piątek, 31 maja 2013

NOWOŚCI! Kolorówka + pielęgnacja

Cześć! Jako, że jutro wyjeżdżam na wieś, a obiecałam dodać post zakupowo-współpracowy, zapraszam do lektury już dzisiaj. W ostatnim czasie otrzymałam kilka paczek, jak też i kupiłam parę rzeczy, aczkolwiek za bardzo nie poszalałam, ponieważ staram się wykańczać aktualne zapasy, zatem minimalizm jest wskazany ;). Bez zbędnych ceregieli, poniżej przedstawiam kosmetyki, których recenzji będzie można spodziewać się w niedługim czasie na moim blogu:

BingoSpa:


1) Żel pod prysznic z zieloną herbatą i algami
2) Serum kolagenowe uda, pośladki, brzuch
3) Czekoladowo-brzokswiniowe serum pod prysznic i do mycia włosów


Hairstore:


1) Olejek do włosów Indola Innova Glamour Precious Oil
2) Olejek do włosów Schwarzkopf Oil Miracle


L'Oreal:


1) Garnier krem BB do cery jasnej
2) L'Oreal mascara False Lash Wings


A poniżej już moje łupy :P

Sproszkowana sól do kąpieli BingoSpa z wyciągiem z owocu noni (faaajna jest!):



Obok promocji w Rossmanie nie mogłam przejść obojętnie ;). Lakier TheOleskaaa i szminka Rimmel Airy Fairy:



I Jantarkowe zapasy:



Uff... to by było na tyle, jak widać sporo tego i to jeszcze nie koniec, ale o tym wkrótce ;). Pozdrawiam Was serdecznie życząc udanego weekendu :* Mój właśnie się zaczął :D

środa, 29 maja 2013

Cacharel Amor Amor, czyżby miłość na zawołanie?

Hej Kochane! Tak się dzisiaj zastanawiałam o jakiej tematyce stworzyć post. Myślałam o poście zakupowo- paczkowym, bo przecież była promocja w Rossmanie i do tego przyszło mi kilka paczek z bardzo fajnych współprac, ale postanowiłam, że o tym będzie następnym razem, a dziś skupię się na tematyce perfum, o której już bardzo dawno nie było wzmianki na moim blogu.

Zapach, który Wam przedstawię znam już od kilku ładnych lat. Był to jeden z moich pierwszych, "poważnych" zapachów, z którym zetknęłam się po raz pierwszy mając jakieś 17-18 lat. Urocza czerwona buteleczka i wymowna nazwa, ewidentnie nasuwają skojarzenia związane z miłością, zakochaniem itp. A jakie są moje odczucia?





Jak powszechnie wiadomo, opisywanie zapachów, to rzecz niełatwa, ponieważ każdy ma inny gust i każdemu co innego może się podobać. Perfumy Amor Amor są dla mnie o tyle dyskusyjne, że jak za pierwszym razem myślałam, iż zapałałam do nich miłością "po wsze czasy", tak teraz pomału, z biegiem lat, straciły w moich oczach swój urok. Pamiętam, jak podczas posiadania swojej pierwszej buteleczki raz za razem psikałam się nimi, co sprawiało, że czułam się wyjątkowo, uwodzicielsko i kobieco, ponieważ zapach jest z kategorii tych, które przyciągają uwagę i kilkukrotnie zdarzyło mi się zebrać za nie komplementy, szczególnie od płci przeciwnej. Niestety z biegiem czasu, kiedy poznałam nowe zapachy, które w późniejszym czasie u mnie zagościły, Amor Amor zaczęły mi się zdawać trochę zbyt pretensjonalne, jednak nadal w żadnym wypadku nie sposób odmówić im uroku.

Nuty zapachowe:
nuta głowy: konwalia, czerwona pomarańcza, różowy grejpfrut
nuta serca: mandarynka, melati, różana esencja
nuta bazy: białe piżmo, drewno sandałowe, wanilia, szara ambra

Aktualnie jestem już przy końcu drugiej i jak na razie na pewno ostatniej buteleczki. Kupiłam je zimą, kiedy przyjemnie otulały mnie swoim aromatem, który utrzymuje się na mojej skórze, czy ubraniach bardzo długo. Na lato uważam, że są zbyt ciężkie i na pewno się nie sprawdzą, chyba że chłodniejszym wieczorem na randce, czy kolacji z ukochanym - wtedy zdecydowanie będą pasowały do sytuacji ;) Taka mieszanka kwiatów i owoców potrafi na prawdę odurzyć, początkowo wydać się przytłaczająca, jednak później to wrażenie nieco ustaje, chociaż nadal perfumy są bardzo wyraziste. Na pewno nie jest to zapach jednoznaczny i płaski, w kontakcie ze skórą ciągle się rozwija i ewoluuje. Amorek należy do zapachów bardzo wydajnych, ponieważ kilka psiknięć wystarcza na niemalże cały dzień.




Każdemu polecam zapoznać się z tą propozycją Cacharel, aby móc na sobie wypróbować magię tego "eliksiru miłości". Jest to zapach słodki, coś pośrodku między owocami, a kwiatami, dlatego zwolenniczki mocnych i niejednorodnych zapachów powinny być usatysfakcjonowane. Moim osobistym zdaniem najbardziej pasuje do przedziału wiekowego 20-40, ponieważ dla młodszych będzie zbyt poważny, a dla starszych z kolei może się wydać zbyt infantylny.

Ja po drugiej butelce w przeciągu kilku lat mówię STOP. Nie wiem, czy tylko tymczasowo, czy już na stałe, ale mnie już ten zapach się znudził i krótko mówiąc obrzydł. Jako perfumiarska snobka uwielbiam szukać w propozycjach Diora, Armaniego, czy Lancome nowych zapachów dla siebie i rzadko zdarza mi się do któregoś wracać na dłużej (wyjątek Miracle od Lancome, których miałam już ok 4 flakoników). Ostatnio z kolei zapałałam miłością do Balenciagi L'Essence i Zadig & Voltaire Tome 1 La Pureté, które aktualnie są na mojej liście zakupowej.

Cena Amor Amor to ok 220 zł za 50 ml do dostania w Douglasie i Sephorze. Skusicie się?

poniedziałek, 27 maja 2013

STOP poceniu!

Hej Dziewczyny! Chociaż tego jeszcze nie widać, to jednak mozolnie, bardzo powolnymi krokami, zbliża się pora letnia, a co za tym idzie, temperatury będą coraz wyższe, zatem zwiększy się również wydzielanie naszego potu. Jak więc temu zapobiegać, by czuć się zawsze świeżo i przede wszystkim komfortowo?

W tym celu przedstawiam Wam bloker, który już zdążył podbić wiele serc blogerek, głównie za sprawą świetnej skuteczności, a przy tym niskiej ceny. Mój egzemplarz posiadam od mniej więcej września ubiegłego roku, dlatego też doskonale zdążyłam wyrobić sobie o nim własną, przemyślaną opinię, którą dzisiaj się z Wami podzielę Stosuję go regularnie tak, jak zaleca producent, czyli przez 2-3 dni na noc, a następnie raz w tygodniu, chociaż nadmienię, że ograniczam się jedynie do wiosny i lata, ponieważ uważam, że zimą tak mocna ochrona nie jest mi potrzebna

Opakowanie jest - jak każdy widzi - typowo plastikowe, kulka roll on, która niestety ma tendencję do wydzielania zbyt dużej ilości produktu, ze względu na jego bardzo wodnistą konsystencję. Jednakże nie zdażyło mi się, by bloker wylał się w podróży, choć prawdę mówiąc zbyt długo nie powinien pozostać w pozycji leżącej, bo wtedy nie wiadomo, jak może się to skończyć.




Podczas stosowania antyperspirant nie podrażnił mnie, aczkolwiek nie zalecam jego używania na świeżo wydepilowane pachy, ponieważ czytałam już na wielu blogach, że zazwyczaj kończy się to dużym "ała". Bloker skutecznie hamuje wydzielanie potu pod pachami, przez co nie muszę obawiać się nieestetycznych plam. Nie powoduje też wydzielania przykrego zapachu, zatem cały dzień człowiek może być spokojny, że nic złego w tych newralgicznych miejscach się nie dzieje ;). Jestem z jego używania bardzo zadowolona, ponieważ spełnia najważniejszy aspekt, czyli krótko mówiąc DZIAŁA! Z tego co mi wiadomo, jest to jeden z łagodniejszych blokerów dostępnych na rynku, ponieważ np. Etiaxil ma ponoć większą skłonność do wywoływania mocnych podrażnień, chociaż z kolei jest prawdopodobnie jeszcze skuteczniejszy jeśli ktoś ma problem z bardzo silnym poceniem, z którym Ziaja (mimo wszelkich zalet) może sobie nie do końca poradzić.

Na koniec wrzucam skład i kilka słów od producenta:



Z całą pewnością polecam Wam ten bloker, ponieważ spełnił moje wszelkie oczekiwania, przez co mam nadzieję, że poradzi sobie również z Waszymi. Warto się w niego zaopatrzyć i używać przynajmniej doraźnie, jeśli zwykłe antyperspiranty nie dają sobie rady w upalne dni, lub w stresowych sytuacjach. Dostaniecie go w większości aptek za cenę 6-10 zł.

Buziaki :*

niedziela, 26 maja 2013

Gadu gadu, czyli Southgirl nadaje :)

Czeeeść! Totalnie nie mam dziś weny na tworzenie recenzji, więc postanowiłam, że sobie z Wami, porozmawiam, czyli zrobię kolejny bezzdjęciowy post, ale za to z moimi przemyśleniami i gadką - szmatką, jak to u mnie nieraz bywa.

Co nowego u mnie słychać, a no nic :P Hehe, niby na tym powinnam zakończyć, ale nie ma tak łatwo ;). Nadal jestem na etapie poszukiwania pracy i proszę Was pocieszcie mnie, że nie tylko u nas, na południu, załapanie perspektywicznego etatu w biurze graniczy z cudem porównywalnym do wygranej w lotka. Zdaję sobie jednak sprawę, że nie można się poddawać, bo w końcu musi się zatlić jakieś światełko w tunelu i nie ma innej opcji, dlatego póki co zbieram energię na wysyłanie kolejnych cv.

Jako, że dzisiaj mamy Święto naszych Mam, ciekawa jestem co sprezentowałyście rodzicielkom w tym szczególnym dniu. Moja mama jest niestety daleko ode mnie i zobaczę się z nią dopiero w czwartek, ale prezent gotowy (zapakowany w postać cukierka) już czeka. Niby nic wielkiego, zaledwie krem do twarzy i coś słodkiego, czyli ukochane misie Haribo, (które moja mamusia pałaszuje garściami), ale przecież i tak najbardziej liczy się pamięć. Już się nie mogę doczekać, jak się spotkamy i przy okazji odwiedzę moje przyjaciółki, z którymi ostatnimi czasy bardzo rzadko mam okazję do spotkań, przez codzienne zajęcia i przede wszystkim dzielącą nas odległość (100 km). Porobię zdjęcia z wyjazdu to wrzucę na bloga, jestem też bardzo ciekawa, jak w międzyczasie rozkwitł nasz ogród :).

Zapomniałabym wspomnieć, ostatnimi dniami otrzymałam kilka kosmetyków do testów, nie chwaliłam się, bo z tego co obserwuję na innych blogach, chyba tylko ja robię za każdym razem posty "zajawkowe", więc postanowiłam przystopować z tym. W każdym razie aktualnie testuję odżywkę do brwi i rzęs Quickmax, którą otrzymałam od firmy Lux Style oraz kosmetyki BingoSpa i profesjonalny olejek do włosów Indola Innova Glamour Precious Oil od HairStore, który jest niesamowity, ale więcej informacji o nim pojawi się w recenzji, więc zapraszam do śledzenia postów. Czekam jeszcze na dwie przesyłki i zamówioną w piątek wcierkę Jantar, ponieważ aktualnie mój Radical jest już na wykończeniu, zostało mi ampułek na półtora tygodnia kuracji i po tym czasie pojawi się post podsumowujący kurację, ale już teraz powiem Wam, że Radical się u mnie niestety nie sprawdza :( Jantar pomimo, że o wiele tańszy, to zdecydowanie lepiej działa na moją czuprynę.

Ok to by było na tyle, ucieszę się, jeśli ktokolwiek dotrwał do końca, a ja w międzyczasie mykam na spotkanie z kolegą, miłego dzionka Wam życzę i pozdrawiam ciepło :*

czwartek, 23 maja 2013

Szybkoschnący lakier nawierzchniowy? Bujda na resorach!

Hej Kochane! Kosmetyki marki Essence znam i lubię za ogromny wybór kolorów, całkiem niezłą jakość i niskie ceny. Jeżeli chodzi o topy miałam już ich dwa rodzaje i byłam ogromnie zadowolona, dlatego ostatnio dołączył do tego grona trzeci, podobno przyspieszający wysychanie. Nic bardziej mylnego! Poniżej kilka słów o owym gagatku, który nieźle napsuł mi nerwy.



Pamiętacie mani z wczorajszego postu, ten z flejksami? Wyobraźcie sobie, że robiłam go 2 dni temu w okolicach godziny 13, nałożyłam standardowo dwie warstwy lakieru Paese i wspomniany My Secret oraz ten koszmarny top widoczny powyżej, który miał rzekomo przyspieszyć wysychanie. Jak w ciągu dnia nic złego z paznokciami się nie działo, tak kładąc się spać o godzinie 0:30 wyobraźcie sobie moje zaskoczenie, gdy rano obudziłam się z paznokciami, na których została odbita cała faktura mojej poduszki i kołdry, a manicure stał się wstrętnie matowy tak, że natychmiast trzeba było go zmyć, bo wstyd było wyjść do ludzi. Możecie sobie tylko wyobrażać moje wkurzenie i przekleństwa pod nosem!

Ja na prawdę jestem wiele w stanie znieść, aaaaale chyba po 12-STU GODZINACH OD NAŁOŻENIA TOPU mam prawo oczekiwać, że wywiąże się z zadania do którego został przeznaczony? Żałuję, że nie mogę wstawić Wam zdjęć tego, jak wyglądały moje paznokcie rano, po użyciu tego bubla, ale przez nałożone flejksy aparat kompletnie nie chciał oddać obrazu jaki prezentował się na żywo, jednak mimo to musicie mi wierzyć, że był opłakany ;(

Top już wylądował w koszu, a ja z podkulonym ogonem wracam do High Gloss'a, który był świetny i rzeczywiście znacznie przyspieszał wysychanie, chociaż jego głównym zadaniem było jedynie nabłyszczać. Żal mi tylko tych wyrzuconych w błoto 11 zł, bo wiadomo, że nawet tak skromna kasa piechotą nie chodzi ;/ ZDECYDOWANIE WAM GO NIE POLECAM, wstyd Essence! :(

środa, 22 maja 2013

DOKŁADKA DO WYMIANKI!

Już drugi post dzisiejszego dnia! Szaleństwo :D

Chciałam Was zaprosić do zakładki Wymianka/sprzedaż, gdzie dodałam kilka nowości, wszelkie sugestie dotyczące wymiany, czy sprzedaży kierujcie proszę na maila :). Buziaki :*

Zamigotały paznokcie tysiącem barw...

... a to za sprawą mojego nowego nabytku, czyli flejksowego lakieru My Secret nr 104. Jak tylko zobaczyłam swatche w internecie, wiedziałam że muszę go mieć, ponieważ daje tak arcyciekawy efekt na paznokciach, że nie sposób oderwać od niego wzroku.

W przezroczystej bazie zatopionych jest mnóstwo płatków, które pod wpływem światła zmieniając swoje barwy, ja dostrzegłam tu czerwień, pomarańcz, złoto i zieleń, chociaż zdecydowanie na pierwszy plan wybija się jednak odcień czerwony. Zauważyłam też, że im ciemniejszy lakier damy jako bazę, tym ładniejszy efekt uzyskujemy.

Ja użyłam lakieru Paese w odcieniu 188, który swym odcieniem przypomina nocne niebo i w połączeniu z flejksami wyszło mi coś takiego:







Szkoda, że nie posiadam typowo czarnego lakieru, ponieważ wtedy całość wyglądałaby jeszcze ładniej :)

wtorek, 21 maja 2013

Wake me up in July...

Tak, tak, obudźcie mnie dopiero w lipcu, bo znowu pogoda płata nam figle i zrobiła się tak nieciekawa, że aż szkoda się ruszać poza dom i co gorsza, tak ma być aż do końca tygodnia ehh... ;( Lato przyłaź szybciej, i rozkręć się na dobre, bo ileż można czekać!!!

Póki co chciałam Wam pokazać mój wczorajszy outfit. Czarno-białą bluzeczkę zestawiłam z czerwonymi spodniami i butkami na maleńkim obcasie (kaczuszce), a całość uzupełniłam czarną torebką z motywem kwiatowym. Na ustach obowiązkowo czerwona szminka ;) Jak Wam się podoba?





bluzka i pasek - Orsay
spodnie - H&M
buty - no name (zakupione w jakimś zwykłym sklepie z obuwiem)
 zegarek - a'la Chanel
torebka - no name 

poniedziałek, 20 maja 2013

2-fazowy peeling do rąk

Cześć! Jak wiecie lubię gadżety kosmetyczne, róże w żelu, kremie, musie itp. nie stanowią już dla mnie zagadki, podobnie jak np. rajstopy w spray'u, czy fixy do utrwalania makijażu. Uwielbiam wszelakie nowinki kosmetyczne, dlatego też ogromnie ucieszyłam się z możliwości przetestowania peelingu solnego do rąk, który otrzymałam kawał czasu temu, jeszcze na zeszłorocznym spotkaniu śląskich blogerek.



Ujmując w skrócie, peeling ten składa się z warstwy olejnej, natłuszczającej dłonie i soli, która świetnie (i mocno!!!) ściąga martwy naskórek. Po prostu mieszamy obie warstwy potrząsając opakowaniem, nakładamy na dłonie i masujemy, jak w przypadku mycia rąk, a następnie spłukujemy ciepła wodą.



Co prawda producent nie zaleca używania mydła podczas spłukiwania, jednak dla mnie jest to nieodzowny element, ponieważ po samym spłukaniu wodą, mam wrażenie, że moje dłonie są zbyt lepkie, jakbym wysmarowała je masłem, co nie jest dla mnie komfortowe. Po dokładnym umyciu rąk mydłem, zawsze nakładam krem i dopiero wtedy czuję, że moje dłonie otrzymały wspaniały zabieg upiększający, niczym w prawdziwym SPA. Po użyciu peelingu ręce są wyjątkowo miłe w dotyku, znakomicie nawilżone i wygładzone. Zapach produktu jest moim zdaniem bardzo delikatny, ledwo wyczuwalny, ale przede wszystkim przyjemny - coś a'la połączenie mydła i cytryny. Jest to moim zdaniem rewelacyjny kosmetyk, który zdecydowanie poprawia kondycję skóry dłoni, jednak nie zalecałabym używania go w przypadku mocno przesuszonego naskórka, ponieważ z uwagi na zawartość soli może podrażniać.

A Wy znacie ten peeling? A może macie inne również godne polecenia?

Kosmetyk ten kosztuje w granicach 5-8 zł do dostania np. w Tesco oraz innych marketach, chyba w Naturze również, ale nie jestem pewna. Niby takie nic, a potrafi umilić dzień i sprawić, że ma się poczucie, iż zrobiło się coś dobrego dla tak zapomnianej części ciała, jaką często są dłonie :)

Ps. Na koniec wczorajsze, późnowieczorne zdjęcie "surykatki" (ach, ta dumna mina :D):

czwartek, 16 maja 2013

Korektor idealny - Bourjois Healthy Mix

Hej! Ostatnio po wymianie zdań na temat korektorów pod jednym z postów u blogerki Obsession, postanowiłam przedstawić Wam mojego ulubieńca w tej dziedzinie. Korektor, który poznałam dzięki zeszłorocznej wygranej w rozdaniu i który od tamtego czasu jest nieodłącznym elementem mojego makijażu.

Posiadam odcień 52 Medium Radiance, czyli drugi najjaśniejszy w kolejności, który idealnie współgra z moją karnacją. Korektor znajduje się w 10 ml opakowaniu z wygodnym dozownikiem. Pomimo małej gramatury jest niesamowicie wydajny!




Co do działania, to nie wymagam jakiegoś bardzo mocnego kamuflażu, ponieważ wolę, kiedy kosmetyk daje naturalne wrażenie, i sprawia, że to co dotychczas było widoczne gołym okiem, staje się ukryte i nie przyciąga uwagi, ale jednocześnie nie jest przy tym sztucznie zamaskowane. Swojego burzujka stosuję głównie pod oczy na nałożony uprzednio podkład, aby optycznie rozjaśnić moje oczodoły i tym samym "wydobyć" oko z ich głębi. Przykrywam też żyłki, które nieraz strasznie mnie irytują ;)

Miejsce pod oczami bez korektora, jednak już pociągnięte podkładem Annabelle Minerals:



Nakładamy kilka krop:



I efekt końcowy:



Jak widać, korektor ładnie ukrył żyłkę oraz rozjaśnił oko, przez co po wykonaniu już pełnego makijażu, spojrzenie od razu nabierze innego wyrazu. Jak dla mnie kosmetyk ten spełnia swoje zadanie bardzo dobrze i póki co nie planuję zmieniać go na inny. Nie wchodzi w zmarszczki, nie waży się i nie wymaga żadnych poprawek w ciągu dnia, a przy tym wygląda bardzo naturalnie i nie trąci sztucznością. Czego chcieć więcej?

Jego cena to 30 kilka zł, do dostania w prawie każdej większej drogerii :)

A jacy są Wasi ulubieńcy? :) Buziaki :*

środa, 15 maja 2013

Krem do twarzy dzień/noc z morwą i lukrecją od Orientany

Cześć! Dziś przychodzę do Was z kremikiem od marki Orientana, który stosuję już od jakiegoś czasu, jako swój podstawowy krem na dzień, chociaż producent zapewnia, że idealnie spisuje się również, jako krem na noc.

Kosmetyk otrzymujemy w plastikowym słoiczku, umieszczonym w tekturowym kartoniku, gdzie mamy wszystkie informacje na jego temat.



Kilka słów od producenta + skład:



Sam krem ma gęstą, dość zbitą postać o bardzo intensywnym zapachu. Wchłania się bardzo dobrze, jednak trzeba nakładać go w niewielkiej ilości, inaczej możemy przedobrzyć i twarz w efekcie będzie się świecić. Zgadzam się z tym, że nadaje się pod makijaż i nałożony z umiarem dodatkowo nie przetłuszcza mojej mieszanej cery. Jedynym jego minusem jest zapach. Ciężki i z rodzaju tych, który nie każdy będzie w stanie polubić, do tego niestety długo wyczuwalny na twarzy.



Kremik dobrze sobie radzi w wypryskami na mojej skórze, lekko przyspieszając ich gojenie, aczkolwiek jest to raczej działanie wspomagające, a nie panaceum na całe zło. Świetnie wygładza skórę sprawiając, że staje się aksamitnie gładka w dotyku. Dodatkowym plusem jest bardzo przyjemny, naturalny skład. Przyznam, że polubiłam się z nim i gdyby nie duszący zapach, byłby bliski ideałowi.

Kosmetyk ten możecie dostać w cenie 32.50 zł na stronie Orientany klikając TUTAJ, lub w Beauty Store w bytomskiej Agorze, gdzie również znajduje się pełen asortyment marki, więc jest w czym wybierać :).

Ps. Współpraca z marką Orientana, która przesłała mi produkty do testów w żaden sposób nie wpływa na moją subiektywną opinię wyrażoną w poście. Zawarłam tu jedynie swoje przemyślenia, Wasze zdanie może oczywiście być odmienne.


Ps2. Od wczoraj możecie mnie obserwować również na Bloglovin, wystarczy kliknąć w bannerek znajdujący się po lewej stronie tuż pod obserwatorami.


Na koniec koci bonusik, czyli relaks moich dziewczyn:





poniedziałek, 13 maja 2013

Tutti Frutti - peeling do ciała od Farmony + nowości

Siemka Kochane! Uff, wróciłam! Mogę odetchnąć spokojnie i głęboko, ponieważ od dzisiaj jestem posiadaczką świeżutkiego Canon PowerShot SX240 HS! Jakie robi zdjęcia przekonacie się poniżej, ale ja jestem (tfu, tfu, nie zapeszając) ogromnie zadowolona, tak że chyba udało mi się trafić w dyszkę! :D

Po tej dość długiej nieobecności przychodzę do Was z recenzją peelingu Farmony o zapachu wiśni i porzeczki, który otrzymałam w ramach współpracy z agencją Werner i Wspólnicy.

Peeling zamknięty jest w bardzo poręcznej, plastikowej buteleczce z wygodnym dozownikiem, o pojemności 120 ml.



Co mówi nam producent:

"Zmysłowy zapach owoców z Kraju Kwitnącej Wiśni, symbolu intensywnego i pełnego radości życia, spleciony z orzeźwiającym aromatem porzeczki to gwarantowany relaks, spokój i uczucie błogości.

Gruboziarnisty peeling doskonale usuwa zanieczyszczenia i martwe komórki naskórka, poprawia mikrokrążenie i pobudza skórę do odnowy. Ciało pozostaje idealnie oczyszczone, wygładzone i aksamitnie miękkie w dotyku."


Sam peeling stanowi rozkosz dla mojego nosa. Zapach jest obłędny, bardzo świeży i tak właśnie wyobrażam sobie aromat dojrzałych owoców wiśni i porzeczki. Coś pięknego! Pokochałam go od pierwszego "wąchnięcia", głównie za umilanie mi czasu podczas kąpieli oraz to, że jego aromat utrzymuje się na ciele, choć niestety jest to krótkotrwałe :(. Przejdźmy dalej, do konsystencji i działania.

Konsystencja jest dość leista, nie za gęsta i jednocześnie nie za rzadka. Peeling można swobodnie wydostać z buteleczki, a przy tym nie jest na tyle rzadki, by przelewał się przez palce podczas kąpieli. Jest w nim zatopiona masa drobinek (peeling jest z rodzaju gruboziarnistych), których działanie ścierające oceniłabym jako średnie, w kierunku do mocnego, przy czym z bardzo mocnym peelingiem nie ma nic wspólnego, bo ściera delikatniej. Jego działanie na skórę jest w miarę łagodne, jednak na pewno nie nadaje się do codziennego stosowania. Ja używam ok 2-3 razy w tygodniu.




Wydajność kosmetyku jest bardzo dobra, wystarczy go niewiele, by dobrze oczyścić całe ciało. Skóra po użyciu jest gładka oraz świetnie przygotowana do dalszych zabiegów pielęgnacyjnych. Cena tego cudeńka jest niska, ponieważ można go nabyć w okolicach 5 zł (zapewne w drogerii Natura, ale będąc ostatnio nie widziałam go tam). Serdecznie polecam, bo jest to rewelacyjny kosmetyk w zaskakująco niskiej cenie - WARTO WYPRÓBOWAĆ!

Ps. Współpraca z agencją Werner i Wspólnicy, która przesłała mi produkt do testów w żaden sposób nie wpływa na moją subiektywną opinię wyrażoną w poście. Zawarłam tu jedynie swoje przemyślenia, Wasze zdanie może oczywiście być odmienne. 



A teraz trochę prywaty, czyli co u mnie nowego. Ostatnio, jak Wam wspomniałam byłam w bytomskiej Agorze i jej okolicach, gdzie w Hebe zakupiłam sobie ampułki Radical wzmacniające włosy i zapobiegające ich wypadaniu (jako gratis do opakowania było dołączone jeszcze serum wzmacniające - jestem mega ciekawa efektów po miesiącu stosowania całej kuracji) oraz w Tally Weijl bluzeczkę - mgiełkę w nieco azteckie wzory, idealną na lato do rybaczek, czy shortów.





Do tego w Biedronce zakupiłam sobie żel-krem BeBeauty, który już od kilku dni stosuję i jestem bardzo pozytywnie nim zaskoczona :)



To by było na tyle. Cieszę się, że mogłam w miarę szybko do Was wrócić. Z nowym aparacikiem bierzemy się od razu do roboty, bo jest co recenzować :)

Miłego wieczoru :*

sobota, 11 maja 2013

Miała być notka, ale nie będzie :( Prośba o radę w kwestii aparatu.

Cześć Dziewczyny! Miałam Wam dzisiaj pokazać mój skromny haul zakupowy, ponieważ cały dzisiejszy dzień spędziłam w bytomskiej Agorze i zrobić recenzję korektora Healthy Mix marki Bourjois, ale niestety, przez cholerny pech nie jestem w stanie. Mój ukochany kompakt Olympus postanowił zrobić mi na złość i padł w najmniej oczekiwanym momencie ;((( Co prawda ma już swoje 6 (może nawet 7) lat, ale miałam nadzieję, że jeszcze jakiś czas pociągnie, bo nic złego się z nim nie działo, fotki robił przepiękne, a tu nagle, ni z tego, ni z owego, zdjęcia zaczęły wychodzić jedynie w różowo - fioletowym odcieniu, straszliwie porozmazywane i nic nie da się z tym zrobić, bo próbowałam wszystkiego, grzebałam w ustawieniach itp, ale niestety ;( Czy ktoś wie, jaka może być tego przyczyna?

Miałam niewiele oszczędzone na przyszłe auto, ale kupując aparat znowu zostanę z niczym i trzeba będzie zbierać od nowa, by to jasny szlag trafił! ;/ Czy ktoś mógłby mi polecić jakiś w miarę tani (do max 800 zł), ale dobry i pewny model aparatu, najlepiej jakiś nowszy model Olympusa? Z jakich sprzętów Wy korzystacie? Poratujcie mnie, bo jutro, lub najdalej pojutrze muszę coś sobie skombinować, blog stoi w zawieszeniu, a i wakacje przed nami. RATUNKU!!! ;(((

Mega smutna i rozczarowana cholernym losem Southgirl ;(

środa, 8 maja 2013

Pamiętacie zapowiedź? To dzisiaj ciąg dalszy :)

Hej Kochane!  Jak Wam dzionek mija? Mnie całkiem miło, jutro idę na rozmowę kwalifikacyjną, więc trzymajcie mocno kciuki, by coś ona dała.

Dzisiaj przychodzę do Was z rozwinięciem nie tak dawnej zapowiedzi. Jej tematem będzie makijaż w stylu Bollywood. Już kiedyś robiłam coś podobnego, jednak tamten poprzedni wyszedł mi mocno średnio w porównaniu do obecnego (początki prowadzenia bloga, kiedy moje pojęcie o technikach makijażu wahało się w okolicach zera). Nie będę się dłużej rozgadywać, zapraszam do obejrzenia zdjęć.







Cienie jakich użyłam to:
* złoto - Golden, Avon ColorTrend
* miedź - Sunset, paletka Sleek Monaco
* brąz - Mineral Earth, paletka Sleek Au Naturel
* pomarańcz - Washed Ashore, paletka Sleek Monaco

Dodatkowo:
* brwi - czerń z paletki Sleek Original
* czarna kreska na górnej powiece - eyeliner Wibo
* kredka na linii wodnej i na dolnej powiece - 01 Black Fever Long Lasting, Essence
* mascara - Volume Collagene, L'Oreal
* podkład - odcień Nude Perfect Matte, Bell
* korektor pod oczy - Healthy Mix, Bourjois
* róż - Life's A Peach, Sleek
* pomadka - nr 41 Femme Fatale, Essence w połączeniu z błyszczykiem Sweet Cream np 342, Eveline


Mam nadzieję, że w miarę znośnie to wyszło, nie licząc rozmazanej krechy na linii wodnej (Nobla temu, kto wymyśli kredkę trzymającą się u mnie dłużej niż 10 minut). U Was też dzisiaj słoneczko w pełni? Ja zaraz idę na spacer, bo aż szkoda siedzieć w domu :). Miłego dzionka :*
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...