Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Woski/Świeczki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Woski/Świeczki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 lutego 2017

Świeczki Kringle Candle - Spellbound i Fresh Air

Hello! Pierwsze moje spotkanie z produktami Kringle Candle zaliczyłam w grudniu ubiegłego roku i wspominałam Wam o tym przy okazji TEGO postu. Zarówno świeczka, jak i wosk tej samej marki wywarły na mnie tak pozytywne wrażenie, że przy okazji niedawnych zakupów w MintiShop, postanowiłam dorzucić do koszyka kolejne dwa daylighty, by sprawdzić, czy przypadną mi do gustu równie mocno, co poprzednicy.

Tym razem mój wybór padł na Spellbound i Fresh Air.



Świeczki Spellbound (Zauroczenie) byłam ciekawa od momentu, kiedy tylko o niej przeczytałam. Kusiła mnie przede wszystkim obietnica bogactwa owocowo-kwiatowego zapachu w połączeniu z piżmem, gdyż mieszanka ta zdawała się idealnie trafiać w mój gust, więc kiedy zobaczyłam, że świeczka dostępna jest na stronie Minti, postanowiłam wziąć ją w ciemno :).



Zapach w rzeczywistości okazał się być bardzo ciężki do opisania. Słodki, ale nie przesłodzony. Znacznie bardziej wyczuwam w nim zapach soku owocowego, niż samych owoców, ale bynajmniej nie jest to minusem. Całość ewidentnie kojarzy mi się z landrynkami w połączeniu z lekkim aromatem gumy balonowej, niby wszystko fajnie, ale przyznam że spodziewałam się czegoś znacznie bardziej uwodzicielskiego, w stylu np. Amor Amor od Cacharel i pod tym względem Spellbound nieco mnie rozczarował. To taki troszkę mdły ulepek w którym za dużo się dzieje. Zgodnie z obietnicą producenta niby czuć owoce i piżmo (kwiatów jakby mniej) oraz coś otulającego i bliżej nieokreślonego, ale całość w ogólnym rozrachunku nie powala. Na pewno nie można zarzucić, że jest to zapach brzydki, jest w porządku, ale to dla mnie za mało, by zatrzymać mnie przy nim na dłużej i sprawić, abym miała chęć jeszcze kiedyś do niego wrócić. Jestem jednak pewna, że znajdzie swoich entuzjastów, choć ja będę mimo wszystko szukała dalej ;).



Drugi zapach, również wybrany w ciemno to Fresh Air. W końcu kto z nas nie kocha zapachu letniego, świeżego powietrza? Tutaj również znajdziemy piżmo, a ponad to wodne kwiaty, owoce i jaśmin. Już w opakowaniu zapach ten skojarzył mi się z ciepłym porankiem, kiedy jeszcze lekka wilgoć jest wyczuwalna w powietrzu oraz aromatem prania rozwiewanego przez orzeźwiający wiaterek. Tak, jest to zdecydowanie kompozycja bardzo odświeżająca, pozwalająca się zrelaksować, wyciszyć zmysły i uspokoić. Będzie to świetna propozycja dla wielbicieli aromaterapii! Na ten moment nie potrafię sobie przypomnieć, ale Fresh Air bardzo kojarzy mi się z którymś woskiem Yankee Candle, który miałam już możliwość wypróbować i jak już wpadnę którym, to dopiszę pod notką. Po Aqua i Spa Day, aktualnie znajduje się na trzeciej pozycji i myślę, że jeszcze kiedyś się na niego skuszę.



Jeśli chodzi o intensywność obu zapachów, to w niewielkim pokoju oba są mocno wyczuwalne przez cały czas palenia. Z pewnością o wiele bardziej, niż świeczki Yankee Candle, jednak nie jest to moc porównywalna z woskami obu marek, które dla mnie okazują się być zazwyczaj za mocne, przez co muszę palić minimalną ich ilość, aby nie rozbolała mnie głowa. Świeczki KC nawet po kilkunastu odpaleniach nie tracą na intensywności i każdorazowo ich siła jest taka sama, co w moim odczuciu jest bardzo in plus. Na większej przestrzeni jednak ich moc spada, podobnie jak w przypadku, kiedy pokój z którym są palone ma otwarte drzwi lub tym bardziej okno. Niemniej podtrzymuję swoje zdanie co do tych produktów - uważam, że jakościowo są świetne i zdecydowanie godne polecenia, o wiele bardziej, niż świeczki YC, które mimo wszystko także lubię ;). Koszt jednej takiej świeczki to ok. 9-12 zł, zależy gdzie kupimy.



Jeśli miałyście okazję wypróbować już Kringle Candle, będę wdzięczna za podesłanie mi Waszych ulubionych propozycji, abym mogła sobie również je przetestować. Miłego dnia! ;))

czwartek, 15 grudnia 2016

Moje sposoby na relaks

Cześć! Dawno już nie pisałam postu innego, niż standardowa recenzja, dlatego dziś postanowiłam to nadrobić :D. Wiadomo nie od wczoraj, że odpoczynek i regeneracja organizmu są niezaprzeczalnie kluczową kwestią jeśli chodzi o nasze zdrowie i dobre samopoczucie. Wiem też jednak, że niestety w dobie ciągłego pośpiechu, natłoku zajęć i obowiązków, dla niektórych relaks to niemalże obco brzmiące słowo (oj znam takie osoby), ale uwierzcie - na prawdę warto w ciągu tygodnia wygospodarować chociaż kilka/kilkanaście godzin, w których będziemy mogli po prostu poleniuchować w najdogodniejszy dla nas sposób, zajmując się tylko tym, co sprawia nam przyjemność, przy okazji ładując akumulatory.

Jeśli o mnie chodzi, mam kilka ulubionych form odpoczynku i na tą chwilę nie potrafię zdecydować, która z nich przeważa nad resztą. To, że uwielbiam czytać książki moi stali czytelnicy z pewnością wiedzą. Teraz, kiedy mamy jesień, a już za chwilę zimę, w czasie wolnym uwielbiam wgramolić się pod koc z książką, herbatą i kotami obok, załączając jakiś przyjemny zapach w tle. Zapachy odgrywają w moim życiu dużą rolę, mam bardzo wrażliwy zmysł węchu, dlatego kiedy chcę się zrelaksować, wybieram aromaty, które przyjemnie mi się kojarzą i nie przytłaczają.

Pamiętacie jak niedawno w poście na Halloween (KLIK) wspominałam, że oprócz dwóch zapachów tematycznych, wybranych specjalnie pod to Święto, dobrałam sobie także kilka innych? Oto one:



Jak tylko trafiły w moje łapki, nie mogłam się doczekać kiedy je odpalę! Od razu nadmienię, że jako pierwsze poszły w ruch nieznane mi dotąd świeczka Aqua i wosk Spa Day (już sama nazwa jest jakże sugestywna ;)) marki Kringle Candle, które to wywarły na mnie piorunujące wrażenie! Oba zapachy są niesamowicie świeże, odprężające i zdecydowanie wpasowujące się w mój gust. Mogę je wąchać bez końca i nie mam dość, co w moim przypadku jest raczej rzadkością. Razem z dobrą książką i pyszną herbatką wprawiły mnie w tak dobry nastrój, że nawet się nie zorientowałam, kiedy przeleciało kilka godzin i niezapowiedzianie zagościł wieczór.



Wieczory to ta część dnia, którą lubię zdecydowanie najbardziej. Kiedy jestem typowo po domowemu, w dresie, bez makijażu, czasem lubię nałożyć sobie jakąś maseczkę i załączyć film lub obejrzeć ulubione kanały na YouTube. Wtedy też zazwyczaj ponownie odpalam jakiś zapach, choć w tym przypadku stawiam na te, które są raczej otulające, nie za mocne i skutecznie pozwalają wyciszyć się przed snem. Ze wspomnianej paczki, takimi zapachami stały się dla mnie 3, czyli: Serengeti Sunset, Winter Glow i Olive & Thyme. Każdy z nich na swój sposób delikatny jak to świeczka, ale i wyjątkowy, choć nie aż tak jak propozycje Kringle Candle, które mnie oczarowały i sprawiły, że chcę więcej. Niestety ze stajni Yankee Candle tym razem Black Coconut jako jedyny najmniej przypadł mi do gustu (okazał się zbyt duszący), więc oddałam go Siostrze, która lubi cięższe zapachy.





Jakie mam jeszcze inne sposoby na relaks? Z pewnością jest to muzyka! Ostatnio namiętnie słucham kilku utworów, a zwłaszcza mojego ukochanego "Lost On You" - LP, który to chyba nie znudzi mi się nigdy. Z innych w ostatnim czasie oczarowała mnie Marina w duecie z Jamesem Arthurem i ich "Let Me Love The Lonley", a także młodziutka Birdy oraz jej magiczne "Strange Birds". Każda z tych piosenek jest mi w jakiś sposób bliska i chociaż nie należą one do najweselszych, ostatnio właśnie takie działają na mnie najmocniej i paradoksalnie przy nich najlepiej odpoczywam.

Kolejnym sposobem jest dla mnie rysowanie, o którym już niegdyś wspominałam w TYM, TYM i TYM wpisie. Na prawdę nie ma nic przyjemniejszego, niż muzyka w tle, kartka papieru i kilka ołówków różnej miękkości. Podczas rysowania najskuteczniej zapominam o problemach, gdyż wykonując tę czynność, umysł jest stale skupiony na kreśleniu kresek, dlatego jeśli akurat macie jakieś zmartwienie lub kłopot - ten sposób serdecznie Wam polecam, bez względu na to, czy umiecie rysować, czy też nie.

Oczywiście nie mogłabym nie wspomnieć, że równie wspaniałą formą odprężenia są dla mnie wyjazdy na wieś pozwalające mi obcować z naturą, spotkania ze znajomymi, przyjaciółmi, wyjścia gdzieś na miasto, basen, do kina, na małe (lub często całkiem spore) zakupy oraz zabawa z moimi kotkami, która również sprawia mi ogrom radości. Po tak spędzonym czasie, ciężko nie mieć dobrego humoru i nie emanować pozytywną energią! :D

A jak sprawa wygląda u Was? W jakich okolicznościach najlepiej odpoczywacie? W ciszy i spokoju, czy raczej z kimś, w towarzystwie kogo dobrze się czujecie? Jak zwykle z wielką ciekawością czekam na Wasze komentarze! :)

sobota, 3 grudnia 2016

Pomysł na kosmetyczne prezenty dla (prawie) każdej kobiety

Witajcie! Jak papuga powtórzę za moimi koleżankami blogerkami/vlogerkami, że nie mam pojęcia jak to się stało, ale tak, mamy już grudzień! A jak grudzień to wiadomo, że za moment czeka nas szał świątecznych zakupów i niedalekich przygotowań do Świąt. Jeśli chodzi o prezenty jestem zdania, że aby uniknąć ogromnych kolejek i kupowania czegoś w pośpiechu, warto zawsze odpowiednio wcześniej przygotować strategię działania, tj. zastanowić się i przemyśleć, co w danym roku będziemy chcieli podarować konkretnej osobie, gdyż tak jak jak różni są ludzie, tak samo różne są ich oczekiwania oraz potrzeby.

Zatem co zrobić, by osoba obdarowana była na prawdę zadowolona z otrzymanego prezentu? Moim zdaniem warto inwestować w rzeczy dość uniwersalne, które wiemy, że raczej na pewno zostaną wykorzystane i sprawią przyjemność. Jeśli chodzi o kosmetyki (i akcesoria) postaram się przybliżyć temat poniżej.


PALETY CIENI

Nie każda kobieta lubi malować powieki cieniami. Jeśli jednak osoba, której chcemy sprawić prezent lubi podkreślać spojrzenie przy pomocy tych pyłków, myślę, że ciekawym prezentem będzie paletka w neutralnych, tzw. bezpiecznych kolorach, o ile nie znamy dobrze pod tym względem gustu danej osoby. Paleta neutrali sprawdzi się bowiem zawsze! Nie znam kobiety, która malując powieki, nie miałaby w swoich zasobach zarówno delikatnych, cielistych odcieni, jak i ciut mocniejszych brązów. To sprawdzony przepis na klasyczny makijaż w każdym wieku, zarówno dla nastolatki, dorosłej kobiety jak i starszej Pani - naturalny i ponadczasowy. Tutaj mogę polecić jedną z moich ukochanych palet, jaką jest w pełni matowa Naked Basic 2 marki Urban Decay (145 zł), która z uwagi na niewielki rozmiar i porządnie opakowanie, genialnie sprawdzi się również na wyjazdy, czy nawet do torebki.



Tańszym rozwiązaniem mogą być palety Makeup Revolution (ok. 40 zł), w których z uwagi na większą liczbę cieni, kolorystyka i wykończenia są już nieco bardziej zróżnicowane, ale wciąż na tyle uniwersalne, iż sądzę, że większość Pań powinna być zadowolona.




PERFUMOWANE BALSAMY DO CIAŁA

Na pewno teraz część z Was pomyślała "o nie, to na pewno nie jest bezpieczny prezent, w końcu mamy do czynienia z zapachami". Częściowo to racja, ponieważ zawsze może się zdarzyć, że nie trafimy w cudzy gust, aczkolwiek pamiętajmy, że perfumowane balsamy do ciała to nie są perfumy, które są intensywne i które czujemy na sobie cały dzień. Balsamy nawet jeśli są perfumowane, powinny być na tyle subtelne, by nie gryźć się z zapachami jakie nosimy na sobie na codzień. Jeśli jest inaczej, to dla mnie taki produkt nie jest wart uwagi. Na szczęście balsamy marki Bath & Body Works (ok. 45 zł), które miałam okazję stosować i które uwielbiam, mimo że zapachy mają obłędne oraz długo wyczuwalne na skórze, to jednak nigdy nie zdarzyło się, by weszły w nieprzyjemną interakcję z perfumami, dlatego tutaj pod względem prezentu uważam, że można zaryzykować.



Jeśli natomiast dokładnie wiemy, jakich perfum używa osoba, którą chcemy obdarować, warto zorientować się, czy z tej samej linii nie ma dostępnych np. żeli oraz właśnie balsamów (jeśli nie stacjonarnie to przez Internet), co bardzo często ma miejsce w w przypadku produkcji perfum  marek luksusowych jak np. Lancome, Armani, Versace, czy Hugo Boss i co podarowane w formie prezentu mogłoby stanowić świetne uzupełnienie ulubionego zapachu.


PĘDZLE DO MAKIJAŻU

Myślę, że jest to propozycja nie mająca zastosowania tylko i wyłącznie jeśli chodzi o Panie, które nigdy nie wykonują makijażu, gdyż w każdym innym przypadku pędzle będą świetnym pomysłem. Warto tu stawiać na marki znane i ogólnie lubiane, jak np. Hakuro, czy droższe Zoeva oraz modele, które będą w stanie spełniać kilka funkcji. Z pewnością przydadzą się też pędzle do podkładu, różu, czy nakładania cieni, bo jest to niezbędna podstawa każdego makijażu.



ROZŚWIETLACZE

Na fali popularności, rozświetlacze już od kilku sezonów robią prawdziwą furorę w kosmetycznym świecie i na prawdę nie ma się co dziwić temu trendowi. Osobiście nie znam kobiety, której subtelne rozświetlenie cery, czy spojrzenia nie dodawałoby uroku, dlatego moją kolejną propozycją na prezent jest kupno rozświetlacza, który z pewnością przyda się w kosmetyczce każdej Pani. Osobiście najmocniej polecam Mary Lou Manizer od The Balm (ok. 60-90 zł, zależy gdzie kupicie) oraz mój ostatni nabytek, czyli rozświetlacz z Sephory Wonderful Cushion (45 zł). Oba sprawdzają się wyśmienicie. Fajną propozycją, choć już droższą, może być również zakup rozświetlającego tria siostrzyczek, czyli Manizer Sisters, w którym znajdują się rozświetlacze - Mary Lou, Cindy Lou oraz Betty Lou (149 zł).


(źródło: grafika Google)


ZESTAWY DO PIELĘGNACJI TWARZY/CIAŁA

Myślę, że będzie to bardzo trafiona opcja, jeśli choć minimalnie orientujemy się jaki typ cery/skóry ma osoba obdarowywana. Zróżnicowanych wariantów dostępnych na rynku jest mnóstwo, aczkolwiek ja polecam zestawy polskiej marki Bielenda, która jest jedną z moich zdecydowanie ulubionych. Ostatnio pojawiła się najnowsza, różana seria, przeznaczona do cery wrażliwej, którą już niebawem postaram się Wam przybliżyć w osobnym wpisie, ale już teraz z pewnością same przyznajcie, że opakowania prezentują się ślicznie i zapakowane w urocze pudełeczko na pewno sprawią miłą niespodziankę :).



WOSKI/ŚWIECZKI ZAPACHOWE

Kolejna, ale zarazem ostatnia propozycja zapachowa tym razem dla osób, które lubią kiedy w domu ładnie pachnie. Zestaw wosków lub świeczek będzie idealny dla Pań, gustujących w tego typu gadżetach. Świeże, owocowe, kwiatowe, a może pobudzające, odprężające lub kojarzące się z czymś przyjemnym - wybór jest olbrzymi, więc jestem pewna, że dla każdego znajdzie się coś odpowiedniego. W przypadku wosków i świeczek polecam jednak stawiać na marki znane np. Yankee Candle, czy Kringle Candle, które większość zapachów mają rzeczywiście przyjemnych dla nosa, niż kupować kota w worku marki "noł nejm" i nie wiedzieć jaka niespodzianka czeka nas (a w zasadzie osobę obdarowaną) po odpaleniu kominka.




JAKICH KOSMETYKÓW NA PREZENT LEPIEJ NIE KUPOWAĆ

* Podkładów, korektorów - ryzyko nietrafienia z odcieniem lub wykończeniem jest niemalże pewne, o ile nie wiemy dokładnie jakich produktów tego typu używa osoba obdarowywana.
* Perfum - tych kupowanych w ciemno, bez wcześniejszego, porządnego rozeznania gustu.
* Pomadek - tutaj ryzyko nietrafienia jest nieco mniejsze, niż w przypadku podkładów, czy korektorów, ale szminki to również na tyle indywidualna sprawa jeśli chodzi o dobór pasującego odcienia, że ja nie ryzykowałabym.
* Kosmetyków sugestywnych - antyperspiranty, dezodoranty do stóp, produkty do wybielania zębów, czy odświeżania oddechu moim zdaniem absolutnie nie powinny znaleźć się jako prezent pod choinkę, gdyż łatwo sobie wyobrazić myśli przechodzące przez głowę osoby otwierającej taką paczkę. Nie sądzę, że byłyby one miłe :P.

A czy Wy macie już przygotowane świąteczne prezenty dla bliskich? Na jakie podarunki najczęściej stawiacie? Ja jestem jeszcze przed zakupami, ale póki co czekam na wypłatę, bo poprzednia poszła już w niepamięć :(. Udanego weekendu Wam życzę! :*

środa, 26 października 2016

Jak pachnie Halloween

Cześć! Halloween - amerykańskie (choć nie tylko) święto, które w naszej kulturze wzbudza sporo kontrowersji, mam wrażenie, że z roku na rok jest coraz lepiej przyjmowane. Najhuczniej jest obchodzone oczywiście w Stanach Zjednoczonych oraz Kanadzie, ale też Wielkiej Brytanii i Irlandii, jednak z powodu swojej nietypowości, zwyczaje halloweenowe zaczęły przejmować również inne kraje, w tym Polska.

Osobiście nie obchodzę jakoś szczególnie tego dnia, przypadającego każdorazowo na 31 października. W dużej mierze wynika to z racji wieku, częściowo też z powodu osobistych przekonań, jednakże jest to zdecydowanie dzień, w którym mimo wszystko bardzo lubię akcentować jego swoistą "wyjątkowość". W tym roku, z tej okazji postanowiłam przyrządzić halloweenową zupę-krem z dyni (uwielbiaaam!), z domieszką pomarańczy i imbiru oraz sięgnąć po jakąś cięższą lekturę, upajając się przy okazji "strasznymi" zapachami, które dołączyłam do swojego ostatniego, woskowo-świeczkowego zamówienia.

Marka Yankee Candle wypuściła bowiem 3 zapachy dedykowane specjalnie świętu Halloween, czyli - Witches Brew (napar czarownicy), Candy Corn (słodka kukurydza/nie jestem pewna jak to przetłumaczyć) oraz Forbidden Apple (zaczarowane jabłko). Tych dwóch pierwszych byłam najbardziej ciekawa, ciężko było mi sobie wyobrazić ich zapach, dlatego zdecydowałam, że koniecznie muszą się znaleźć w moim zamówieniu, którego dokonałam na stronie Aromahome. Swoją drogą serdecznie polecam Wam ten sklep, gdyż nie dość, że wybór jest ogromny, a paczkę otrzymałam ekspresowo, bo już na drugi dzień, to do tego właścicielką jest przemiła Pani Ola, którą bardzo z tego miejsca pozdrawiam.





Jeśli będziecie mieli ochotę poczytać o innych zapachach, które wybrałam, opowiem Wam o nich tworząc kolejny post, jednak dziś skupmy się na tych dwóch, które są najbardziej szczególne :).



Zapewne podobnie jak i ja zastanawiacie się jak może pachnieć słodka kukurydza lub amerykańskie cukierki właśnie o tej nazwie. Niby każdy z nas zna smak kukurydzy, ale wyobrażenie sobie zapachu jest już znacznie cięższą kwestią, więc pozwólcie, że ją Wam nieco przybliżę.



Candy Corn jest przede wszystkim bardzo, ale to bardzo trudny do opisania. Zawiera w sobie maślaną słodycz, charakterystyczną dla cukierków np. Werthers Original, ale nie mdłą, połączoną jakby z delikatnymi nutami karmelu. Pomimo, że jest to wosk, nuty zapachowe wyczuwalne są dopiero po roztopieniu ok. 1/4 całości i dość długo utrzymują się w powietrzu. Na pewno jest to bardzo nietuzinkowy zapach, ale raczej nie spodoba się każdemu, choć ja ilekroć go wyczuwam w swoim otoczeniu i tak mam ochotę krzyknąć "trick or treat!" :D.


Skupmy się teraz na naparze czarownicy. Byłam szalenie ciekawa, czym mnie zaskoczy! Po odpaleniu świeczki nie musiałam czekać długo, by aromat wypełnił całe pomieszczenie. Nawet jak na świeczkę ma moc i to dużą!



Jest to zdecydowanie intensywny, wieczorowy i bardzo nastrojowy zapach. Wyczuwam w nim ziemię (tak, czarną ziemię jaką np. dajemy do kwiatów), połączoną jakby z tabaką oraz paczulą. To mocno kadzidłowa, ale zarazem baaardzo przyjemna dla mojego nosa kompozycja, od razu nadająca klimatu. Kiedy pierwszy raz powąchałam Witches Brew, z miejsca miałam skojarzenie z takim oto obrazkiem: idę sobie pod rękę z chłopakiem/przyjaciółką po mrocznym zamku, w którym wyraźnie czuć wilgoć nagich murów, ale palące się w korytarzu pochodnie roznoszą przyjemne ciepło przez co nie jest nam zimno. Każdy krok jest słyszalny i odbija się głuchym echem, roznosząc odgłos po pustych przestrzeniach. Gdzieś na murach widać zwisające pajęczyny oraz spacerujące sobie po nich pająki, duże, małe, wszelkiego rodzaju. Teraz pozostaje tylko czekać, aż za rogiem pojawi się jakaś Mroczna Dama, by nas wystraszyć i spowodować tym samym palpitacje serca :).



Moje plany na najbliższe Halloween już poznaliście. Dajcie mi koniecznie znać, jakie są Wasze pomysły na ten wieczór. Na przebieranej imprezie? W domu z książką, a może jakimś horrorem? Jestem ogromnie ciekawa jak zamierzacie spędzić zbliżające się wielkimi krokami święto duchów :).

Na hasło: BYCPIEKNA24 macie 15% zniżki na stronie www.aromahome.pl

sobota, 19 grudnia 2015

Jagodowa uczta dla zmysłów - wosk Goose Creek Blueberry Cake Donut

Hej Kochani! Jak Wasze przygotowania do Świąt? Idą pełną parą? U mnie choinka już stoi, a zaraz po napisaniu tego postu, będę się zabierać za pieczenie pierniczków, czego już nie mogę się doczekać, ponieważ w każdym roku, to właśnie pierniki i lepienie uszek sprawiają mi zdecydowanie najwięcej frajdy :D.

Aby dodatkowo umilić sobie czas oczekiwania na ten najpiękniejszy dzień w roku, ostatnio kilkukrotnie sięgałam po wosk, który choć swoim zapachem nie przypomina stricte zapachu przedświątecznych wypieków, to jednak kojarzy się równie przyjemnie. Mowa o "smakowitym" wosku marki Goose Creek - Blueberry Cake Donut.



Już sama nazwa produktu, jego "smerfny" kolor oraz obrazek na opakowaniu, jasno sugerują, że mamy tu do czynienia z zapachem, mającym przywodzić na myśl pyszny, jagodowy wypiek i tak jest w rzeczywistości! Ale zanim przejdę do opisu zapachu, warto najpierw skupić się na samym sposobie "podania", zaproponowanym przez producenta. Inaczej, niż w przypadku Yankee Candle, tutaj cały wosk mamy umieszczony w plastikowym opakowaniu i podzielony na 6 równych części, które możemy odłamać, resztę ponownie chowając. Rozwiązanie to z jednej strony jest super, ponieważ nie musimy martwić się, że coś nam się przypadkiem ukruszy, wypadnie, czy rozleci, gdyż całość jest szczelnie zamknięta, choć z drugiej, wyjmując wosk należy się solidnie uwijać, gdyż pod wpływem ciepła dłoni, niemal natychmiastowo się topi, oblepiając je plastelinową warstwą, bardzo trudną do usunięcia. Tego problemu nie mamy w przypadku wosków YC, które z natury swojej są raczej kruche i suche.





Jeśli chodzi o zapach, jak na mój szczególnie wyczulony nos, jeden kawałek spokojnie wystarcza, aby cieszyć się intensywnym aromatem, rozprzestrzeniającym się niemal po całym mieszkaniu przez kilka godzin. Nie jest on jednak na tyle mocny i przeszywający, aby po kilkunastu minutach rozbolała od niego głowa, jak to już nie raz miało miejsce w przypadku innych wosków. Zapach jest bardzo przyjemny i naturalny, przez co odnosi się wrażenie, że w domu faktycznie akurat ktoś zabrał się za pieczenie jagodzianek :). Zauważyłam również, że w moim przypadku działa także na zmysł smaku, ponieważ ilekroć go odpalę, niemal z miejsca mam ochotę przekąsić sobie coś słodkiego, dlatego dziewczyny będące na diecie - uważajcie! ;)



Generalnie sądzę, że woski Goose Creek mogą śmiało konkurować z popularnymi Yankee Candle. Co prawda cena GC jest nieco wyższa, gdyż wynosi 22 zł, ale za to odpowiada wielkości wosku, który ma aż 59g.

Jestem ciekawa, czy znacie już woski tej marki, a jeśli tak, to jakie zapachy możecie mi polecić? Na okres zimowy wpadł mi w oko Holiday Embers z wizerunkiem rozpalonego kominka na opakowaniu i kto wie, czy się na niego nie skuszę - zobaczymy ;). 

Póki co lecę pichcić moje pierniki, życząc Wam udanego, przyjemnego weekendu :*.

poniedziałek, 11 maja 2015

Yankee Candle - Stony Cove & Waikiki Melon

Hej moi Drodzy! Jak Wam mija poniedziałkowy wieczór? Mam nadzieję, że we wczorajszą niedzielę wyborczą, większość z Was spełniła swój obywatelski obowiązek i poszła do urn oddać głos. Ja także byłam i rzecz jasna zagłosowałam na swojego kandydata :).

Przechodząc jednak do meritum. Dzisiaj przygotowałam dla Was dwie propozycje wosków zapachowych (otrzymanych już daaawno temu od Goodies.pl) , które chociaż całkowicie się od siebie różnią, tak do obu mam nie małe zastrzeżenia. Zapraszam zatem do lektury :).

Na pierwszy ogień idzie zapach, który od kiedy tylko wszedł do Polski, niezwykle mnie zaintrygował zawartymi w sobie nutami zapachowymi. Po Stony Cove, czyli w wolnym tłumaczeniu Kamienistej Zatoce spodziewałam się akordów raczej zimnych, w stylu przykładowo Perles de Lalique, przełamanych odrobiną ciepła, bo jeśli zatoka to z pewnością gdzieś w pobliżu plaży, a jak plaża to wiadomo - słoneczko, wiaterek itd.



"Cudowne zestawienie nut kwiatowych i morskiej, bogatej w ozon bryzy kusi zmysły, tonizuje i skutecznie odstrasza złe myśli. Kompozycja Stony Cove nawiązuje do aury poranka spędzanego na bezludnej, kamienistej plaży. Świeże, optymistyczne akordy poprawiają samopoczucie i zbawiennie wpływają na panującą we wnętrzu domu atmosferę. Bogactwo naturalnych olejków zaklętych w prawdziwym wosku to gwarancja najwyższego zadowolenia i świetna wymówka do tego, żeby bliżej zapoznać się z nową propozycją od Yankee Candle."

Niestety tartaletka ta kompletnie nie przypadła mi do gustu. Po pierwsze jest bardzo intensywna, a zbyt mocne zapachy po prostu mnie męczą. Po drugie, czuję w niej odświeżacz powietrza do toalet. W pierwszej chwili po rozpuszczeniu wosku, w powietrzu unosi się zapach kwiatów i tak, jak zazwyczaj kwiatowe zapachy lubię, tak te akurat kompletnie nie przypadły mi do gustu. Później wosk zaczyna przybierać nieco chłodne, aczkolwiek całkiem przyjemnie otulające tony, które mimo wszystko w moim odczuciu pasują głównie do łazienek, a nie do pokoi, czy innych pomieszczeń w domu. Nie polubiliśmy się i z pewnością już więcej do niego nie wrócę.

______________________________________________________________________________________


Drugim zapachem jest owocowa kompozycja ukrywająca się pod nazwą Waikiki Melon. Tutaj, w mojej imaginacji widziałam jedną wielką eksplozję soczystego zapachu, całkowicie obezwładniającą mój zmysł węchu. A jak było w rzeczywistości?



"Waikiki – czyli doskonale egzotyczna, wymarzona, w idealny sposób rajska plaża – to najważniejszy punkt odległego Honolulu. To w tym miejscu koncentruje się życie miasta znanego z serdeczności jego mieszkańców, pokazów na których obejrzeć można spektakularne tańce i sztuczki wykonywane z żywym ogniem. Waikiki to też piękne, tańczące w rytm hula dziewczyny i kolory egzotycznych kwiatów zamienianych w zawieszane na szyjach turystów wieńce. To wszystko – cały ten wyjątkowy i bardzo wakacyjny klimat – kondensuje się w wosku Waikiki Melon, czyli w kompozycji sprawnie łączącej w sobie aromat dojrzałego i słodkiego melona skropionego dla kurażu odrobiną soku ze słonecznej, orzeźwiającej pomarańczy."

Zapach, podobnie jak jego poprzednik Stony Cove okazał się być zbyt mocny, przez co wystarczy na prawdę odrobina, ociupinka wosku dodana do kominka, by wypełnić całe mieszkanie po brzegi. Co do samego zapachu, owszem jest on owocowy, ale hmm... jak dla mnie nie jest to zapach czystych owoców, ale bardziej soku owocowego, czyli niby przyjemny, niby może się podobać, ale czuć, że został już przetworzony i brak w nim tego "czegoś", co nadałoby smaczku całości. Jest nieco zbyt cierpki i monotematyczny, nie rozwija się i jak dla mnie pachnie ciągle tak samo. Wyczuwam w nim głównie pomarańcze, pomieszane z innym składnikiem, którego nie potrafię nazwać, ale jak na mój nos nie do końca jest to melon. Całościowo w tym przypadku również jestem na nie, chociaż patrząc na to, że znacie mnie już trochę i wiecie, że w kwestii zapachów bywam bardzo wybredna, mimo wszystko zachęcam Was do wyrobienia sobie własnej opinii na ich temat, ponieważ gusta i guściki bywają różne, zatem na pewno znajdą się także zwolennicy obu tych propozycji.

Oba woski, jak też i wiele innych do wyboru dostaniecie na stronie Goodies.pl w cenie 7 zł.



niedziela, 21 grudnia 2014

Yankee Candle Honey Glow

Hej moi Drodzy! Jaka pogoda u Was? U mnie pada, zimno i wieje wiatr, przez co nie mam najmniejszej ochoty wyściubiać nos poza próg domu. Przez panującą aurę kompletnie nie czuję magii świąt, gdyż o tej porze śnieg już dawno powinien skrzypieć pod nogami, a zamiast tego mamy iście jesienną pogodę :( Ehh, no cóż, pozostaje mieć nadzieję, że zima wkrótce zawita i nie będziemy musieli cieszyć się nią niemal do maja, jak to miało miejsce parę lat temu.

W odpowiedzi na słotę, postanowiłam umilić sobie niedzielę, odpalając jeden z moich ulubionych wosków Yankee Candle, czyli Honey Glow. Zapach ciepły, nienachalny, przywodzący na myśl miłe wspomnienia, jednym słowem baaardzo przyjemny.



Opis zaczerpnięty ze strony Goodies:
"Prawdziwe cudeńko, luksusowy drobiazg, który – mimo niewielkich rozmiarów – roztacza wokół siebie niezwykły, silny blask. Tarteletka Honey Glow to najlepszy dowód na to, że kompozycje od Yankee Candle to zdecydowanie więcej niż odświeżanie, tonizowanie czy remedium na brzydkie zapachy. To prawdziwe, luksusowe perfumy wnętrzarskie, które sprostają oczekiwaniom nawet najbardziej wymagających nosów. Znajdziemy tu akordy miodowe – słodkie, lepiące, kojarzące się z boskim nektarem. Uzupełnieniem tej bazy są nuty męskie, zdecydowane, nieco szorstkie, ale przede wszystkim – otulające, dające poczucie bezpieczeństwa. To wyjątkowe zestawienie przeciwstawnych sobie pierwiastków zapachowych sprawia, że Honey Glow to zapach perfumeryjny, wyjątkowy, przyjazny i wprowadzający do wnętrza ciepły blask luksusu. Idealna propozycja na jesienny wieczór i kompozycja, która najpiękniej rozwija się w towarzystwie zachodzącego, wrześniowego słońca."

Odpalając ten zapach (i uruchamiając tym samym swoją wyobraźnię) widzę dwoje ludzi siedzących na ciepłym dywanie, przy rozpalonym kominku, w którym trzeszczy świeżo palone drewno. Jest ciepło, otulająco i zmysłowo. W powietrzu czuć zapach słodkości, ale nie jest on mdły, a doskonale wyważony, mieszający się z eleganckimi, męskimi perfumami. Pani przytula się do ramienia Pana i oboje stukają się kieliszkami z winem, aby w dalszym ciągu celebrować wspólny wieczór...

Jak dla mnie to jedna z najtrafniejszych propozycji Yankee Candle, jaką miałam przyjemność testować. Wspominałam już nieraz, że nie lubię duszących, ciężkich i przytłaczających zapachów. Ten zdecydowanie należy do moich ulubieńców, ponieważ mimo iż intensywny, nie dominuje w pomieszczeniu, a stanowi jego idealne dopełnienie. Lubię odpalić solidną jego ilość, aby jak najdłużej móc rozkoszować się tą piękną kompozycją zapachową.

 (fajne towarzystwo na okres świąt ma mój kominek? ;))

(taaak, to jest właśnie ta pokaźna porcja wosku, przy innych zapachach odpalam zawsze dużo, dużo mniej)


W 100% polecam ten zapach każdemu, gdyż wierzę, że Wasze nosy go polubią :). Dla mnie jest to narazie mój numer jeden na sezon jesień/zima i raczej nie sądzę, że uda mi się znaleźć coś lepszego, ale gdyby tak się stało, z pewnością dam Wam znać :).

Wosk ten zakupicie na stronie Goodies, klikając tutaj ---> CLICK, w cenie 7 zł za tartaletkę.

Buziaki :*

wtorek, 19 sierpnia 2014

Wybieramy się na wyspy? Yankee Candle Pink Sands i Bahama Breeze

Hejka! Dawno już nie przedstawiałam Wam recenzji wosków na moim blogu. Niby szał na Yankee Candle nieco minął, jednak ja nadal z przyjemnością śledzę nowości, jakie wprowadza ta marka. Mimo to, dziś będzie parę słów o dwóch woskach jeszcze ze "starej" kolekcji, które otrzymałam już jakiś czas temu, dzięki uprzejmości firmy Goodies.

Pink Sands to różowa tartaletka skrywająca bardzo ciekawy aromat kwiatów połączonych z nutami zapachowymi cytrusa i wanilii. Przyznam, że tak jak zapach kwiatów i cytrusów mój nos wyczuwa natychmiast, tak wanilia gra drugie, a nawet trzecie skrzypce w tej kompozycji. Zapach ten, jako całość jest dość wibrujący i niejednoznaczny, ale o moich spostrzeżeniach będzie nieco niżej, gdyż idąc utartą tradycją tego bloga, na początek przytaczam Wam jak zwykle barwny opis producenta, zaczerpnięty ze strony Goodies:

"To nie jest sen utalentowanego surrealisty, albo twórcze szaleństwo grafika odpowiedzialnego za obróbkę wakacyjnych zdjęć! Plaża usypana z różowych piasków naprawdę istnieje! Żeby tam się dostać wystarczy dobrze rozgrzać wosk Pink Sands. Kiedy kompozycja zacznie unosić się w powietrzu – poczujemy zapach bajkowych, egzotycznych, kolorowych kwiatów wychylających się łapczywie w kierunku słonecznych promieni. Wkrótce też dotrze do nas aromat słodkiej wanilii i orzeźwiających cytrusów rosnących w gajach usadowionych na skraju fantazyjnych, różowych wydm."



Jak dla mnie różowe piaski z których słynie np. Kreta, powinny w jakiś sposób nawiązywać do tej greckiej wyspy. Liczyłam na zapach ciepły, orzeźwiający i zarazem kojący, przy którym będzie się można fantastycznie zrelaksować, a otrzymałam mieszankę niby podobną do moich oczekiwań, aczkolwiek nie do końca przekonującą. Owszem, zapach jest radosny i świeży, ale jak dla mnie zbyt świdrujący i nachalny, przez co nie zdobył na początku mojego nosa. Długo, oj długo musiałam się do niego przekonywać, jednak mimo to nadal nie jestem w 100% kupiona. Niby jest przyjemny i może się podobać, ale z pewnością nie jest faworytem. Można by go porównać nieco do Lake Sunset, który uwielbiam, niemniej tutaj znacznie mocniej wyczuwalny jest aromat cytrusów, za którym nie przepadam i chyba to przeważyło szalę. W sumie to taki zapach - zagadka, ciężko go opisać nie mogąc powąchać, dlatego jeśli jesteście go ciekawe i zastanawiacie się nad kupnem, polecam uprzednio próbować się z nim zaznajomić stacjonarnie, co by się nie zawieść biorąc go w ciemno. Moje odczucia co do niego oscylują w granicach 50/50 i w zasadzie sama nie wiem czy Wam go polecać, gdyż myślę, że to kwestia wysoce indywidualna, czy komuś podpasuje, czy też nie.

______________________________________________________________________________________

Po krótkiej wycieczce do Grecji, tym razem przenosimy się na Bahamy.
 
"Jest ciepło. Upalnie wręcz! Bose stopy zapadają się w rozgrzanym, czyściutkim piasku, a wzrok przykuwa majestat miarowo uderzających fal. Idealny odpoczynek pod palmami – gdzieś na dalekiej wyspie. Doskonały relaks i cudowne odprężenie, które zaprasza nas do świata skończonego, doskonałego, gdzie powietrze pachnie morską bryzą i chłodnym koktajlem. To właśnie on, orzeźwiający tropikalny drink został zatopiony w wosku Bahama Breeze – pachnącym świeżym ananasem, słodkim mango i sokiem świeżo wyciśniętym ze słonecznego grejpfruta."



Kolejny raz opis producenta trafia w samo sedno i chyba lepiej nie dało się ubrać w słowa zapachu tego wosku. Toż to istny koktajl smaków - ananasa, mango i grejpfruta. Surowy, niby słodki, a jednak... niestety kompletnie nie mój :(. Mimo, że brzmi apetycznie, to dominująca nuta pachnie zbyt ananasowo co psuje całą feerię pobocznych zapachów, ponieważ w moim mniemaniu ananas nie jest najpiękniejszym aromatem  na świecie :(. Przyznam, że bardziej liczyłam na kompozycję w typie perfum Escada lub moich ukochanych Wink Avonu (niestety nie ma ich już w sprzedaży, nad czym już co najmniej kilka lat ubolewam), a tu przysłowiowy klops. Jest zbyt przytłaczająco, kwaskowo i niestety nudno. Zapach nie ewoluuje, tylko wciąż jest taki sam, jak tuż po odpaleniu. Jedyny pozytyw jaki w nim widzę, to fakt, ze kompozycja ta przypomina mi mój ulubiony, letni drink o wdzięcznej nazwie "sex on the beach" - kto nie pił, temu serdecznie polecam, bo jest przepyszny, o ile dobrze zrobiony. Niestety woskowi Bahama Breeze z bólem serca zmuszona jestem podziękować.

Ciekawa jestem, jakie są Wasze ulubione zapachy wosków Yankee Candle? :)

środa, 30 lipca 2014

Pachnące zaproszenie od Organique / dziś są moooooje urodziny! :D

Cześć moi Kochani! Parę dni temu napisała do mnie przedstawicielka Organique z propozycją udziału w uroczystym otwarciu pierwszego stoiska firmowego tej marki w moim mieście. Podałam swoje dane, celem otrzymania pisemnego zaproszenia, jednak jakież było moje zaskoczenie (pozytywne rzecz jasna!), gdy oprócz samego świstka papieru, dostałam także sympatyczny upominek, zapakowany w przepiękne pudełko.

A oto paczuszka i jej zawartość:



Zaproszenie oraz bon rabatowy -20%



Co tam kotku skrywasz w środku? :D




 Lecąc od góry, od lewej:
1) Wosk do kominka o zapachu mango i liczi (piękny zapach, całe pudełko nim pachniało)
2) Przeróżne próbki
3) Ręcznie skręcane mydełko - pomarańcza i chilli
4) Cukrowa pianka peelingująca do ciała (będzie recenzja, jak ją trochę potestuję)



Ze swojej strony bardzo dziękuję marce Organique za zaproszenie mnie na event oraz urocze upominki, które bardzo przyjemnie rozpoczęły mój przedwczorajszy dzień w pracy :))). Koleżanki blogerki, do zobaczenia na miejscu! Cieszę się, że znowu Was zobaczę :D


Teraz z innej beczki, dzisiaj obchodzę swoje 27 urodziny i wiecie co? O dziwo wcale nie przeraża mnie myśl, że już niedaleko 3 z przodu, chociaż chętnie zatrzymałabym się w przedziale 20-24, bo to były chyba jak na razie najlepsze i zarazem najbardziej szalone lata mojego życia :D.

Żałuję, że nie mogę osobiście, ale chociaż wirtualnie częstuję każdego kto tu zagląda i mnie podczytuje kawałkiem tortu, wraz z lampką szampana/winka. Wypijcie za moje zdrówko ;).



Ściskam Was mocno, buziory :*

piątek, 11 kwietnia 2014

Yankee Candle Salted Caramel i Honey Blossom

Siemka! Dzisiaj przychodzę do Was z dwoma dość kontrowersyjnymi woskami Yankee Candle, które jedni kochają, a inni niekoniecznie za nimi przepadają. Jak myślicie do której grupy się zaliczam? :P

Salted Caramel to jak dla mnie zapach-zagadka. Połączenie soli i karmelu, zapachu słonego i słodkiego w jednej kompozycji, od początku wydało mi się intrygującą mieszanką. Byłam niezmiernie ciekawa co mój nos wyczuje po odpaleniu kominka.



Co o produkcie mówi nam producent:
"Wygląda jak słodka tarta i pachnie jak najlepsza, cukiernicza delicja! Wosk Salted Caramel to zjawiskowe połączenie mocno przypieczonego, trzcinowego cukru z dodatkiem orientalnej wanilii najlepszego sortu. Żeby nie było mdło, całość została delikatnie oprószona gruboziarnistą solą morską, która doskonale balansuje słodycz deseru i sprawia, że przysmak nigdy się nie nudzi, nigdy nie powszednieje. Tak doprawiony karmel to miszmasz słodkich i słonych esencji, które kojarzą się z rodzinnym ciepłem czy z domowymi wypiekami i które – jak na wyjątkowe łakocie przystało – są najlepszym sposobem na przetrwanie ciężkich, mocno depresyjnych jesiennych wieczorów."

Pierwsze akordy tego zapachu które wyczułam to zapach soli, która za moment połączyła się z karmelem tworząc idealnie wyważoną mieszankę przypominającą krówki. Taaak, jest to zdecydowanie zapach krówkowy, jednak dopiero w momencie kiedy sól staje się już mniej wyczuwalna, czyli kiedy zapach się rozwinie. Wąchając ten wosk, już na samym początku aż ma się ochotę na jakąś przekąskę, ponieważ potrafi niesamowicie skłaniać do jedzenia. Poza tym, jak większość wosków Yankee Candle jest dość intensywny, przez co wystarczy mały kawałek, by móc rozkoszować się zapachem przez długi czas. To są w moim mniemaniu jego plusy. Niestety minus znalazłam jeden, ale za to ogromny :( Otóż zapach ten nie nadaje się do małych przestrzeni, jak mój pokoik :( Po odpaleniu małego kawałka i rozkoszowaniu się krówkowym aromatem, za kilka godzin przyszedł czas na zgaszenie go i... niestety sól która była gdzieś w tym zapachu obecna, postanowiła się zadomowić na dłuższy czas :(. Przez dwa dni wietrzenia (jeszcze podczas zimnych dni) pokoju wciąż była wyczuwalna, co przeszkadzało zarówno mnie, jak i innym domownikom. Bałam się że wsiąkła w ściany, meble itp na dobre, ale na szczęście kilka dni później stawała się coraz mniej intensywna, by w końcu całkiem zniknąć. Pierwszy raz zdarzyło mi się, by wosk zachował się w taki sposób, ale skutecznie zniechęciło mnie to do odpalenia go po raz kolejny mimo, że sam zapach podczas palenia bardzo mi się podoba :).

Niestety z owej przyczyny nie skuszę się na niego po raz kolejny, a szkoda, bo jest na pewno ciekawy i niejednoznaczny, a takie aromaty w swoim otoczeniu uwielbiam :).

Dostaniecie go na stronie sklepu Goodies w cenie 7zł.

_________________________________________________________________________________________________


Drugi wosk który dzisiaj chcę Wam przedstawić zaintrygował mnie już z powodu samej nazwy. Miodowe kwiecie. Hmm... zastanawiałam się jak może pachnieć miód wymieszany z kwiatami (bo takie było moje pierwsze skojarzenie) i właśnie z tego powodu zdecydowałam się na zakup tego oto wosku.



Co o zapachu mówi nam producent:
"Honey Blossom – cudowna kompozycja zamknięta w niewielkim, naturalnym wosku – to nie tylko pomysł na to, jak sprawnie odświeżyć nastrój panujący we wnętrzu. Honey Blossom to najprawdziwsze, bardzo gustowne, odrobinę wyniosłe, damskie perfumy, których miejsce spoczywa na blacie eleganckiej, zabytkowej toaletki. Buduarowy aromat złożony jest z tak wyjątkowych, drogeryjnych nut jak ciężkie piżmo, słodki miód, świeże, pachnące żywicznym sokiem drewno i esencja wydobyta z serca tradycyjnej frezji. Całość tworzy bukiet wyjątkowo kobiecy i bliźniaczo podobny do luksusowych perfum!"

Faktycznie zapach jest bardzo perfumeryjny, ale przy tym niestety dość ciężki i przytłaczający. Dla koneserów. Bardzo szybko rozprzestrzenia się po całym pomieszczeniu, dlatego zawsze używam maleńkiej porcji, by nie przesadzić za nadto. Miodu na który tak liczyłam nie wyczuwam wcale, ale za to zastępuje mi go mieszanka drewna (jak w moim ukochanym wosku Beach Wood), kwiatów (takich, jakby lekko zwiędłych) i piżma. Ogólnie całość niby przyjemna, niby może się podobać, ale jak dla mnie jest za bardzo niespójna, bo każdy składnik jakby z innej parafii, co niekoniecznie odpowiada mojemu nosowi. Liczyłam na coś bardziej słodkiego, wiosennego i taki wydawał mi się być wosk kiedy wąchałam go jeszcze w opakowaniu, ale niestety po odpaleniu to nie jest do końca to, czego się spodziewałam, dlatego po raz drugi nie skuszę się na tą akurat propozycję. Jestem jednak przekonana, że znajdzie on swoich odbiorców, ponieważ, jak większość wosków Yankee Candle, ma to coś w sobie co może przyciągać :).

Jego również, podobnie jak poprzednika Salted Caramel dostaniecie na stronie Goodies w cenie 7 zł, która oferuje na prawdę olbrzymi wybór przenajróżniejszych zapachów Yankee Candle :)

Ps. Równo o północy zakończyło się moje rozdanie, które dla Was organizowałam. Zwycięzcę ogłoszę zgodnie z regulaminem do maksymalnie 3 dni i kolejne 3 robocze będę czekała na adres od zwycięzcy. Miłego wieczoru! :*

czwartek, 20 marca 2014

W magnoliowym ogrodzie - Champaca Blossom od Yankee Candle

Cześć! Dzisiaj po raz kolejny uraczę Was swoimi wywodami na temat kolejnego wosku, ba, kolejnego który zachwycił! Wybaczcie, że tak od razu zdradzam, że recenzja będzie pozytywna, ale Champaca Blossom, otrzymana dzięki uprzejmości sklepu Goodies, wpada w nos i zapada w serce, niemal od pierwszego "niucha".



Oto, co mówi nam producent:
"Południowo-Wschodnia Azja nie pachnie – jedynie – orientalnymi przyprawami czy ciepłym wiatrem. Mapa aromatów Indii czy Chin przypomina kolorowy patchwork, stanowiący połączenie nut słodkich, pikantnych czy korzennych. Na tym tle najmocniej wyróżnia się zapach kwiatów magnolii champaca. Wiecznie zielone drzewo jest obsypane jasnymi, żółtopomarańczowymi pąkami, które wykorzystuje się do ozdabiania buddyjskich świątyń. Energetyzujący, świeży zapach płatków kojarzy się z orientalnym wiatrem i dalekimi wyprawami. Magiczną moc kwiatów champaca odnaleźć można w wosku Yankee Candle. Kompozycja Champaca Blossom to propozycja z wiosennej oferty – świeża, pogodna i zapowiadająca sezon na dalekie wyprawy."

Zapach wosku definitywnie przenosi nas do ukwieconego ogrodu, w którym spokojnie moglibyśmy się oddać błogiemu lenistwu, siadając na ogrodowej huśtawce i popijając ulubioną herbatę. Jest to zapach relaksujący, który ciężko, aby mógł się znudzić, nawet podczas odpalania solidnej dawki wosku. Bardzo wiosenny i świeży, a przy tym wielowymiarowy. Zdaję sobie sprawę, że zapachy kwiatowe nie każdemu mogą się podobać, ale zapewniam Was, że ten jest wyjątkiem. Oczywiście nie twierdzę, że każdy od razu padnie na kolana, ale uważam, że na prawdę trudno go nie polubić (nawet moja Mama, czyli osoba wręcz uczulona na jakiekolwiek zapachy wydobywające się ze świeczek, czy wosków uznała, że jest bardzo przyjemny, a to już sukces :D).

Na samym początku pokusiłam się na niewielki kawałeczek, celem oswojenia zapachu:



Już po pierwszym odpaleniu, tak mocno do mnie przemówił, że teraz go sobie nie szczędzę mimo, iż jak większość wosków, ten również należy do kategorii intensywnych, aczkolwiek w żadnym wypadku nie powoduje bólu głowy i nie jest przytłaczający. Czyżby kolejna perełka? :)



Jestem absolutnie zachwycona tą kompozycją i uważam, że jest wręcz stworzona na okres wiosenno - letni. Wesoła, aromatyczna mieszanka uspokaja i wręcz zaprasza do zamknięcia oczu i solidnego wyciągnięcia się na kanapie. Pozwala na solidne odprężenie i zapomnienie o kłopotach. Może jeszcze tylko dobra książka do ręki i tak można by spędzić nawet cały dzień. Zdecydowanie i w 100% polecam każdemu, bez względu, czy jest się fanem kwiatowych zapachów, czy nie, bo myślę, że bez względu na preferencje i tak warto przetestować ten wosk. Dostaniecie go na stronie sklepu Goodies w cenie 7 zł, lub stacjonarnie w wybranych miastach :).

Ps. Na zakończenie z cyklu "samochwała w kącie stała", zobaczcie jaką świetną paczkę otrzymałam od marki Bond (dla Tatusia) i No36 (stópki będą mega zadbane - od lewej: 2 dezodoranty, krem, żel, balsam, peeling). Oj będzie co testować :))). Wybaczcie słabą jakość zdjęcia, ale fotę strzelałam późnym wieczorem, kiedy to warunki są, ekhm... no delikatnie ujmując beznadziejne :P.


Miłego wieczoru Kochani! :*
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...