Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pozostałe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pozostałe. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 lutego 2018

Time to say goodbye...

Kochani! Jak zapewne widzicie po tytule, nadszedł w końcu ten moment w moim życiu, kiedy to postanawiam pożegnać się z Wami i tym samym zakończyć działalność mojego bloga. Przyznam, że nosiłam się z tym już od dłuższego czasu jednak ciągle brakowało mi odwagi, głównie z racji mojego długiego (za chwilę 7-letniego) stażu w blogosferze. Jednakże trzeba być silnym, ostatecznie postawić kropkę nad "i" oraz powziąć pewne decyzje.

Już od kilku miesięcy mogliście zauważyć, że tutaj w naszym blogowym świecie było mnie stopniowo coraz mniej. Działo się tak dlatego, iż ograniczona ilość wolnego czasu jak również chęć realizowania się w innych, obecnie ciekawszych i bardziej ambitnych dla mnie obszarach sprawiła, że blog znalazł się praktycznie na końcu listy "to do". Ponadto zanik weny twórczej do przygotowywania nowych wpisów, a także coraz większy upadek prawdziwości autorów sporej części blogów, w tym zbyt szeroko prowadzony product placement, stały się dodatkowym przyczynkiem do tego, aby przemyśleć kwestię dalszej kontynuacji mojego miejsca w sieci.

Żeby jednak osłodzić nieco powstałą goryczkę, muszę przyznać, że te wszystkie lata spędzone w blogosferze, z Wami, dały mi naprawdę ogrom korzyści począwszy od możliwości poznania nowych kosmetyków, marek, nawiązania interesujących współprac, a na ciekawych znajomościach i fantastycznych, wspólnie spędzonych chwilach skończywszy. Na pewno nigdy tego nie zapomnę i zawsze będę mile wspominać, w końcu to kawał historii, którą razem tworzyliśmy. Czas jednak iść dalej. Zatem czego mogę Wam życzyć i co obiecać. Podążajcie za sobą, swoimi marzeniami i realizujcie siebie najlepiej jak potraficie! Czerpcie z życia garściami i nie obawiajcie otwierać na nowe. My cosmetics, my style my world nie znika na dobre z sieci, a jedynie nie będzie w dalszym ciągu prowadzone. Być może jeszcze z czasem postanowię tu umieścić jakiś wpis, ale z pewnością jak już to na zasadzie wyjątku, a nie trwałego powrotu. Postaram się jednak w miarę możliwości do Was zaglądać i podczytywać. To chyba byłoby na tyle, do zobaczenia gdzieś w drodze! Trzymajcie się, buziaki :***


piątek, 22 grudnia 2017

Świąteczne życzenia 2017

Cześć! Strasznie dawno mnie tu nie było, jednak w przedwigilijnym galopie i ferworze świątecznych przygotowań znalazłam chwilkę, aby przesłać Wam jak zawsze życzenia prosto z serca :*

Żeby powiększyć, kliknij na zdjęcie.

środa, 16 sierpnia 2017

Ziaja - orzeźwiająca mgiełka zapachowa do twarzy, ciała i włosów

Hej! Niestety przed długim weekendem nie wyrobiłam się z nowym wpisem, ale zgodnie z obietnicą wracam, by opowiedzieć Wam o pewnym produkcie, który idealnie sprawdzi się na powracające upały.

Produkt marki Ziaja, czyli orzeźwiającą mgiełkę zapachową odkryłam jeszcze w zeszłym roku, całkowitym przypadkiem, kiedy któregoś dnia zawitałam do Hebe w zupełnie innym celu zakupowym. Pamiętam, że była akurat w promocji i kosztowała w okolicach 5 zł, to aż żal było nie wziąć, dlatego zaryzykowałam w ciemno i... nie żałuję!



To, co mnie skusiło już na wstępie, to obietnice producenta, ze mgiełka nadaje się do stosowania zarówno na twarz, ciało jak i włosy, zatem jest to kosmetyk uniwersalny. Kilkukrotnie miałam okazję użyć jej w poprzednie lato (kupiłam ją, kiedy niestety dobiegało już ku końcowi), natomiast w tegoroczne, jest nieodzownym elementem mojej wyjazdowej kosmetyczki, gdyż zabieram ją po prostu wszędzie.



Szata graficzna jest bardzo minimalistyczna i przyjemna dla oka. Połączenie bieli z mięta zawsze się obroni. Atomizer rozpyla mgiełkę dość mocno, ale równomiernie i bez zarzutu. Nic się nie zacina, a kosmetyk nie wylewa się z buteleczki, dlatego na wszelkie wojaże możecie go śmiało zabierać.



Zgodnie z założeniami, mgiełka ta świetnie sprawdza się w podróży do lekkiego odświeżania ciała, tak samo podczas panujących upałów, w trakcie lub po opalaniu, ale... no właśnie jest jedno "ale". Mianowicie nie powinno się z nią przesadzać, intensywnie spryskując np. twarz, ponieważ z racji tego, że zawiera w składzie m.in. glicerynę, po chwili nasze ciało może zacząć się bardzo nieprzyjemnie kleić i świecić. Niestety załatwiłam się tak raz, kiedy na dworze był prawie 40 stopniowy upał, nie miałam na sobie makijażu, więc dla ochłody co chwilę pryskałam sobie buzię mgiełką. Kiedy po godzinie zawitaliśmy do pizzerii i idąc umyć ręce, spojrzałam w łazienkowe lustro, przestraszył mnie widok świecącej się jak kula dyskotekowa mordki, która w dodatku kleiła się tak, że wszystkie pyłki z powietrza osiadały na niej w mgnieniu oka. Po umyciu wodą było już ok, ale wspomnienia pozostały, dlatego ku przestrodze - pamiętajcie, by nie przesadzać z jej używaniem :).

Kosmetyk ten bardzo fajnie odświeża, tonizuje, ale czy nawilża? Niekoniecznie, a przynajmniej ja tego nie zauważyłam. Redukuje za to uczucie ściągnięcia i przynosi ukojenie skórze, które latem jest potrzebne. I co równie ważne - zapach, który jest iście BOSKI! Świeży, baaardzo orzeźwiający i zarazem delikatny. Dla mnie idealny! Fakt, faktem, utrzymuje się krótko, ale należy mieć na uwadze, że to nie są perfumy, żeby trzymały się przez minimum kilka godzin. Tutaj zapach wyczuwalny jest ok. godzinkę czasu, ale dla mnie to żaden problem, gdyż nie takie jest założenie mgiełki, aby kompozycje zapachowe były trwałe. Jednak ten moment, kiedy spryskując ciało, czuję unoszący się w powietrzu aromat, to coś niesamowitego! Jeśli czyta mnie ktoś z marki Ziaja, to proszę Was - stwórzcie takie perfumy, a będę pierwszą osobą, która je kupi :).



Nikogo chyba nie zdziwi jeśli napiszę, że oczywiście polecam ten produkt każdej kobiecie zwłaszcza, że w regularnej cenie kosztuje 7-8 zł, więc jak na tak przyjemny, wielofunkcyjny kosmetyk są to naprawdę groszowe sprawy. Dodatkowo mgiełka ma pojemność 100 ml i jest przy tym tak wydajna, że z powodzeniem wystarczy Wam na końcówkę tego i początek przyszłego lata. Tymczasem życzę Wam miłego dzionka, a ja uciekam na spacerek po Waszych blogach!

niedziela, 30 lipca 2017

Beduinki Na Instagramie - współczesne realia życia Arabek (i nie tylko) + dziś są moje 30-te urodziny!

Cześć! Kilka miesięcy temu, podczas spontanicznych zakupów w Biedronce jak zwykle przeglądałam proponowane przez market pozycje książkowe i przypadkiem natrafiłam na jedną, którą wiedziałam, że koniecznie muszę nabyć, aby dołączyć do swojej domowej biblioteczki. Uwielbiam literaturę traktującą m.in. o życiu kobiet w krajach arabskich, gdyż tamtejsze obyczaje w połączeniu z religią są tak skrajnie odmienne od naszych, a przy tym tak fascynujące, że nie sposób przejść obok nich obojętnie :).




Autorka książki, czyli Aleksandra Chrobak jest Polką, która jak możemy przeczytać na tylnej okładce książki - "poznała Emiraty od podszewki". Kilka lat żyła i pracowała w ZEA (Zjednoczonych Emiratach Arabskich), dzięki czemu miała okazję bardzo dokładnie poznać zasady rządzące życiem tamtejszych ludzi, ich zwyczaje i kulturę. To doświadczenie jest dokładnie widoczne na kartach książki, która została napisana w sposób przede wszystkim ciekawy i zaskakujący.

Książka w dużej mierze ukazuje codzienność życia Arabek z różnych regionów kraju. Od tych bardziej wyzwolonych, które pod długimi abajami skrywającymi ich sylwetki, niejednokrotnie noszą kosmicznie drogie kreacje od Diora, Balenciagi, czy Chanel, w wolnych chwilach jeżdżąc na zakupy swoim nowiutkim porshe będącym prezentem od męża, po te, które żyjąc poza wielkim miastem, wciąż tkwią w swoim zaścianku, pozostając skromne, usłużne i całkowicie podporządkowane życiu jakie zostało im narzucone.

Jednakże książka ta nie skupia się tylko i wyłącznie na kobietach. Pokazuje również m.in. zasady panujące w męskim świecie, ogromną wagę przykładaną do religii, zasad które obowiązują w domach zarówno bardziej zamożnych mieszkańców, jak i tych biednych i wiele, wiele innych, także jestem pewna, że jeśli choć odrobinę interesuje Was tematyka życia ludzi w krajach arabskich, to jest to propozycja dla Was.



Jeśli chodzi o mnie, to najbardziej zaciekawiły mnie możliwości "obejścia" rygorystycznych norm, które w ciągu lat wypracowały sobie Arabki. Całkowicie zdominowane przez męską populację, gdzie to mąż, ojciec lub brat decydują o każdym ich kroku, nauczyły się delikatnie naginać pewne prawidła, aby mieć choć minimalnie poszerzoną swoją przestrzeń życiową. Ponad to nauczyły się także subtelnego okazywania swojej kobiecości, którą na codzień zasłania wspomniana już czarna abaja. Autorka wspomina, że czasem wystarcza mały detal, aby wprawne oko mogło rozpoznać z jakim typem kobiety rozmówca ma do czynienia - elegancką damą, buntowniczką (oczywiście w tamtejszym tego słowa znaczeniu), czy tradycyjną beduinką. Ciekawe też jest podejście Arabów do mediów społecznościowych i kontaktów międzyludzkich np. w pracy. Wiedzieliście, że autorka kilka lat przepracowała z kobietą, której twarzy nigdy nie widziała, przez co nie była w stanie rozpoznać ile ma lat? Mogła się tego domyślać jedynie po dłoniach i głosie. Dla nas to szok, a tam to normalność.

Dzięki tej książce po raz kolejny przekonałam się, że ZEA to kraj ogromnych kontrastów, gdzie nowoczesność miesza się ze zwyczajami praktykowanymi od lat. Każdy rozdział opisany jest  w sposób interesujący, dlatego czytanie jest przyjemnością i podczas lektury nie ma miejsca na nudę. Jednak zdarzyło się też kilka powtórzeń, które były niepotrzebne, gdyż spokojnie można było je pominąć. Mimo to, w moim odczuciu są to detale, w tym przypadku nie rzutujące na odbiór całości, także z mojej strony ta książka otrzymuje moją rekomendację :).

Ps. W dniu dzisiejszym obchodzę swoje 30 urodziny, będę miała małą imprezkę rodzinną, natomiast jutro wyjeżdżam na kilka dni poza miasto, dlatego też na wszelkie Wasze komentarze i wiadomości odpowiem po powrocie do domku. Ściskam Was mocno i jak co roku, wirtualnie dzielę się pysznym torcikiem oraz kawką. Buziaki!!! :*

(źródło - www.weheartit.com)

środa, 28 czerwca 2017

Okulary przeciwsłoneczne Ray-Ban Wayfarer 2140 - znakomita inwestycja, czy wyrzucone pieniądze? Na co zwracać uwagę, żeby uniknąć podróbek?

Cześć! W końcu nastało kalendarzowe lato! Piękna, słoneczna pogoda nastraja do częstego wychodzenia na dwór, a skoro upały wreszcie postanowiły się u nas zadomowić, poza podstawową ochroną skóry, koniecznie należy pamiętać również o nie mniej ważnej ochronie naszych oczu. W dzisiejszym wpisie postaram się odpowiedzieć na pytanie, czy jedno z podstawowych akcesoriów obowiązujących latem, jakimi są okulary przeciwsłoneczne warte są wydania większych pieniędzy, czy wręcz przeciwnie. Czy w parze ze znaną marką idzie także doskonała jakość? Jak nie dać się oszukać i uniknąć kupienia podróbki? Zapraszam na dłuższy post, który mam nadzieję, rozwieje Wasze wątpliwości :).

Aktualnie jestem szczęśliwą posiadaczką 2 par okularów z tzw. wyższej półki, czyli modelu Wayfarer 2140 marki Ray-Ban na których dziś się skupimy oraz awiatorów Guess. Swoje klasyczne Ray-Bany zakupiłam rok temu w stacjonarnym sklepie optycznym, wiedziona obietnicą doskonałej ochrony wzroku przed promieniowaniem słonecznym, natomiast tegoroczne Guess były podyktowane bardziej kaprysem, niż koniecznością ich posiadania. Jeśli będziecie chciały przygotuję osobny wpis również na ich temat.



Z racji tego, że jak już niejednokrotnie wspominałam, okresowo zmuszona jestem brać leki na stawy, zdarza się, że moje oczy źle reagują na promienie słoneczne stając się na kilka tygodni, tudzież miesięcy mocno uwrażliwione, często reagując łzawieniem w kontakcie z nawet niewielkim słoneczkiem. Kupno Ray-Banów było więc podyktowane przede wszystkim zwiększeniem mojego komfortu, co oczywiście nie znaczy, że nie chciałam ich mieć, ponieważ ich zakup chodził mi po głowie już od jakiegoś czasu.

Zdecydowałam się na bardzo klasyczny i jeden z bardziej rozpoznawalnych modeli, czyli Wayfarer 2140, który wiedziałam, że prędko nie wyjdzie z mody, gdyż chciałam, aby moje okulary były nie tylko ponadczasowe, ale również pasowały do każdego stroju, co też ma miejsce. Wyglądają świetnie zarówno w połączeniu z elegancką stylizacją jak i w wydaniu totalnie casualowym. Zależało mi także na obecności polaryzacji, która wykorzystując efekt rozchodzenia się światła porządkuje obraz tak, aby nie zawierał smug i refleksów, które mogą nas oślepiać. Przydaje się to zwłaszcza w niekorzystnych warunkach atmosferycznych jak np. zimą na śniegu, podczas prowadzenia auta, czy kiedy przebywamy nad wodą.



Nie będzie odkryciem, gdy napiszę, że okulary te noszą się wspaniale, są stosunkowo lekkie (choć czuć kasę na nie wyłożoną), wytrzymałe, a przy tym bardzo twarzowe. Rewelacyjnie sprawdzają się w każdej sytuacji, nawet w bardzo ostrym słońcu, co jak już wspomniałam - jest dla mnie istotne. Niestety w parze z pełnym komfortem, elegancją i najwyższą jakością idzie również cena, która do niskich nie należy. Za ten konkretny model z dodatkową polaryzacją trzeba bowiem zapłacić ok. 700 zł (czasem w promocji uda się dostać nieco taniej, ale i tak należy liczyć się z wydatkiem rzędu 600 zł). Jest to sporo, dlatego na serwisach aukcyjnych co cwańsi oszuści niejednokrotnie próbują wcisnąć ludziom podróbki, obiecując że ich "oryginalne" Ray-Bany nabędziecie w cenie 100 czy 200 zł, co oczywiście jest totalną bzdurą. Jak więc nie dać się oszukać?



Oczywiście podstawową sprawą jest zwracanie uwagi na detale, dokładne wyprofilowanie, porównanie kształtów i brak jakichkolwiek niedoróbek. Pamiętajcie, że żadna szanująca się marka nigdy nie wypuści na rynek bubla z krzywymi zausznikami, niewyraźnymi lub zamazanymi numerami seryjnymi, czy rozchwianymi zawiasami. 

W Wayfarer 2140 warto przypatrzeć się przede wszystkim:
* Charakterystycznemu białemu, równiutkiemu, wyczuwalnemu pod palcem logo, obecnemu ZAWSZE na prawej soczewce okularów oraz mało widocznemu, chropowatemu skrótowi RB, wyżłobionemu na lewej soczewce.




* Znaczkowi Ray-Ban z boku okularów, który powinien znajdować się stosunkowo blisko soczewek. Całość jest wtopiona w zauszniki, a litery są wyraźnie wypukłe i równe. W fake'owych okularach najczęściej napis jest nie do końca dopracowany i sporo oddalony od soczewek.



* Linii soczewek - w tym modelu, są one lekko nachylone pod kątem, co nawet lepiej widać na zdjęciu powyżej. W podróbach zazwyczaj bywają proste.



* Napisy na wewnętrznej stronie zauszników - na prawym powinna być napisana nazwa modelu, dopisek "Hand Made in Italy", oraz dodatkowa informacja, jeśli okulary są z polaryzacją. W podróbach pisze różnie. Na lewym natomiast musi być informacja o tym, z jakim konkretnym modelem mamy do czynienia oraz numery seryjne. Wszystko równe, gładkie (pod paznokciem minimalnie chropowate) i bardzo wyraźne.

* Zawiasy - w oryginałach metalowe, bardzo stabilne, w podróbach byle jakie, najczęściej plastikowe i niejednokrotnie rozchwiane.




* Metalowe pręty - w oryginałach są one wtopione w zauszniki, co równocześnie też daje wagę okularom. W podróbach oczywiście ich brak.



Uff... dotarliśmy już prawie do końca. Na zakończenie jeszcze dodam, że nie wiem jak Wy, ale ja jestem zdecydowaną zwolenniczką stacjonarnego kupowania rzeczy luksusowych i ze swojej strony tylko tę opcję Wam polecam. Jest to bowiem jedyny przypadek, kiedy mamy możliwość pełnego zapoznania się z produktem, który rzeczywiście chcemy nabyć, gdyż tylko mając bezpośrednią styczność z przedmiotem możemy go dokładnie obejrzeć, sprawdzić, przymierzyć, zapytać sprzedawcę o nurtujące nas kwestie itp. W przypadku zakupów online nie jest już tak kolorowo, ponieważ nawet jeśli rzeczywiście nikt nas nie oszuka i nabędziemy rzecz oryginalną, zawsze może ona posiadać wady i uszkodzenia spowodowane np. złym zabezpieczeniem przesyłki lub winą przewoźnika, a chyba nikomu kto płaci większe pieniądze za swój zakup nie będzie się chciało dodatkowo bawić w ewentualne odsyłanie przesyłki, czy reklamacje, bo moim zdaniem szkoda na to czasu, nerwów i dodatkowych kosztów. Nawet jeśli mieszkacie w małej miejscowości, czasem lepiej jest odczekać chwilę i poczekać na sprzyjającą okazję do zakupów będąc np. w pobliskim dużym mieście lub na wakacjach, niż kupować tak naprawdę kota w worku i użerać się później z nie zawsze uczciwymi sprzedawcami.

Napiszcie mi proszę w komentarzach, czy macie w swoich zasobach okulary marek luksusowych, a jeśli tak to jakie i przede wszystkim, czy jesteście z nich zadowolone :). Jak zawsze z niecierpliwością czekam na Wasze opinie :*.

piątek, 12 maja 2017

Pilne pytanie do Was

Hej Kochani! Jak w tytule, dzisiaj nie będzie recenzji, ani rozmowy o kosmetykach. Chciałam poznać Wasze zdanie na temat tego, co myślicie o założeniu blogowego Instagramu? Przyznam, że ta myśl chodzi za mną od jakiegoś czasu i chociaż mam już jedno konto, które jest moim prywatnym i które prowadzę wyłącznie dla swojej własnej przyjemności, wrzucając co akurat wpadnie mi do głowy, to tak pomyślałam, że może warto byłoby rozszerzyć działalność bloga o drugie poza Facebookiem social media. Bardzo czekam na Wasze opinie, gdyż nie ukrywam, że w dużej mierze to właśnie one przyczynią się do mojej decyzji. Buziaki :*.

piątek, 17 marca 2017

Basilur Tea - ekskluzywna herbata rodem z Cejlonu

Cześć! Jestem herbaciarą - tym oto skromnym wyznaniem rozpoczynam dzisiejszy wpis. Uwielbiam ten napój, który odkąd sięgam pamięcią, dzień w dzień gościł w moim domu, gości nadal i myślę, że będzie gościł już zawsze. Do wody, soków i innego picia zawsze bardzo chętnie wracam, ale to herbata od niepamiętnych czasów wiedzie u mnie prym i naprawdę nie wyobrażam sobie, aby kiedykolwiek mogło jej zabraknąć.

Moją ulubioną jest zwykła, czarna Lipton w żółtym opakowaniu, zaparzana zazwyczaj w czajniku (wtedy nie jest taka mocna), pocukrowana, czasem z dodatkiem plastra cytryny. To smak, który na zawsze będzie mi się kojarzył z domem rodzinnym, podobnie jak nieśmiertelna "herbata krasnoludkowa", o której wspomniałam przy okazji TEGO wpisu. Poza tymi dwoma, wyjątkowymi dla mnie smakami, bardzo lubię też wszelakie herbaty owocowe, różne mixy, połączenia itp. Jeśli chodzi o mój gust w tej materii, to kompletnie nie jestem wybredna i generalnie piję niemal wszystkie rodzaje poza grzańcami, które mi nie smakują i herbatą zieloną, która przy pierwszy zalaniu ma właściwości pobudzające, co przy moim dość ognistym temperamencie raczej jest niewskazane ;).

Z powodu tego mojego zamiłowania do herbat, ogromnie ucieszyłam się, że dzięki upominkowi od jednego ze sponsorów Spotkania Zaprzyjaźnionych Blogerek, marki Basilur, będę miała okazję wypróbowania jednej z propozycji ich oryginalnych, cejlońskich herbat, które dziś są eksportowane aż do 67 krajów świata!

Filozofią marki Basilur jest łączenie siły innowacji i wyjątkowości. Dzięki temu powstały przepięknie wykonane, jedne z najbardziej eleganckich opakowań herbaty na świecie, akcentujące ich luksusowość oraz wyrafinowanie. Z resztą popatrzcie, czyż nie są zachwycające?




W ofercie znajdziemy oczywiście znacznie więcej. Opakowania są nie tylko w kształcie bukietu kwiatów, czy bogato zdobionej puszki, ale np. książki, okna na świat, czy mapy Cejlonu, które ogromnie cieszą oko, przez co mogą stanowić znakomity prezent dla smakosza herbat. Ja przynajmniej bardzo bym się z takowego ucieszyła :).

To, co warto podkreślić to fakt, że każda z herbat posiada certyfikaty HACCP i ISO, a także spełnia wszelkie wymogi najsurowszych kontroli jakości, dzięki czemu ich smak jest tak wyjątkowy.

Moja herbatka pochodzi z kolekcji With Love Collection i jest to 100% czarna herbata z dodatkiem kwiatów pomarańczy, płatków bławatka i amarantusa oraz nutą truskawek i róży. W opakowaniu poza samym produktem, znajdziemy także kilka jednorazowych zaparzaczy w formie saszetek, do których wsypujemy herbatę przed jej zalaniem oraz mini ulotkę. Trzeba przyznać, że całość wygląda bardzo ekskluzywnie.



Jeśli chodzi o zapach to jest on krótko mówiąc obłędny! Aromat herbaty miesza się z aromatem owoców i lekkim zapachem kwiatów, tworząc mocno intensywną, odurzającą wręcz mieszankę.



Herbatę parzymy nasypując do zaparzacza ok. jednej łyżeczki, zalewając wodą i odczekując od 3 do 5 minut. Za pierwszy razem herbatę trzymałam 5 minut, przez co nabrała lekkiej goryczki, natomiast już kolejnym obniżyłam czas do 3 i jak dla mnie wtedy jej smak jest dokładnie taki jaki mnie najbardziej odpowiada, a po goryczce nie zostało nawet śladu. Grunt to nie przesadzić.




Oczywiście nie wytrzymałam do momentu zrobienia zdjęcia i jak tylko lekko przestygła, musiałam natychmiast jej skosztować. Najprościej jej smak można opisać jako aromat czarnej herbaty (co oczywiste) w lekkim połączeniu owoców i kwiatów, czyli otrzymujemy dokładnie to, z czego została stworzona. Jest wyrazista, mocno pachnąca i jak na mój gust bardzo smaczna, chociaż moim Rodzicom akurat nie podeszła, więc myślę że to, czy ktoś polubi tego rodzaju herbaty jest kwestią gustu.

Jej cena regularna wynosi 47,95 zł, czyli dość sporo jak na tego rodzaju produkt. Jednak teraz na jednej ze stron - KLIK - znalazłam je w cenie promocyjnej -40%, więc po zniżce kwota do zapłaty to 27,81 zł, zatem jeśli ktoś jest zainteresowany, to jest to najlepszy moment, aby się z nimi zapoznać, co ja ze swojej strony serdecznie polecam :).

Miałyście już okazję skosztować herbat Basilur? Jeśli tak, to napiszcie proszę który rodzaj i jakie są Wasze odczucia względem nich. Życzę Wam przyjemnego dnia :).

niedziela, 12 marca 2017

Upominki ze Spotkania Zaprzyjaźnionych Blogerek - Rybnik 04.03.2017 r.

Hej! Jak wspomniałam w ostatnim poście, ilość upominków otrzymanych od sponsorów naszego ostatniego, blogerskiego spotkania była dość spora, dlatego postanowiłam utworzyć osobny post, w którym Wam je zaprezentuję. Jeśli któraś z otrzymanych rzeczy szczególnie Was zainteresowała, piszcie śmiało w komentarzach, to przygotuję jej recenzję :).










Magnes i naklejki z logiem Spotkania - https://booklet.pl/ , http://www.fotobum.pl/
Pomadka, ciastko i próbki - Ola :)









Voucher 30 zł - http://chocolissimo.pl/


La Roche Posay - http://www.laroche-posay.pl/

czwartek, 9 marca 2017

Spotkanie Zaprzyjaźnionych Blogerek - Rybnik 04.03.2017 r.

Hello! Za kilka dni minie 5 lat od kiedy istnieję w Blogosferze. Przez ten czas udało mi się opublikować nie tylko mnóstwo treści, odpowiedzieć na setki komentarzy i podjąć ciekawe współprace, lecz przede wszystkim poznać fantastyczne osoby! Dlatego też bardzo ucieszyłam się, kiedy niedawno otrzymałam zaproszenie od Oli z bloga W Świecie Aleksandry do udziału w Spotkaniu Zaprzyjaźnionych Blogerek, które odbyło się 04.03.2017 r. w przepięknej Restauracji Pasja w samym centrum Rybnika. Na spotkanie wybrałam się wraz z Patrycją (Pielęgnacja, Makijaż I Styl Życia) oraz Kasią (Kobiece Fascynacje), gdzie na miejscu spotkałyśmy się z resztą dziewczyn.

Spotkanie rozpoczęło wystąpienie Pana Adama z platformy REACHaBLOGGER, dzięki któremu dowiedziałyśmy się wielu przydatnych rzeczy związanych z blogowaniem, np. jak podejmować współprace, na co zwracać uwagę przy ich podejmowaniu, jak czerpać najwięcej korzyści, a dzięki otwartemu dialogowi i możliwości zadawania pytań, dyskusja była żywa i na prawdę interesująca!





Następnie zamówiłyśmy sobie obiady, desery, na co kto miał ochotę i przeszłyśmy do tego co najważniejsze, czyli babskich pogaduszek nie tylko o naszych blogach, ale i pracy, życiu itp. Poza kilkoma dziewczynami, które miałam okazję poznać już wcześniej, nowe dla mnie osoby okazały się być mega sympatyczne, więc popołudnie w ich towarzystwie zleciało dosłownie w mgnieniu oka.

W trakcie rozmów, nasza wspaniała organizatorka Ola rozdała nam upominki, której jednak pokażę Wam bliżej w osobnym poście, bo jest tego na prawdę sporo! Dziękujemy Olu! :*

Ola - W Świecie Aleksandry



Na koniec oczywiście powstała pamiątkowa fotka.



Lista blogerek biorących udział w spotkaniu:
Dziękuję Dziewczyny za super spędzony z Wami czas! Mam nadzieję, że niebawem znów się spotkamy! ;)

Ps. Zdjęcia na potrzeby tego postu nie są mojego autorstwa, lecz zostały tu umieszczone za zgodą uczestniczek spotkania, które je wykonały.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...