkiem zasłonięta, bo przykrywa ją fałdka skórna, każdy, choćby najpiękniejszy make up może pozostać niezauważony, a oko nienależycie wyeksponowane.

Postanowiłam, że najpierw spróbuję mocniej wyciągać cienie pod łuk brwiowy, początkowo nie kombinując z ciemnymi kolorami, aby efekt nie wyszedł zbyt przerysowany.

Moja pierwsza próba skończyła się tak:




Chyba nie poszło mi tragicznie, ale jeszcze nie tak, jak powinno być. Cienie, pomimo że w delikatnych barwach wyciągnęłam za mocno do góry, przez co oko nie zyskało pożądanego przeze mnie kształtu, czyli migdału, a zbliżyło się bardziej do kuli. Ponad to odległość między linią, gdzie kończy się cień, a brwią była zdecydowanie za mała:


Nauczona nowym doświadczeniem, podjęłam próbę raz jeszcze, tym razem z odcieniami szarości i granatu, czyli czegoś ciut mocniejszego. Na moje szczęście efekt ostateczny mnie zadowolił, a oko uzyskało upragniony kształt:




Odległość między linią, gdzie kończy się cień, a zaczyna brew znacznie się wydłużyła, co umożliwiło mi dodatkowo zastosowanie rozświetlacza, dzięki czemu cały makijaż, pomimo użycia ciemniejszych barw, zyskał na lekkości:


Zbierając moje przemyślenia w jedno i podsumowując, myślę, że najważniejszym jest to, aby pamiętać, iż przy opadających powiekach mimo wszystko nie należy wyciągać cieni za nadto w górę, ponieważ można uzyskać efekt, jak z pierwszego zdjęcia. Lepiej skupić się na tym, aby idąc przez środek powieki, delikatniej najechać cieniem na fałdkę skórną, a za to mocniej wyciągnąć przy zewnętrznym kąciku, co umożliwi nadaniu naszemu oku kształtu migdałka.

Mam nadzieję, że choć troszkę Wam pomogłam tym postem i moje dość skomplikowane tłumaczenie jest dla Was zrozumiałe.

Ponad to po raz kolejny serdecznie zapraszam Was na MOJE NOWOROCZNE ROZDANIE. Nie wiem, dlaczego dotąd zgłosiła się tylko jedna osoba, ale najwidoczniej ma szczęście, bo jak tak dalej pójdzie to wygra walkowerem :). Bierzcie się Dziewczyny do roboty! Pozdrawiam Was w ten mocno mroźny dzień :*
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...